środa, 22 maja, 2024

TRUDNE ŁOWISKO

No to się nasłuchałem od sympatycznego wędkarza z Poznania. “Panie Bogdanie, co pan opisuje o tym Jeziorze Końskim, skąd pan wziął te ryby na zdjęciach? Zeszłego lata trzy dni przesiedzieliśmy we trójkę i nie złowiliśmy nic. Fakt, że jezioro jest przepięknie położone i postanowiliśmy i tak tu wrócić, ale gdzie te ryby?”.

Nie wiem dlaczego, ale jeżeli pokażę się na zdjęciu z dużą rybą, to wędkarze od razu myślą, że takie okazy łowię na co dzień. Pewnie, że rekordowych ryb mam czasami i kilka w sezonie, ale ciężko nad tym pracuję. Na leszcze, po pięć kilo, często czekam dwa – trzy sezony, a czasami trafia mi się kilka w miesiącu. Ale Boże kochany, nie w rynnowym jeziorze i to w środku lata! Jeżeli są gdzieś jeszcze u nas w kraju jeziora, gdzie od razu po zanęceniu łowi się płocie po pół kilo albo półtorakilowe leszcze, to tamtejszym wędkarzom tylko pozazdrościć, bo mają u siebie raj.

Swoje jeziora znam jak własną kieszeń, ale i tak one mnie co roku zaskakują. Dziś jednak wiem, że to nie marna znajomość łowiska decyduje o moich niepowodzeniach. Ich przyczyną jest przede wszystkim ciągle mała znajomość życia i zwyczajów ryb w danym jeziorze. One się ciągle dostosowują do warunków (zmiennych), które w ich środowisku panują. Wędkarz musi poświęcić dużo trudu i czasu, żeby rozszyfrować, co się akurat dzieje w dużym zamkniętym jeziorze rynnowym, w którym prawie nie ma zatok i większych wypłyceń, a już na pewno nie ma żadnych podwodnych górek. A co dopiero mówić o rynnie przepływowej! Przez Jezioro Końskie, które tak rozsierdziło moich Czytelników, przepływa spora rzeka, a ryby ciągle się w nim przenoszą z miejsca na miejsce.

Wiele razy już pisałem, że w takim jeziorze wiosną, i to już bardzo wczesną, łowię w pobliżu wpływu i wypływu rzeki. Jednak wpływ jest zdecydowanie lepszy. Z kilku powodów, ale dwa z nich są najważniejsze. Po pierwsze – ryby najczęściej płyną pod prąd, bo wtedy zdobywają najwięcej pokarmu. Po drugie – koryto, które się tworzy w jeziorze, jest porządnie wypłukane i ma strome spady. Już kilka metrów od brzegu jest głęboko i ryby czują się tam bezpiecznie. W tych właśnie miejscach łowię na bata pierwsze grube płocie, które pchają się do rzeki w takich ilościach, że aż trudno to sobie wyobrazić. Żeby zapewnić sobie dobre i nieustające brania, trzeba tylko znaleźć odpowiedni spad z nie najszybszym prądem wody.

Na krawędzi takiego podwodnego rowu mogę siedzieć i do połowy czerwca. Wprawdzie zaraz po tarle, pod koniec kwietnia, płocie się stąd zrywają, ale kiedy woda osiągnie temperaturę 14 stopni, podchodzą tu całymi stadami leszcze i też bardzo ochoczo żerują. Między jednym szczytem a drugim mogę, nie ruszając się z miejsca, złowić i szczupaka, i węgorza, a później głównym nurtem popłyną jeszcze potężne liny. Warunkiem, żeby te wszystkie gatunki pozaliczać, jest cierpliwość i duża ilość porządnej zanęty. Gdy się to wszystko powyciera, czyli na początku lata, zwykle mnie już tu nie ma (cały czas mówię o Końskim). Nie odmawiam sobie jednak chwilowych powrotów, żeby sprawdzić, co się dzieje z rybami.

Znaleźć w takim dużym jeziorze ciągle wędrujące ryby to zadanie bardzo trudne. Wiosną nie widać ani rankiem, ani o zmierzchu, żeby się gdzieś coś konkretnego spławiało. Gdybym to jezioro zobaczył pierwszy raz, byłbym przekonany, że jest puste. Mam też w swojej okolicy przepiękne jezioro rynnowe o powierzchni około 50 ha. Jest to zbiornik zamknięty i oczywiście głęboki. Przewiozłem tam nawet na kilka sezonów łódź, bo wiosną widziałem spławiające się ryby, których moja wyobraźnia nie ogarniała. Leszczy nie dawało się przeliczyć na wagę, tyle ich było i takie były duże. Daleko od brzegu widziałem sunące po powierzchni okonie, których waga, jak mi mówili stali bywalcy, przekracza trzy kilogramy. Nie chcę już opisywać linów i szczupaków.

Wszystko to widziałem, a co potem łowiłem? Od połowy czerwca kilowe leszczyki z toni i czasami okonki dwudziestki na żywca. Wędkarzom na brzegu liny łamały wędziska i rwały żyłki, ale to się zdarzało bardzo rzadko. Przez całe lato, a także dużo później, na powierzchni nie widziałem żadnego leszcza. Ryby jakby się zapadły nie w toń, ale pod ziemię. Kiedy jednak przyszła jesień, od połowy października, nie wcześniej, leszcze brały jak oszalałe, tyle że małe. Szczupaki uderzały w żywca na każdej głębokości, ale to były 50-centymetrowe pistolety. Gdzie się podziały te wielkie, przekraczające wyobraźnię ryby? Nikt nie wiedział, nawet rybacy nie mogli ich dostać w sieci.

W mojej przepływowej rynnie jest podobnie, a często nawet gorzej. Tu dużo ryb rozmaitych gatunków migruje do rzeki. To właśnie w rzece często łowi się półkilowe płocie na półtorametrowym gruncie i kilowe leszcze na trzech – czterech metrach w spokojniejszych rozlewiskach. A w jeziorze często sypię przez tydzień i mam wszystkiego kilka płotek i leszczyków po trzydzieści deko.

Duża płoć to duży problem, ale z leszczem nawet z brzegu nie jest tragicznie. Na okazy raczej liczyć nie mogę, chociaż akurat one pozostały w jeziorze. Niestety, tylko z sobie znanych powodów nie mają zamiaru jeść z zastawionego przeze mnie stołu. A może jedzą, tylko ja nie wiem kiedy. Jest jeden sposób, żeby latem dobrać się do leszczy w głębokim przepływowym jeziorze. Po parodniowym nęceniu na przynajmniej dwunastu metrach trzeba je łowić z toni. Ale skutek i tak będzie różny. Tak już zostanie przez całe lato. Co innego w dużych jeziorach obfitujących w podwodne górki, głębokie zatoki i spore załamania dna daleko od brzegów. Z kilku zanęconych miejsc, w którymś na pewno będą ryby. Przy dnie i to duże.

Tutaj, w moich rynnach, mam swoje sposoby, żeby łowić porządne płocie i nawet leszcze tradycyjną metodą z dna. Ale to wymaga dużego nakładu pracy. Jeżeli wiem, że nad takim jeziorem zostanę przez lato, a nie za bardzo to lubię, to zaczynam karmić ryby już od połowy czerwca i to wyłącznie z brzegu. Nie, nie zanęcam wybranego miejsca, tylko dosłownie karmię ryby dużą ilością łubinu, grochu i ziemniaków z dodatkiem niedużej ilości makaronu. Jednak podstawą jest łubin. Przez miesiąc sypię do wody cały worek, czyli 50 kg.

Po dwóch tygodniach zaczynają brać półkilowe płocie, które jeszcze nie przeniosły się w toń. W kolejnym tygodniu, jeżeli miejsce jest codziennie nęcone łubinem, łowię już płocie prawie kilowe. O leszczu na razie tylko marzę, ale wiem, że jeżeli każdego dnia sypnę wiadro łubinu z grochem, to sukces mnie nie minie. Potężne płocie biorą na łubin od godziny dziewiątej do jedenastej non stop. To dowód, że miejsce wybrałem dobre. Skoro polubiły je duże płocie, to z czasem pojawią się także leszcze. Pierwsze z nich przypływają mniej więcej w połowie lipca, ale tylko z samego rana. Są tak łapczywe, że niestrawiony łubin wycieka im z obu końców. To dla mnie dobry znak. Odważyły się podejść blisko brzegu, a do tego są bardziej łakome niż ostrożne. Nie przestaję obficie sypać zanęty i ryb w łowisku przybywa. Rano leszcze są coraz większe, dochodzą nawet do czterech kilogramów, ale biorą krótko. Przestają, gdy się całkiem rozwidni.

Zmieniam godziny łowienia i zaczynam przyjeżdżać w nocy, kiedy jest całkiem ciemno. Mija cały miesiąc sypania futru do wody i dopiero wtedy w łowisko, kilka metrów od brzegu, przychodzą leszczyska ważące od dwóch do czterech kilogramów. Nawet tu zbierają rozsypany łubin. Każde zarzucenie zestawu daleko w jezioro to całkowita pustynia, ale na pięciu metrach głębokości, czyli jakieś 10 m od brzegu, brania są natychmiastowe. Warunek tylko taki, że muszę się zachowywać cicho jak mysz. O świcie brania się kończą. Właściwie mógłbym się zwijać, ale zostaję, bo niedługo zaczną brać płocie tak grube, że nie da się ich objąć dłonią.

Takie łowy o jednakowej porze trwają przeważnie do połowy sierpnia. Potem leszcze i płocie biorą już coraz rzadziej. Ale to dopiero początek zabawy w przepływowej rynnie. Z początkiem września jakby się w jeziorze worek z rybami rozwiązał. Na środku skaczą potężne płocie, a leszcze spławiają się na całej powierzchni. Tak wygląda powrót ryb z rzeki do jeziora. Wsiadam do łodzi i aż mnie korci, żeby spróbować wszędzie, gdzie tylko spławia się coś większego. Ale nie muszę, bo wystarczy, że wypłynę nieco dalej od brzegu, dwa razy porządnie zanęcę i już na trzeci dzień łowię z toni na przemian wielkie płocie i leszcze. Z każdym dniem płoci będzie coraz więcej i będą coraz większe. Na leszcze poczekam do następnej jesieni.

Bogdan Barton

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments