piątek, 7 października, 2022
Strona główna Spinning NIGDY SIĘ NIE SPIESZĘ

NIGDY SIĘ NIE SPIESZĘ

Na początku sezonu szukam keltów troci i łososia w pobliżu tarlisk. Nawet jak już ryby są dawno wytarte, to “lubią” trzymać się w pobliżu miejsc rozrodu. Przypuszczam, że zatrzymują się tam także kelty spływające z górnych odcinków rzeki, bo okolice tarlisk są dobrymi łowiskami przez wiele tygodni, a nie tylko przez pierwsze kilka dni.

Zaczynam łowienie od przeczesywania najatrakcyjniejszych miejsc, zwłaszcza bezpośrednio poniżej tarliska. Skupiam się nie tylko na rzutach i prowadzeniu błystki, ale także dokładnie obserwuję wodę. Czekam, aż troć czy łosoś zdradzi swoją obecność. Czasami ryba odprowadzi błystkę, czasami lekko ją trąci. Raz widać tylko błysk pod powierzchnią, innym razem wyraźny spław. Jak już uda mi się namierzyć, gdzie ryba dokładnie stoi, to poświęcam jej co najmniej kilka godzin. Zdarza się co prawda, że branie następuje natychmiast, ale najczęściej troć czy łosoś ignoruje przepływające obok przynęty, i trzeba je dopiero dziesiątkami rzutów sprowokować do ataku. Wydaje się to nudnym zajęciem i nieraz po godzinie czy dwóch bezowocnego rzucania może się wydawać, że ryby już dawno w tym miejscu nie ma. Przekonałem się jednak, że kelty stoją dokładnie w tym samym miejscu przez wiele godzin, czasem przez kilka dni. Nawet jak miejsce wydaje się pozornie nieatrakcyjne, to warto ryby poszukać tam, gdzie się pokazała. Kilkakrotnie złowiłem w ten sposób trocie na pograniczu 30-centymetrowej płycizny.

Nie dotyczy to tylko ryb stojących pod samym brzegiem. Dziesiątki przechodzących tuż przy rzece wędkarzy wypłaszają je nieraz na środek, ale jak nad wodą się całkiem uspokoi, to kelty zazwyczaj wracają do swoich kryjówek.

W styczniu i w lutym największe zaufanie mam do kołobrzeskich karlinek. W pochmurne dni zakładam błystki białe oraz miedziane i mosiężne ze srebrnym spodem. W dni słoneczne zaczynam od karlinek białych z wierzchu i ciemnoczerwonych od spodu. Każdą z błystek rzucam przez kwadrans, dwadzieścia minut, a potem zakładam następną. Jak przez dwie godziny nie uda mi się wahadłówkami sprowokować ryby do brania, przerzucam się na obrotówki typu long w rozmiarze 3. W pudełku mam błystki z białymi i srebrzystymi skrzydełkami, a także oklejone srebrzystą i czerwoną folią odblaskową. O zmierzchu zakładam najbardziej jaskrawe i kolorowe błystki, nawet pomarańczowe.

Nie zawsze zaczynam łowienie od razu po namierzeniu troci. Jak ryba miała kontakt z błystką, albo spłoszyłem ją zrywając przynętę na zaczepie, to odczekuję co najmniej pół godziny. Tak samo robię, kiedy nad wodą kłębi się tłum wędkarzy. Zajmuję dogodne stanowisko do rzucania i czekam aż wszyscy zejdą w dół rzeki. Ja się nigdy nie śpieszę. Za najlepsze pory połowu uważam godziny południowe (od 12.00 do 14.00), i szarówkę jaka zapada tuż po zachodzie słońca. Kiedy nie uda mi się sprowokować troci wieczorem, staram się powrócić w to samo miejsce nazajutrz o świcie. Robię tak zwłaszcza w przypadku ryb wypłoszonych spod samego brzegu. Kiedy jestem pierwszym wędkarzem nad wodą, bardzo często udaje mi się je złowić już w pierwszych rzutach.

Mirosław Masian
Białogard

Poprzedni artykułDUSZONA I ZAPIEKANA
Następny artykułW DOLE RZEKI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments