wtorek, 18 stycznia, 2022
Strona główna Przynęta Sztuczna AKCJA, PÓŹNIEJ WIELKOŚĆ

AKCJA, PÓŹNIEJ WIELKOŚĆ

Woblerami zainteresowałem się dlatego, że w pewnej chwili gumy stawały się mało skuteczne. A tak jest niemal zawsze, kiedy się łowi przez cały dzień.

Na gumy łowiłem bardzo dużo, zresztą nadal na nie łowię, bo są to przynęty niezastąpione, szczególnie w rzekach, kiedy przez większość czasu drapieżniki żerują przy dnie. Ale kiedy się podnoszą i żerują w toni lub przy powierzchni, guma nie jest już tak skuteczna. Zacząłem więc łowić woblerami. Wtedy jeszcze je kupowałem. Ale woblery łowne mają to do siebie, że się je zostawia w zaczepach. Strata podwójna, pieniędzy i dobrej przynęty. Zacząłem więc sam je strugać.

Pierwsze moje woblery były wykonane bardzo nieudolnie. Źle oklejone, źle pomalowane, ze źle powkładanymi sterami. Ale robiłem je dziesiątkami i niemal codziennie siedziałem nad rzeką, by je testować. Bardzo szybko nabrałem wprawy. Były coraz ładniejsze i niemal każdy pracował całkiem dobrze. Niestety, ryby nie podzielały tych opinii. Dlatego pierwszego woblera, na którego regularnie łowiłem okonie, poddałem gruntownym badaniom. Interesowałem się jednak nie jego wykonaniem, tylko pracą. Zorientowałem się, że jest to jedna z najważniejszych cech każdej przynęty, bo wobler łowił tylko okonie, a przecież w tym samym miejscu były również inne ryby. Musiał się więc pod jakimś względem zachowywać podobnie do czegoś, czym się okonie akurat żywiły albo co budziło ich agresję. Postanowiłem więc zrobić kilka takich samych na wypadek, gdybym ten jedyny egzemplarz urwał lub gdyby odciął mi go szczupak. I zaczęły się schody.

Kolejne, niemal tak samo wyglądające woblery, miały inną akcję. Ale nawet gdy na oko nie dało się jej odróżnić od akcji łownego pierwowzoru, to okonie jakoś nie chciały na nie brać albo brały raz na kilkanaście rzutów. Dopiero wtedy, strugając kolejne woblery, zacząłem poznawać zależności pomiędzy sterem, obciążeniem, kształtem korpusu, wielkością oczka itp. Przekonałem się na własnej skórze, ile rozmaitych czynników trzeba uwzględnić, żeby dwa tak samo wyglądające woblery były tak samo łowne. Odtworzyć te powiązania ręcznie w kawałku drewna to nie lada sztuka, a przede wszystkim zajęcie ogromnie pracochłonne. Dlatego po wielu latach strugania woblerów zacząłem je robić techniką wtryskiwania specjalnej pianki do form.

Zanim jednak do tego doszło, zawarłem bliższą znajomość nie tylko z okoniami, ale też z innymi rybami. Często łowię w Wiśle. To rzeka boleni i sandaczy, a jak się przekonałem później, kiedy już używałem woblerów, również sumów, kleni i jazi. Zacząłem więc robić woblery przeznaczone specjalnie do łowienia tych ryb. Odszedłem jednak od zasady “duża ryba, duża przynęta”, bo ile razy sprawdzałem, co jedzą złowione przeze mnie ryby, zawsze w ich żołądkach znajdowałem również małe rybki. I jak się jeszcze później przekonałem, nie tyle wielkość, co akcja przynęty sprawia, że atakują ją określone gatunki drapieżników. Najważniejsze jednak, żeby akcja woblera (innych przynęt też) nie była płynna, powtarzalna, regularna. Podczas łowienia można ją zaburzyć specjalnie. Wystarczy zatrzymać wobler w prądzie, raptownie go podciągnąć, puścić z nurtem, szarpnąć szczytówką itp. Ale najlepiej, jak wobler robi to sam. Właśnie po to w moich woblerach zastosowałem szpiczaste stery.

Właśnie ze sterami eksperymentowałem najwięcej. Chciałem, żeby się wobler dobrze trzymał wody, nie wywracał podczas szybkiego podciągania, a zarazem od czasu do czasu sam z siebie uciekał na lewo i prawo lub niespodziewanie zamigotał bokami. Właśnie w takich momentach, kiedy wobler robił jakiś nieskoordynowany ruch, był atakowany. Widziałem nieraz, jak ryba płynęła obok machającego ogonkiem woblera, przyglądała mu się, ale zjeść go nie chciała. Dopiero gdy wobler trochę odskoczył, zapewne pod wpływem jakiegoś prądu wody, przystępowała do ataku.

Nad Bzurę mam niedaleko. Głównie w tej rzece testuję woblery i chyba właśnie tutaj nauczyłem się w pełni wykorzystywać ich walory. W Bzurze jest sporo zwalonych drzew. Wiadomo, że muszą tam siedzieć duże ryby, ale jak się do nich dobrać, skoro każda przynęta grzęźnie w zaczepie? Znalazłem na to sposób. Mały wobler, mocna plecionka i już buszuję nim w dołach wymytych wśród konarów pod zatopionym drzewem. Niemal zawsze udaje mi się wyciągnąć wobler z zaczepów, a ryby, które łowię tym sposobem, do małych nie należą.

Podczas takiego wędkowania zauważyłem, że w pewnych sytuacjach ryby wybierają woblery w określonym kolorze. Ich upodobania się zmieniają, ale kiedy w łowisku są okonie, zaczynam od czerwieni. Kiedy w Wiśle łowię klenie, zawsze najpierw założę czarnego w złote paski, tak zwaną osę. Na troling zabieram woblera z niebieskim grzbietem.

Mój sposób łowienia jest prosty. Przede wszystkim wybieram takie stanowisko, z którego wobler popłynie przez kilka prądów. Rzucam nim do dziesięciu razy i jeżeli nic się nie dzieje, zamieniam go na inny. Ale tym drugim rzucam w te same miejsca najwyżej dwa razy.

Jack Wargocki
notował WD

Poprzedni artykułWAHADŁÓWKA NA BELONY
Następny artykułRZEKA DLA DWÓCH

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments