wtorek, 18 stycznia, 2022
Strona główna Bez kategorii Opowiadanie DRZEWIEJ WĘDKOWANIE BYŁO RYTUAŁEM

DRZEWIEJ WĘDKOWANIE BYŁO RYTUAŁEM

Pamiętam, jak wielką przyjemność sprawiały mi w zimowe wieczory zajęcia z bambusowymi wędkami. Najpierw należało zerwać z nich stare omotki, a później delikatnie zetrzeć resztki pokruszonego lakieru. Kiedy to już zostało zrobione, smarowałem bambusy bezbarwnym lakierem nitro – raz, drugi i trzeci. W całym mieszkaniu unosił się ostry zapach, matka narzekała, ale ja myślami byłem w całkiem innym świecie – nad rzeką, pod białymi obłokami sunącymi po błękitnym niebie. Po kilku dniach, gdy lakier już wysechł, można było przystąpić do zakładania przelotek. Poza tym co dwa – trzy tygodnie końcówki segmentów zanurzałem na noc w wodzie. Dzięki temu drewno nie wysychało i się nie kurczyło. Jeżeli bym tego nie robił, to wiosną mosiężne skuwki nie siedziałyby na swoich miejscach i przy każdym rzucie wędzisko by się rozlatywało. Przeszło przez moje ręce wiele bambusowych wędek, ale w pamięci zapisała mi się tylko jedna – i o niej chcę opowiedzieć.

Miałem czternaście lat, kiedy pod pretekstem zakupu kilku haczyków zajrzałem do wędkarskiego sklepu. Stały tam pod ścianą piękne wędki: trzymetrowe w cenie 110 zł i prawie pięciometrowe po 185 zł (pamiętam!). Te dłuższe miały dolniki zaopatrzone w metalowe ostrza, żeby je można było wbić w ziemię. Dzisiaj takie rozwiązanie, przywodzące na myśl oszczep, wzbudziłoby śmiech, ale mnie wręcz zauroczyło. Co za wygoda, nie potrzeba już żadnej podpórki! Zbliżała się Wigilia i miałem sobie wybrać prezent pod choinkę…

Następnego dnia zaprowadziłem ojca gdzie należało i zażyczyłem sobie zakupu za 185 zł. Tata wziął wędzisko do ręki i z miejsca orzekł, że jest dla mnie za długie, za ciężkie i – ze względu na ostry grot – niebezpieczne. Wtórował mu ekspedient, tego z kolei poparł kierownik sklepu. Uparłem się jednak i postawiłem na swoim. Bambus był mój.

Kiedy nadeszło lato i wreszcie pojechaliśmy na wakacje, już pierwszego dnia pobiegłem nad wodę, z nowym wędziskiem oczywiście. I jeszcze zanim zapadł wieczór zrozumiałem, że starsi mieli rację. Byłem do tego bambusa zbyt niski i zbyt słaby, zresztą wędzisko w ogóle nie nadawało się do łowienia płoci i jelcy, a na tym polegało moje ówczesne wędkowanie. Mimo to się nie poddałem. Nie potrafiłem na zawołanie urosnąć, ale mogłem zmienić sposób łowienia.

Następnego popołudnia przyszedłem nad Wartę ze swoim nowym „oszczepem” zaopatrzonym tym razem w zestaw żywcowy. Była to żyłka o średnicy 0,50 mm, przypon ze skręconych stalowych drucików i potężna kotwica. Spławik wielkością przypominał małe jabłko. Nigdy dotąd nie próbowałem łowić na żywca, ale słusznie przewidywałem, że przy takiej metodzie nie będę musiał często zarzucać ani bez przerwy trzymać wędziska w ręku. Miałem nadzieję, że wyciągnę na brzeg, pierwszego w życiu szczupaka. Nie wiedziałem, jaką niespodziankę szykuje mi rzeka…

Założyłem na kotwicę małego krąpia, wysnułem na ziemię prawie dwadzieścia metrów żyłki, wziąłem szeroki zamach i silnym rzutem posłałem przynętę na wodę, w spokojną toń za piaszczystą przykosą. Rybka poszybowała w powietrzu, srebrzyście błysnęła w słońcu, by tuż nad powierzchnią rzeki zderzyć się… z wyskakującym z wody wielkim szczupakiem! Poczułem silne szarpnięcie i wędzisko wypadło mi z ręki. Chlupnęło w rzekę i szybko zaczęło się oddalać od brzegu. Bez zastanowienia rzuciłem się za nim w pogoń. Było tam, na szczęście, płytko i wędkę dogoniłem. Co ciekawsze, wywlokłem tego szczupaka na brzeg. To był mój pierwszy szczupak w życiu i pierwsza ryba złowiona na ten kij imponujący ciężarem i długością. Mój pierwszy szczupak ważył ponad 5 kilogramów. Wiele lat musiałem czekać na następną taką rybę.

Każde bambusowe wędzisko było inne. Dwa kije, na pozór takie same, mogły mieć zgoła odmienną przyszłość. Jedno potrafiło służyć przez kilka sezonów, drugie po paru wyprawach nad wodę trzeba było wyrzucić. Bambusy łamały się lub pękały, drewno murszało albo się wyginało pod własnym ciężarem. Po wyholowaniu większej ryby szczytówka zwykle przypominała zakrzywiony patyk. Wtedy prostowało się ją w dłoniach i łowiło dalej.

Zresztą dla wielu wędkarzy takie wędzisko, z racji swej ceny, pozostawało nieosiągalnym marzeniem. Ruszali oni nad wodę z kijami leszczynowymi albo z leszczynowo-jałowcowymi kombinacjami. Można je było kupić w sklepie za 40 – 50 złotych albo zrobić samemu. Przy tych drągach mój bambus – gigant zdawał się lekki niczym piórko! Okoliczności takie powodowały, że ludzie przywiązywali się do swoich, co bardziej udanych wędzisk, a używając ich latami, z czasem przypisywali im jakieś szczególne cechy. Moja wędka, na przykład, miała swoiste poczucie humoru: od czasu do czasu lubiła wykąpać mnie w wodzie. Jeden taki przypadek zapamiętałem dobrze.

Otóż pewnej jesiennej nocy łowiłem miętusy ze starej grobli, usypanej z wielkich polnych kamieni.

Siąpił drobny deszczyk i głazy były bardzo śliskie. Uważałem więc z każdym energiczniejszym ruchem. Kiedy kolejny raz zarzuciłem ciężki zestaw gruntowy w daleki nurt i schyliłem się, żeby grot dolnika – a jednak się przydawał! – wetknąć w szczelinę pomiędzy kamieniami, w przynętę silnie uderzyła jakaś ryba. Sztywny kij tego nie zamortyzował, łowiecki instynkt nie pozwolił mi wypuścić wędziska z ręki, moje gumowce rozjechały się na oślizgłym podłożu i z głośnym pluskiem wpadłem do rzeki. Trudno uwierzyć, ale ryby nie straciłem: była to dwukilogramowa brzana.

Bambusowymi wędkami łowiło się przyjemnie dopóty, dopóki nad naszymi wodami nie pojawiły się pierwsze szklane spiningi. Przywożone z Zachodu, później z pobliskiego NRD, uświadomiły wędkarzom względność pojęcia „dobry sprzęt”. Zaczęła się pogoń za szklanymi szczytówkami, łączonymi potem z bambusowymi wędziskami. Parę sezonów później pojawiły się pierwsze teleskopy. Wiosną 1975 roku pożegnałem się ze starym kijem, okutym niczym oszczep. Podarowałem go teściowej, bo szukała palików pod pomidory. Pojechałem do Czechosłowacji i kupiłem dwa teleskopy wyprodukowane na francuskiej licencji. Wydawały mi się ósmym cudem świata, a dzisiaj przecież nawet nie pamiętam, co się z nimi stało. Potem miewałem kolejne wędziska, coraz lepsze oczywiście. Niestety coraz lepszy sprzęt nie oznaczał coraz lepszych wyników wędkowania. Ale to już całkiem inna historia.

Poprzedni artykułJAK POSTĘPOWAĆ NA ŁOWISKU
Następny artykułSANDACZE NA FILETY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments