wtorek, 28 czerwca, 2022
Strona główna Spinning PSTRĄGI ROZTOCZA

PSTRĄGI ROZTOCZA

Fama o pstrągach potokowych w górnym biegu Wieprza niesie się już od kilku dobrych lat. Złowiono ich wiele, wśród nich sporo okazów o wadze kilku kilogramów. Wędkarzom wbił się w pamięć zwłaszcza jeden z nich, ważący grubo ponad pięć kg. By utrzymać w tajemnicy miejsce, gdzie został upolowany, jego łowca podał inną rzekę. Nie wiedział lub zapomniał, że o tej porze roku obowiązywał tam zakaz łowienia. Jednak nie ta historia jest dla Wieprza najistotniejsza.

Roztocze to jeden z najpiękniejszych zakątków ojczyzny. Do jego urody przyczyniają się także nasi koledzy wędkarze robiąc rzeczy, o których gdzie indziej dawno zapomniano.

Na Roztoczu jest takie małe miasto, nazywa się Józefów. Tutaj żyje “ojciec” wieprzańskich pstrągów, tutaj ćwierć wieku temu miała swój początek doroczna wędkarska impreza “Pstrąg Roztocza”. Historia tych zawodów w pełni oddaje społeczne zaangażowanie niewielkiej grupy ludzi.

W Józefowie, nad kilkuhektarowym stawem przypominającym małe jeziorko, stoi ładna willa. To wędkarska stanica. Wybudowali ją wędkarze tutejszego koła PZW. Wtedy, w latach siedemdziesiątych, było ich dwudziestu pięciu, za mało, żeby założyć miejskie koło. Wpisywali więc do PZW swoje żony. Na zakup materiałów dostali pieniądze ze Związku, a grubo ponad 60 procent wartości tego budynku stanowi ich społeczna praca. Zaczęli budowę w roku 1978, cztery lata później odbyło się uroczyste otwarcie.

Wnętrze budynku w niczym mi nie przypomina innych stanic znanych z lat wcześniejszych. Tutaj jak w domu. Ciepło, czysto, przytulnie. Są pokoje gościnne i dobrze wyposażona kuchnia. Stąd spiningiści wyprawiają się na roztoczańskie pstrągi.

Tegoroczne zawody “Pstrąg Roztocza” mają w nazwie liczbę 18. Naprawdę było ich więcej.

  • Któreś mogły mi ulecieć z pamięci – mówi Józef Naklicki. – Była bodaj trzyletnia dziura. Pierwsze trzy imprezy zorganizowało nasze józefowskie koło. Kiedy w Zarządzie Okręgu zobaczyli, że przyjeżdża do nas sporo wędkarzy z całej Polski, a w naszym regionie innych ogólnopolskich zawodów nie było, przejęli od nas organizację. I tak poorganizowali, że za trzecim razem nikt już nie chciał przyjechać. Później była luka, teraz “Pstrąg Roztocza” to znowu nasza impreza. Trafia z niej kilka groszy na stanicę. Sami nie jesteśmy jej w stanie utrzymać. Jeszcze parę lat temu było trochę lżej. Ten staw przed stanicą to w zasadzie zbiornik zaporowy na strumieniu o nazwie Nepryszka, a na wypływie, tuż za drogą Józefów – Aleksandrów, mieliśmy podchowalniki dla wylęgu pstrąga potokowego. Nasze Koło PZW Józefów kupowało wylęg. Chowaliśmy go tak długo, aż rybki dorosły do kilkunastu centymetrów. Do rzek Roztocza co roku trafiało od nas wiele tysięcy pstrągów. Pochodziły z rodzimej ikry, były wychowywane w rodzimej wodzie. Teraz Okręg kupuje pstrągi gdzie indziej. Nasza społeczna praca nie jest nikomu potrzebna, ale też nie mamy złotówek na utrzymanie stanicy. Wszystko w niej robimy społecznie, ale przecież za media i materiały trzeba płacić.
    Stanicą opiekują się pp. Jan Skowroński i Józef Naklicki. To ludzie, których nazwiska są nierozerwalne związane z pstrągami Roztocza.
    Pan Jan Skowroński, emerytowany józefowski aptekarz, łowcą pstrągów jest od dawna. Od wielu lat jest prezesem tutejszego koła. Umiał połączyć zawód z zamiłowaniem do wędkowania i pracą społeczną. To pod jego skrzydłami powstawała stanica. Na pstrągi p. Jan jeździł nad Sopot i Tanew. Zawsze jednak pociągał go górny Wieprz. Podobny do innych rzek roztoczańskich, a pstrągów w nim nie było.

Wiele lat uważnie mu się przyglądał. Znał go bardzo dobrze, bo zajmował się łowieniem raków szlachetnych, których tu bardzo dużo. Woda Wieprza nie niosła żadnych zanieczyszczeń. Była przejrzysta, zacieniona, zimna. Jakby stworzona dla pstrągów potokowych. A jednak ich nie było.

Doszedł do wniosku, że powodem jest brak tarlisk. Owszem, szybki nurt wysokich wiosennych wód czasami odsłaniał partie żwirowego dna. W sam raz dla pstrągów. Ale takie dno jest im potrzebne jesienią, kiedy się trą. Wtedy jednak po letnich niżówkach miejsca te były zapiaszczone. Pan Jan się domyślał, że pstrągi mają warunki do tarła co ileś tam lat, ale to za mało. Żeby nie wyginąć, powinny się trzeć co roku.

Przypadkiem, gdzieś na początku lat siedemdziesiątych, nadarzyła się szczególna okazja. P. Jan, razem z kolegą z józefowskiego koła p. Stanisławem Gąsiorkiem jechał na zarybienia. Na samochodzie wiózł worki, a w każdym była woda, tlen i małe pstrągi. Dwa worki się rozszczelniły. Żal było wyrzucać małe rybki do rowu, trafiły więc do niedaleko płynącego Wieprza. Do podobnego na pozór pechowego zdarzenia doszło w następnym roku. Z kilkudziesięciu worków z małymi pstrągami dwa znowu się rozerwały. Żeby małe pstrągi nie zginęły na pace samochodu, p. Jan znów wpuścił je do Wieprza. Z nieszczęścia zrobiła się wielka korzyść. Pstrągi rosły jak dzieci w matczynym domu. Były duże, tłuste, pięknie wybarwione.

Wśród pstrągarzy wieść rozeszła się szybko, ale w świat poszła dopiero po towarzyskich zawodach o Puchar im. W. Brudzińskiego, które odbyły się w roku 1978. Wygrał je p. Wojciech Węglarski. Później narodził się “Pstrąg Roztocza”. Z tymi zawodami, od samego początku, związany jest Józef Naklicki. Mówi o sobie, że do soboty wieczorem jest ich organizatorem (zawody odbywają się w niedziele). A pracy przy nich dużo. Zjeżdżają się wędkarze niemal z całej Polski. Raz jest ich sześćdziesięciu, raz osiemdziesięciu. Chociaż to zawody jednodniowe, większość z nich potrzebuje zakwaterowania, bo przybywają z daleka. P. Józef we wszystkim im pomaga, a w niedzielę sam staje się zawodnikiem. Chociaż pstrągom poświęca dużo czasu, do pierwszego miejsca szczęścia nie ma. Raz zajął drugie miejsce, raz był trzeci. Ale takie właśnie są pstrągi. Można je namierzyć, ba – wiedzieć nawet, jakie przynęty są akurat najlepsze, a mimo to do brania skusić ich się nie udaje.

Formuła zawodów “Pstrąg Roztocza” ściśle odpowiada ich nazwie. Zawodnicy rozjeżdżają się swoimi samochodami na cały dzień. Czekają na nich rzeki: Wieprz, Tanew, Sopot, Łada, Biała Łada, Por i Potok Łosiniecki.

Józef Naklicki
Józefów
Zarybienia są co roku. Bez nich ryb w Wieprzu by nie było, zwłaszcza że presja jest duża. Na pierwszych zawodach do wagi przynoszono ogromne pstrągi potokowe. Aż strach mówić, jakie były duże. Z czasem ich wielkość malała, ale dwa lata temu Maciej Miernik złowił komplet pstrągów, które miały 56, 52 i 48 centymetrów. Jak wiem, to w osławionych rzekach pomorskich tamtejsi wędkarze takich potokowców nie łowią. Od dwóch lat zarybienia są większe. Teraz wpuszczamy do wody po 70 tysięcy palczaków pstrąga, poza tym około 8 tysięcy palczaków lipieni.

Nasze pstrągi dobrze biorą na wszelkie przynęty. Popularne są wahadłówki z Zamościa, które robi Zbigniew Duda. Wielu miejscowych wytwórców sporządza też woblery. Ale w ostatnich latach najmodniejszą przynętą stał się kogut. Na nasze łowiska wprowadził go tutejszy związkowy strażnik Mirosław Stańczyk. Kogut okazał się jakby wymarzony na tutejsze warunki. Świetnie imituje małą rybkę, których w Wieprzu jest dużo i stanowią główny pokarm pstrągów. Kogut daje się łatwo utopić w niewielkich dołkach, a co najważniejsze, cicho upada na powierzchnię wody.

Dostępne dla wędkarza łowiska górnego Wieprza zaczynają się przy moście w Hutkach, ciągną się przez kilkanaście kilometrów do granicy Roztoczańskiego Parku Narodowego, a później do zbiornika zaporowego w Rudce (tam jest woda nizinna). Każdego, kto na te łowiska trafi, uroda Wieprza mocno zaskoczy. Zobaczy małą rzeczkę i aż nieprawdopodobne mu się wyda, że kryją się w niej tak ogromne pstrągi. Sam też się dziwię, że wśród korzeni rosnących nad brzegami drzew woda potrafi wypłukać takie jamy, wręcz pieczary. Dlatego ryb trzeba szukać uparcie nawet tam, gdzie na kilkunastu metrach widać tylko żółty piasek. Pod brzegiem zawsze może być jakieś podmycie, w którym kryje się pstrąg.

Są to jednak miejsca bardzo trudne do obłowienia. Trzeba znaleźć stanowisko, z którego da się celnie rzucić, a potem dotrzeć do niego tak, żeby pstrąg tego nie zauważył. To naprawdę nie jest łatwe. Zresztą w Wieprzu, jak w każdej innej pstrągowej rzeczce, przynętę należy podawać z miejsca, z którego pstrąg ją najrzadziej ogląda. Jeżeli ktoś o tym zapomina, nałowi się pstrągów, ale niewymiarowych, bo u nas wymiar to 35 centymetrów.

Jarosław Kadłubowski
Szczebrzeszyn

O łowieniu pstrągów nie miałem pojęcia, a bardzo chciałem się tego nauczyć. W Szczebrzeszynie mieszkają czterej bracia Karpowiczowie. Trzej z nich są wędkarzami, i to doskonałymi. Jeden z nich, Janusz Karpowicz, miał w sobie coś takiego, że lgnęli do niego inni wędkarze. Był naszym guru. Jego mieszkanie było dla nas zawsze otwarte i przyjazne. W każdej chwili można było do niego wpaść, pogadać o rybkach w bardzo miłym otoczeniu, bo cały stół zajmowały wędkarskie rupiecie. Na tym właśnie stole powstawały bardzo dobre obrotówki, lepszych nie znam.

Pan Janusz pokazywał nam – bo spotykaliśmy się u niego w większym gronie – jakie części ma obrotówka i jak należy ją składać. Uczył nas też łowienia pstrągów, bo wtedy, na początku lat 90., wiedzieliśmy o nich niewiele. Dodam jeszcze, że wszystkie duże pstrągi złowiłem właśnie na obrotówkę pana Janusza.

Janusz Karpowicz
Szczebrzeszyn
Wędkowanie zawsze było moją pasją, zwłaszcza spining. Na pstrągi jeździłem za Zwierzyniec. Nie podejrzewałem, że mogą być blisko mojego domu. Odkryłem je przypadkowo. Żeby sprawdzić nowo zrobione obrotówki, chodziłem je testować na Wieprz, powyżej młyna. Dotąd łowiłem tam szczupaki kolosy, ważące po sześć – siedem kilogramów. Wtedy właśnie odchodziłem od drogich i trudnych do kupienia meppsów na rzecz swoich własnych obrotówek.

Podczas tej wyprawy złowiłem dużego tęczaka. Wcześniej łowiłem tej wielkości potokowce, ale na mniejsze przynęty. Nigdy na szczupakowe. Zadziwiły mnie te odkrycia. I to że koło Szczebrzeszyna żyją pstrągi i w dodatku biorą na duże blachy. Podczas kolejnych wypraw już nie szukałem ich w spowolnieniach nurtu i zastoinach. Rzucałem w bystrza, przelewy, w szybki nurt. Boże, jakie ja wtedy pstrągi łowiłem! Bez parokilowca nie wracałem do domu.

Lubiłem w tym czasie przysiąść nad brzegiem i przyglądać się pstrągom. Szczególnie wiosną, kiedy się zajadały żabami. Podpływał taki do niej i spokojnie wciągał do pyska. Nie miał się co spieszyć. Żab było bardzo dużo. Czasami miałem wrażenie, że słyszę jak w pysku pstrąga chrupią żabie kości.

Była to końcówka lat osiemdziesiątych. Nie rozgłaszaliśmy tego, ale i tak z czasem coraz więcej wędkarzy zaczęło do nas przyjeżdżać.

Stanisław Karpowicz
Szczebrzeszyn
Trochę mi żal, że nie robiłem zdjęć złowionym przez siebie pstrągom. Dzisiaj byłby to rzeczowy dowód na coś, co się wielu wędkarzom wydaje nieprawdopodobne. Wieprz był piękną rzeką. Parometrowe doły, co chwila zwalone do wody drzewa, w ich korzeniach głębokie kryjówki dla ryb. Na dnie rzadko się widziało żółty piasek, chyba że to były wymiały na zewnętrznym łuku. Ryby można było nie złowić, do domu i tak wracałem syty fantastycznymi widokami.

Tak było jeszcze kilka lat temu. Kiedy jednak koło Nielisza budowali zbiornik zaporowy – z tym czasem i wydarzeniem to kojarzę – zbagrowali cały Wieprz, aż do Zwierzyńca. Powyciągali z wody wszystkie drzewa. Rzeka natychmiast się wypłyciła. Teraz piasek na dnie widać wszędzie. Przedtem nigdy nie wylewała, bo jej koryto wrzyna się głęboko w grunt. Powysychały starorzecza. Zmienił się krajobraz. Klęska dla przyrody. Na pstrągi jeszcze chodzę, ale takich okazów jak kiedyś już mi się nie udaje złowić. Nie słyszę też, żeby łowił je ktoś inny. Pstrągów nadal jest wiele, ale dużo niewymiarowych.

Duże pstrągi nadal żyją w nurtach Wieprza, ale trudno je złowić, bo to już “profesory”. Nie wystarczy więc być nad wodą, trzeba jeszcze znaleźć się nad nią w czasie, kiedy duże pstrągi żerują. Inaczej nawet najbardziej wyszukana przynęta zawiedzie i z dziury się ich nie wyciągnie.

Wiesław Dębicki

Rybom Roztocza poświęcone były dwie książki. Maksymiliana Siły-Nowickiego “Ryby i wody Galicji” (rok wydania 1880) oraz Antoniego Wałeckiego “Materyały do fauny ichtyologicznej Polski” (rok wydania 1864).

U Nowickiego jest tylko krótka wzmianka o Tanwi, że źródła ma pod Ulanowem w Galicji, a ujście w Królestwie. Nie ma natomiast żadnej informacji o tym, jakie ryby w tej rzece żyją.

Więcej na ten temat w książce Wałeckiego. Dane o rybach są tam jednak podane tabelarycznie, więc dzisiaj trudno je zinterpretować. W części dotyczącej Tanwi i Wieprza łosoś i pstrąg są wymienione w pozycji “występuje”, a przy lipieniu widnieje znak zapytania.

Poprzedni artykułGREG WILCZYNSKI – „ŁOWCA”
Następny artykułZIMOWE CIASTO

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments