piątek, 7 października, 2022
Strona główna Łowisko NYSKA KLODZKA W REJONIE OPALENICY

NYSKA KLODZKA W REJONIE OPALENICY

W Nysie Kłodzkiej, w okolicach Barda, jest dużo kleni. Większość z nich ma 30 – 35 cm, ale zdarzają się również okazy półmetrowe. Łowię je na przepływankę z kawałkiem chleba na haczyku, spacerując bez pośpiechu z biegiem rzeki i zapuszczając wędkę w obiecujące miejsca.

Bochenek świeżego chleba prosto z piekarni przełamuję na pół. Spod skórki wybieram lekko zaróżowiony miękisz, który zawijam w foliowy woreczek i chowam do kieszeni. To na haczyk. Z reszty odłamuję spory kawałek i wrzucam do wody, żeby namoknął. Rozkładam teleskop (wysłużone 4-metrowe ABU o akcji parabolicznej), montuję kołowrotek z żyłką o średnicy 0,20 mm. Na żyłkę naciągam 2-gramowy spławik (bombkę z grubą antenką), który obciążam dwoma dużymi śrucinami. Półmetrowy przypon wiążę z żyłki 0,16 mm. Haczyk nr 6, niklowany, żeby się nie wyróżniał na tle chleba. Hamulec kołowrotka ustawiam luźno, bo kleń uderza ostro i często zrywa zablokowaną żyłkę. Na nogi wkładam wodery. Przy niskiej wodzie klenie często stoją pośrodku rzeki, tam też spływają, kiedy zostaną wypłoszone spod brzegu. Wędkarz stojący w wodzie ich nie płoszy, trzeba się tylko ruszać powoli i uważać, by nie wzruszyć piasku.

Ostrożnie podchodzę do rzeki. Sięgam po leżący tam chleb, wyciskam z niego wodę i przy brzegu wrzucam garść rozmoczonych okruchów. Prąd je poniesie do kleni. Chleb rzucony im wprost na głowy wywołałby popłoch. Lepiej, gdy nie widzą, skąd się wziął, wtedy uznają go za naturalny pokarm, a to połowa sukcesu. Grunt ustawiam tak, by przynęta płynęła tuż nad dnem i od czasu do czasu zawadzała o jego nierówności. Kiedy ryby biorą delikatnie, śruciny unoszę trochę wyżej. Na kolanku haczyka zaciskam kawałek miękiszu chleba. W wodzie napęcznieje i zrobi się z niego kulka wielkości laskowego orzecha.
Wędkę zarzucam blisko, żeby spławik spływał swobodnie tym samym torem co zanęta. Żyłkę z kołowrotka wyciągam palcami. Zestaw wypuszczam daleko, niekiedy nawet na 50 metrów.

Cały czas kryję się za krzakiem, pniem drzewa lub nawisem skarpy. Klenie są płochliwe i mają bystry wzrok. Sylwetka wędkarza, cień rzucony na wodę, nawet trzask złamanej nogą gałązki potrafi je na dobre wystraszyć. Wtedy natychmiast przestają żerować, przywierają do dna lub kryją się w przybrzeżnych jamach, albo odpływają. Płoszą je nawet łabędzie lub rybitwy, które czasem zlatują się do spływającego chleba. Zestaw przepuszczam dwa – trzy razy przy samej burcie, potem coraz dalej od brzegu. Jeżeli widzę, że pośrodku nurt płynie wolniej, wchodzę do wody i w taki sam sposób jak poprzednio przeszukuję główne koryto. Każde przepuszczenie kończę zacięciem, zrywając z haczyka przynętę. I tak spadnie, kiedy będę ściągał zestaw, lub obskubią ją ukleje, których od czasu powodzi w Nysie jest mnóstwo. Tnę za każdym razem, gdy spławik się zatopi lub zatrzyma, bo nigdy nie wiadomo, czy to zaczep, czy ryba. Błyskawicznie unoszę kij i odciągam w bok żyłkę trzymaną w ręku. Kiedy spławik jest oddalony kilkadziesiąt metrów, trzeba zacinać bardzo mocno.

Kleni uczyłem się łowić przy ojcu jeszcze w latach pięćdziesiątych. Wtedy w Nysie było ich bez liku, także płoci, jelców, kiełbi, brzan, pstrągów i świnek. Wszyscy wędkarze jeździli na zalew do Otmuchowa, ojciec nie. Wolał Nysę i wpływającą do niej za Kłodzkiem Ścinawkę. W okolicach Gorzuchowa i Bierkowic wyciągaliśmy z niej brzany po pięć kilo. Brały przeważnie w nocy. Z czasem do Nysy zaczęły spływać ścieki komunalne, zatruwały ją także tkalnie, papiernie i kopalnia w Nowej Rudzie. Jednego dnia woda była czerwona, drugiego czarna. Pod koniec lat sześćdziesiątych zniknęły świnki, po nich lipienie, pstrągi i brzany. Tylko klenie jakoś przetrzymały te kiepskie lata. Teraz prawie wszystkie nasze miasteczka są skanalizowane i podłączone do oczyszczalni ścieków. Przemysł upadł, zamknięto kopalnię i większość tkalni, ludziom żyje się coraz gorzej, bo bezrobocie sięga 35 procent, ale woda w rzece bardzo się oczyściła.

Powoli odradzają się brzany. Sporo już jest sztuk ważących po 1 – 1,5 kg, trafiają się nawet „trójki”. Co prawda na chleb biorą rzadko, ale przyzwyczailiśmy je do kukurydzy i płatków owsianych (w Nysie aż do Paczkowa można stosować tylko przynęty sztuczne i roślinne). Biorą nieźle. Wracają pstrągi potokowe (do 1,5 kg) i lipienie. Nigdy nie myślałem, że znów, jak dawniej, w Nysie zobaczę potokowca i to w samej Nowej Rudzie! W głębszych miejscach spotyka się szczupaki i okonie. Choć ryb jest coraz większa rozmaitość, nadal łowię tylko klenie. Okrągły rok, również zimą, o ile tylko nie płynie kra. W lutym zeszłego roku jednego dnia miałem dziewięć sztuk od 30 deka do kilograma.

Klenie biorą nie każdego dnia. Najlepiej, gdy jest ciepło, wieje lekki wiatr, a słońce co jakiś czas chowa się za chmurami. Najlepsze wyniki mam wtedy, gdy woda jest niska lub średnia i lekko zabrudzona. Kiedy jest wysoka i brudna, to klenie uciekają przed szybkim nurtem i chowają się w przybrzeżnych jamach lub pod krzakami. Nysa po deszczu szybko mętnieje, ale też szybko się oczyszcza i za godzinę lub dwie znów można wędkować. Z przepływanki trzeba rezygnować tylko podczas silnego wiatru (nie widać brań) oraz jesienią, gdy płyną liście.

W mojej okolicy Nysa Kłodzka jest płytka, wartka, kamienista, poprzegradzana licznymi progami, które są pozostałością po dawnych młynach, kuźniach i elektrowniach wodnych, obecnie w większości nieczynnych. Jest uregulowana, nie ma meandrów, głębokich dołów i starorzeczy. Klenie nie wszędzie się trzymają i trzeba się dobrze za nimi nachodzić. W zasadzie przebywają w głębszej wodzie (1 – 1,5 m), w rynnach, zagłębieniach, zakolach ze wstecznym prądem, przy podmytych burtach i korzeniach przybrzeżnych drzew.

Polowanie na klenie zaczynam od Opolnicy, poniżej progu elektrowni wodnej. Dobre łowiska znajdują się przy cyplu pomiędzy młynówką i głównym nurtem Nysy oraz przy filarach i larsenach pozostałych po starym moście. Klenie stoją przy brzegu oraz w spowolnieniach prądu w korycie rzeki. Żeby tam sięgnąć, trzeba wejść do wody. Tutaj na chleb łowię również duże płocie (do 30 cm), jelce i kiełbie. Są też brzany, lipienie i pstrągi.

Dalej rzeka zatacza duży łuk i przyspiesza, tworząc liczne bystrza. Przed Bardem rozlewa się szeroko i wypłyca, opływa sporą wyspę. Klenie są przed samym miastem. Po lewej stronie, gdzie rzeka dotyka drogi, jest kilka głęboczków. Niekiedy uderzy w nich ładna brzana. Za miastem nurt stopniowo zwalnia, bo daje o sobie znać kolejny jaz, wysoki na trzy metry. Kleni tutaj niewiele, łatwiej już o płotkę, krąpia lub leszcza, dlatego rzadko tu zaglądam. Za progiem w korycie pojawiają się wielkie głazy, zwane przez nas zwarami. Nurt jest bystry, ale płytki, więc kleni można się spodziewać tylko podczas przyboru.

Dobre łowiska kleni zaczynają się dopiero koło fabryki papieru. Przy brzegu biegnie tam rów o głębokości 1,70 m. Fabryka ma teraz oczyszczalnię, ale kiedyś niesamowicie zatruwała rzekę odpadami celulozy, które czepiały się żyłki i nie pozwalały wędkować. Za papiernią robi się jeszcze głębiej, przy tzw. Skałce (wysoka skała na wysokim brzegu) woda ma nawet dwa metry. W tym miejscu oprócz kleni wędkarze łowią brzany i pstrągi. W korycie pojawiają się zwalone drzewa, zwane tu uwadami. Zawsze obławiam je dokładnie ze wszystkich stron, bo lubią tam stać grube klenie. Najpierw z brzegu wpuszczam przynętę pod zwalony pień, potem z wody przeszukuję szczyt zatopionego drzewa.

Przed Przyłękiem jest następny jaz i ujście potoku o nazwie Studew. Przed tamą nurt się uspokaja, a koryto pogłębia. Dużo tu kiełbi, płoci i oczywiście kleni, które najczęściej spotykam w przybrzeżnych rowach i przy uwadach. Jesienią i wiosną pod jazem gromadzą się stada brzan, pstrągów i kleni, które bezskutecznie (nie ma przepławki) próbują sforsować betonowy próg o wysokości dobrych trzech metrów. Żal patrzeć na uparcie skaczące ryby. Zaglądają tu kłusownicy. Znajdujące się za jazem długie bystrze chętnie odwiedzają muszkarze.

Przed mostem drogowym w Przyłęku znajduje się głęboka płań, miejscami ma 2,5 m. To najbardziej znane w okolicy łowisko brzan. Każdego roku padają tu sztuki o wadze kilku kilogramów. Są też grube klenie. Prawie zawsze można tutaj spotkać wędkarzy z gruntówkami lub spławikówkami. Przy tym moście zwykle kończę spotkanie z kleniami.

Leszek Kłapa
Ludwikowice

Poprzedni artykułZ ECHOSONDĄ NA LODZIE
Następny artykułGLOWACICA PO MONGOLSKU

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments