sobota, 1 października, 2022
Strona główna Łowisko TRUDNE ŁOWISKO

TRUDNE ŁOWISKO

No to się nasłuchałem od sympatycznego wędkarza z Poznania. “Panie Bogdanie, co pan opisuje o tym Jeziorze Końskim, skąd pan wziął te ryby na zdjęciach? Zeszłego lata trzy dni przesiedzieliśmy we trójkę i nie złowiliśmy nic. Fakt, że jezioro jest przepięknie położone i postanowiliśmy i tak tu wrócić, ale gdzie te ryby?”.

Nie wiem dlaczego, ale jeżeli pokażę się na zdjęciu z dużą rybą, to wędkarze od razu myślą, że takie okazy łowię na co dzień. Pewnie, że rekordowych ryb mam czasami i kilka w sezonie, ale ciężko nad tym pracuję. Na leszcze, po pięć kilo, często czekam dwa – trzy sezony, a czasami trafia mi się kilka w miesiącu. Ale Boże kochany, nie w rynnowym jeziorze i to w środku lata! Jeżeli są gdzieś jeszcze u nas w kraju jeziora, gdzie od razu po zanęceniu łowi się płocie po pół kilo albo półtorakilowe leszcze, to tamtejszym wędkarzom tylko pozazdrościć, bo mają u siebie raj.

Swoje jeziora znam jak własną kieszeń, ale i tak one mnie co roku zaskakują. Dziś jednak wiem, że to nie marna znajomość łowiska decyduje o moich niepowodzeniach. Ich przyczyną jest przede wszystkim ciągle mała znajomość życia i zwyczajów ryb w danym jeziorze. One się ciągle dostosowują do warunków (zmiennych), które w ich środowisku panują. Wędkarz musi poświęcić dużo trudu i czasu, żeby rozszyfrować, co się akurat dzieje w dużym zamkniętym jeziorze rynnowym, w którym prawie nie ma zatok i większych wypłyceń, a już na pewno nie ma żadnych podwodnych górek. A co dopiero mówić o rynnie przepływowej! Przez Jezioro Końskie, które tak rozsierdziło moich Czytelników, przepływa spora rzeka, a ryby ciągle się w nim przenoszą z miejsca na miejsce.

Wiele razy już pisałem, że w takim jeziorze wiosną, i to już bardzo wczesną, łowię w pobliżu wpływu i wypływu rzeki. Jednak wpływ jest zdecydowanie lepszy. Z kilku powodów, ale dwa z nich są najważniejsze. Po pierwsze – ryby najczęściej płyną pod prąd, bo wtedy zdobywają najwięcej pokarmu. Po drugie – koryto, które się tworzy w jeziorze, jest porządnie wypłukane i ma strome spady. Już kilka metrów od brzegu jest głęboko i ryby czują się tam bezpiecznie. W tych właśnie miejscach łowię na bata pierwsze grube płocie, które pchają się do rzeki w takich ilościach, że aż trudno to sobie wyobrazić. Żeby zapewnić sobie dobre i nieustające brania, trzeba tylko znaleźć odpowiedni spad z nie najszybszym prądem wody.

Na krawędzi takiego podwodnego rowu mogę siedzieć i do połowy czerwca. Wprawdzie zaraz po tarle, pod koniec kwietnia, płocie się stąd zrywają, ale kiedy woda osiągnie temperaturę 14 stopni, podchodzą tu całymi stadami leszcze i też bardzo ochoczo żerują. Między jednym szczytem a drugim mogę, nie ruszając się z miejsca, złowić i szczupaka, i węgorza, a później głównym nurtem popłyną jeszcze potężne liny. Warunkiem, żeby te wszystkie gatunki pozaliczać, jest cierpliwość i duża ilość porządnej zanęty. Gdy się to wszystko powyciera, czyli na początku lata, zwykle mnie już tu nie ma (cały czas mówię o Końskim). Nie odmawiam sobie jednak chwilowych powrotów, żeby sprawdzić, co się dzieje z rybami.

Znaleźć w takim dużym jeziorze ciągle wędrujące ryby to zadanie bardzo trudne. Wiosną nie widać ani rankiem, ani o zmierzchu, żeby się gdzieś coś konkretnego spławiało. Gdybym to jezioro zobaczył pierwszy raz, byłbym przekonany, że jest puste. Mam też w swojej okolicy przepiękne jezioro rynnowe o powierzchni około 50 ha. Jest to zbiornik zamknięty i oczywiście głęboki. Przewiozłem tam nawet na kilka sezonów łódź, bo wiosną widziałem spławiające się ryby, których moja wyobraźnia nie ogarniała. Leszczy nie dawało się przeliczyć na wagę, tyle ich było i takie były duże. Daleko od brzegu widziałem sunące po powierzchni okonie, których waga, jak mi mówili stali bywalcy, przekracza trzy kilogramy. Nie chcę już opisywać linów i szczupaków.

Wszystko to widziałem, a co potem łowiłem? Od połowy czerwca kilowe leszczyki z toni i czasami okonki dwudziestki na żywca. Wędkarzom na brzegu liny łamały wędziska i rwały żyłki, ale to się zdarzało bardzo rzadko. Przez całe lato, a także dużo później, na powierzchni nie widziałem żadnego leszcza. Ryby jakby się zapadły nie w toń, ale pod ziemię. Kiedy jednak przyszła jesień, od połowy października, nie wcześniej, leszcze brały jak oszalałe, tyle że małe. Szczupaki uderzały w żywca na każdej głębokości, ale to były 50-centymetrowe pistolety. Gdzie się podziały te wielkie, przekraczające wyobraźnię ryby? Nikt nie wiedział, nawet rybacy nie mogli ich dostać w sieci.

W mojej przepływowej rynnie jest podobnie, a często nawet gorzej. Tu dużo ryb rozmaitych gatunków migruje do rzeki. To właśnie w rzece często łowi się półkilowe płocie na półtorametrowym gruncie i kilowe leszcze na trzech – czterech metrach w spokojniejszych rozlewiskach. A w jeziorze często sypię przez tydzień i mam wszystkiego kilka płotek i leszczyków po trzydzieści deko.

Duża płoć to duży problem, ale z leszczem nawet z brzegu nie jest tragicznie. Na okazy raczej liczyć nie mogę, chociaż akurat one pozostały w jeziorze. Niestety, tylko z sobie znanych powodów nie mają zamiaru jeść z zastawionego przeze mnie stołu. A może jedzą, tylko ja nie wiem kiedy. Jest jeden sposób, żeby latem dobrać się do leszczy w głębokim przepływowym jeziorze. Po parodniowym nęceniu na przynajmniej dwunastu metrach trzeba je łowić z toni. Ale skutek i tak będzie różny. Tak już zostanie przez całe lato. Co innego w dużych jeziorach obfitujących w podwodne górki, głębokie zatoki i spore załamania dna daleko od brzegów. Z kilku zanęconych miejsc, w którymś na pewno będą ryby. Przy dnie i to duże.

Tutaj, w moich rynnach, mam swoje sposoby, żeby łowić porządne płocie i nawet leszcze tradycyjną metodą z dna. Ale to wymaga dużego nakładu pracy. Jeżeli wiem, że nad takim jeziorem zostanę przez lato, a nie za bardzo to lubię, to zaczynam karmić ryby już od połowy czerwca i to wyłącznie z brzegu. Nie, nie zanęcam wybranego miejsca, tylko dosłownie karmię ryby dużą ilością łubinu, grochu i ziemniaków z dodatkiem niedużej ilości makaronu. Jednak podstawą jest łubin. Przez miesiąc sypię do wody cały worek, czyli 50 kg.

Po dwóch tygodniach zaczynają brać półkilowe płocie, które jeszcze nie przeniosły się w toń. W kolejnym tygodniu, jeżeli miejsce jest codziennie nęcone łubinem, łowię już płocie prawie kilowe. O leszczu na razie tylko marzę, ale wiem, że jeżeli każdego dnia sypnę wiadro łubinu z grochem, to sukces mnie nie minie. Potężne płocie biorą na łubin od godziny dziewiątej do jedenastej non stop. To dowód, że miejsce wybrałem dobre. Skoro polubiły je duże płocie, to z czasem pojawią się także leszcze. Pierwsze z nich przypływają mniej więcej w połowie lipca, ale tylko z samego rana. Są tak łapczywe, że niestrawiony łubin wycieka im z obu końców. To dla mnie dobry znak. Odważyły się podejść blisko brzegu, a do tego są bardziej łakome niż ostrożne. Nie przestaję obficie sypać zanęty i ryb w łowisku przybywa. Rano leszcze są coraz większe, dochodzą nawet do czterech kilogramów, ale biorą krótko. Przestają, gdy się całkiem rozwidni.

Zmieniam godziny łowienia i zaczynam przyjeżdżać w nocy, kiedy jest całkiem ciemno. Mija cały miesiąc sypania futru do wody i dopiero wtedy w łowisko, kilka metrów od brzegu, przychodzą leszczyska ważące od dwóch do czterech kilogramów. Nawet tu zbierają rozsypany łubin. Każde zarzucenie zestawu daleko w jezioro to całkowita pustynia, ale na pięciu metrach głębokości, czyli jakieś 10 m od brzegu, brania są natychmiastowe. Warunek tylko taki, że muszę się zachowywać cicho jak mysz. O świcie brania się kończą. Właściwie mógłbym się zwijać, ale zostaję, bo niedługo zaczną brać płocie tak grube, że nie da się ich objąć dłonią.

Takie łowy o jednakowej porze trwają przeważnie do połowy sierpnia. Potem leszcze i płocie biorą już coraz rzadziej. Ale to dopiero początek zabawy w przepływowej rynnie. Z początkiem września jakby się w jeziorze worek z rybami rozwiązał. Na środku skaczą potężne płocie, a leszcze spławiają się na całej powierzchni. Tak wygląda powrót ryb z rzeki do jeziora. Wsiadam do łodzi i aż mnie korci, żeby spróbować wszędzie, gdzie tylko spławia się coś większego. Ale nie muszę, bo wystarczy, że wypłynę nieco dalej od brzegu, dwa razy porządnie zanęcę i już na trzeci dzień łowię z toni na przemian wielkie płocie i leszcze. Z każdym dniem płoci będzie coraz więcej i będą coraz większe. Na leszcze poczekam do następnej jesieni.

Bogdan Barton

Poprzedni artykułODRA KOŁO KOŹLA
Następny artykułPATER NOSTER NA DORSZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments