sobota, 29 stycznia, 2022
Strona główna Zawody AMATORZY I ZAWODOWCY

AMATORZY I ZAWODOWCY

Startujących podzieliliśmy na dwie grupy: amatorów i zawodowców. Dotychczas w Europie nikt takiego podziału w zawodach wędkarskich nie wprowadzał. Uznaliśmy, że warto się pokusić o taką formułę, z powodzeniem stosowaną w Stanach Zjednoczonych. W naszym kraju jest już dość liczna grupa wędkarzy, którzy są przewodnikami po jeziorach. Inni cały wolny czas poświęcają na treningi, starty w zawodach, także naszych, i zajmują w nich czołowe lokaty. Do grupy zawodowców zaliczyliśmy również osoby związane z wędkarstwem profesjonalnie, a więc producentów sprzętu, właścicieli sklepów, dziennikarzy. Oni też mają większą wiedzę o rybach i łowiskach, dysponują wyczynowym sprzętem. To im dawało przewagę w konfrontacji z resztą uczestników. Ostatecznie w naszych zawodach startowało 25 zawodowców i 102 amatorów.

Podział ten istniał na papierze, na łódkach łowiliśmy już razem. Ich obsady były losowane z jednego kapelusza. Chcieliśmy także w ten sposób urzeczywistnić ideę pucharu „Wędkarza Polskiego”. Ma on bowiem służyć wymianie doświadczeń i nawiązywaniu przyjaźni podczas wspólnego łowienia ryb.

Nagrody i losowanie
Tradycyjnie już, od naszego pierwszego pucharowego spotkania w roku 1994, nagradzamy 10 wędkarzy, którzy podczas całych zawodów złowili najwięcej ryb (wagowo). Naszym zdaniem jest to bardziej sprawiedliwe niż przyznawanie punktów za miejsca uzyskane w poszczególnych turach, bo aż do ostatniego rzutu nie odbiera nikomu szans na zwycięstwo.

W tym roku dziewięciu najlepszych amatorów otrzymało dwumetrowe wędki zrobione z blanków Black Canadian przez Zbigniewa Kawalca. Ten uznany specjalista w tej dziedzinie, wyczarował z nich doskonałe kije spiningowe. Do tego dodał jeszcze informację, jak się nimi powinno łowić. Taki wybór nagród nie był z naszej strony przypadkowy. Od wielu lat radzimy, żeby na łódkach używać krótkich kijów. Spininguje się nimi precyzyjnie i wygodnie, a przy podbieraniu ryby nie trzeba wołać o pomoc. Nagrodzeni przekażą swoje doświadczenia innym wędkarzom, a taka forma zdobywania wiedzy jest skuteczniejsza od wielu zapisanych kartek. Dziesiąty amator dostał spining Robinson Titanium, a wszyscy ponadto po kołowrotku.

Zawodowcy natomiast walczyli o trzy równorzędne nagrody. Każda była warta ponad 4 tys. zł. Ufundowali je sponsorzy 8 Pucharu “WP”: firmy Bis z Bielska-Białej (kilkanaście kołowrotków i spiningów oraz akcesoria), Dragon z Bydgoszczy (5 wędzisk spiningowych na markowych blankach HM62, ręcznie zbrojonych) i Perfekt z Sulechowa (echosonda, silnik elektryczny, kij Talon i kołowrotek). Taką formułę nagradzania zawodowców przyjęliśmy już na stałe. Jest ona dla wszystkich korzystna. Każdy zawodnik z trójki najlepszych sam wybiera (zaczyna zwycięzca) jedną z trzech nagród, które są w pewnym sensie wizerunkiem firmy-fundatora. Wszyscy, zarówno zawodowcy, jak i amatorzy, mieli szansę zdobycia Pucharu „Wędkarza Polskiego”, a wraz z nim łodzi wędkarskiej „Mewa” (listę zdobywców nagród drukujemy oddzielnie). Wszyscy mogli też dostać upominki za złowienie największych ryb. Jeden z takich upominków, za największą wzdręgę, ufundował uczestnik naszych zawodów Witold Kujałowicz. Rozlosowaliśmy też liczne nagrody niespodzianki, wśród których była łódź wędkarska „Mewa”.

Pogoda nie wybiera

  • Ten rok wreszcie jest normalny – tym stwierdzeniem przywitali nas wędkarze ostródzkiego towarzystwa. – Jeziora mają właściwą termikę i kapelony dopiero co wybiły nad wodę. Ryby kolejno i we właściwym czasie odbywały tarło. Drapieżniki dobrze żerują.
    Zbigniew Piekut z Ostródy, który szykując się do Pucharu cały maj przesiedział nad Jeziorem Drwęckim, opowiadał nam potem o siatkach pełnych dorodnych okoni. Optymizmem napawał też przebieg treningów. – Będzie dobrze – mówił Marian Firlej i Dariusz Mleczko z Perfektu Sulechów, którzy przez dwa dni pływali po jeziorze i szukali okoni. Byli tacy, co przyjechali do Ostródy na tydzień wcześniej. Dopiero poznawali jezioro, a już mieli dobre wyniki.

Niestety, przed samymi zawodami przyszły silne wiatry z północy, nocą z piątku na sobotę pojawił się przymrozek. Drobnicę wymiotło z otwartej wody, a wraz z nią odeszły drapieżniki. Należało sądzić, że ryby schroniły się w trzcinach lub zeszły na głębszą wodę. Przed zawodnikami stało trudne zadanie.

Zwycięzcy Pucharu
W tym roku puchar „Wędkarza Polskiego” zdobył Andrzej Stępkowski z Suwałk, który złowił 7,790 kg ryb. Zwyciężył on również w kategorii zawodowców oraz złowił największego leszcza (1,6 kg). Stępkowski pochodzi z Giżycka, mazurskie i suwalskie jeziora zna doskonale. Swoją dużą wiedzą dzieli się z innymi wędkarzami. Jak mało kto potrafi łowić okonie.

Drugie miejsce zajął Bogdan Kujawiak z Dzierżoniowa (blisko 5 kg). Już kilka razy brał udział w naszych zawodach, w klasyfikacji piął się coraz wyżej. W ubiegłym roku był jedenasty. Od dwóch lat łowi tylko okonie. Szuka ich w jeziorach, rzekach, a nawet w bystrych górskich strumieniach. W „Wędkarzu Polskim” opublikował kilka interesujących artykułów.

Trzecie miejsce wywalczył Andrzej Sztukowski z Suwałk (4,420 g). Jest z nami od zawodów w Giżycku, zajmował czołowe miejsca.
Najlepszym amatorem okazał się Zbigniew Piekut z Ostródy. Złowił 4,5 kilograma ryb. Z sukcesu bardzo się cieszył, bo to jego pierwsze w życiu wygrane zawody. Rok temu poniósł sromotną porażkę. Zawziął się więc i gdy tylko pogoda pozwalała, każdą wolną chwilę spędzał nad Drwęckim. Poznał doskonale jezioro, a przede wszystkim nauczył się łowić okonie.

Na drugim miejscu wśród amatorów uplasował się Adam Śnios z Elbląga (4,145 g), na trzecim wspólnie Adam Garbal z Biskupca i Jerzy Gorczak ze Świdwina (po 3,935 g). Jak widać nad Drwęckim najlepiej czuli się wędkarze z północy kraju.

Razem na łódce
Bardzo byliśmy ciekawi relacji na linii amatorzy – zawodowcy. W obu kategoriach rywalizacja była bardzo wyrównana. O miejscu w tabeli wyników decydowały gramy, a jeden duży okoń lub szczupak, który windował zawodnika o kilka lokat, i tak był złowiony nieprzypadkowo, bowiem obok niego było w siatkach kilkanaście, czasami kilkadziesiąt innych ryb.

W pierwszej dziesiątce znalazło się po pięciu amatorów i zawodowców. Nieco więcej ryb złowili zawodowcy. Zaważyło na tym przede wszystkim sportowe obycie. Nie zdawali się na los szczęścia, lecz łowili te ryby, które w danej chwili złowić było najłatwiej. Mieli też więcej rozmaitych przynęt, potrafili stosować różne metody połowu.

Triumfator zawodów Andrzej Stępkowski potrzebował w pierwszym dniu około godziny na trafną ocenę sytuacji. – Drobne okonie były wszędzie, więc nie płynąłem daleko. Po złowieniu kilkunastu sztuk zrobiłem małą rundę, by zobaczyć, jak jest u przeciwników. Nie mieli ani więcej ryb, ani większych, więc szybko wróciłem na poprzednie miejsce. Mój partner, Andrzej Maj z Lublina, całkowicie zdał się na mój wybór. Nigdy nie łowił z bocznym trokiem, więc zawiązałem mu zestawy i pokazałem, jak się tym spininguje.
Po zawodach Maj przyznał, że Stępkowski otworzył mu oczy. – Zanim rozłożyłem wędkę, on wyjął trzy ryby – mówił. – Później, chociaż mieliśmy podobne przynęty, wyciągał jednego okonia za drugim, a mnie w dalszym ciągu nie szło. Wtedy usłyszałem wspaniałą radę: „Za szybko kręcisz”. Posłuchałem i do końca tury złowiłem ponad 1,5 kg okoni.

Nauka szła – jak się spodziewaliśmy – i w drugą stronę. Mariana Firleja nie trzeba naszym czytelnikom przedstawiać. Specjalista od spiningu jakich mało. Drugiego dnia pływał z Piekutem. Był zdumiony jego sposobem łowienia. – On w ogóle nie zacinał. Prowadząc przynętę trzymał szczytówkę nisko nad wodą, potem ją unosił i wyłuskiwał okonia jednego za drugim. Wydawało mi się, że spininguje prymitywnie i mało skutecznie. Na Odrze lub Warcie w ten sposób nie złowiłby nic, ale tu nie Warta. Kiedy przez pewien czas łowiliśmy przy pomostach żeglarskiej przystani, na oczach kilku kibiców Piekut wyciągnął ze trzydzieści ryb. Ja żadnej! Na szczęście z głębszej wody wyholowałem więcej od niego, bo chyba spaliłbym się ze wstydu.

Znalazło się też kilku wędkarzy „niereformowalnych”. – Rozłożył kilka woblerów słusznych rozmiarów – mówił zawodowiec Krzysztof Gryniewicz o swoim partnerze z łódki. – I tylko nimi prał wodę, choć go namawiałem, by zmienił taktykę. Na własne życzenie nie złowił nic. Nie można bowiem w łowisku, w którym jest ogromna ilość okoni, liczyć na szczupaka. – Jarosław Sawicki z Bytomia szczerze przyznał: – Nie połowiłem sobie, bo używałem przynęt większych od ryb, które wyciągali koledzy.

Andrzej Stępkowski, zdobywca Pucharu “WP”
Ryby miałem od pierwszego rzutu. Zakotwiczyłem przy Kanale Elbląskim, 20 metrów od brzegu, na krawędzi stoku, gdzie głębokość wynosiła od 3 do 4,5 m. Łowiłem zestawem z bocznym trokiem obciążonym 7-gramową oliwką. Do półmetrowego przyponu z żyłki 0,16 mm uwiązałem uzbrojone w gramową główkę niezawodne w moich jeziorach „podbite oko” – tak nazywamy fioletowe twistery.

Po złowieniu kilkunastu niewielkich okoni naszła mnie wątpliwość: Czy to warte zachodu? Postanowiłem poszukać większych, a przy okazji zobaczyć, co łowią inni. Nie mieli nic ciekawego. W kilku miejscach, które odwiedziłem w niecałą godzinę, złowiłem niewiele, więc wróciłem na dawne stanowisko. Wcześniej wydawało mi się, że spławiały się tam spore ryby. Nie myliłem się, w połowie tury na paprocha złowiłem dużego leszcza o wadze 1,6 kilograma.

To był krótki przerywnik pomiędzy okoniami, które brały w zasadzie przez cały czas. Złowiłem ich aż 163, ciągnąc zestaw wolno po stoku z dołu do góry. Ciężarek szedł po dnie wzbijając chmurkę mułu, za nim unosił się twister. Drobne ryby chwytały przynętę bardzo delikatnie, należało się mocno skupić, żeby zaciąć w odpowiednim momencie. Pomogła mi w tym wędka, którą wyposażyłem w szczytówkę z miękkiego włókna szklanego.

Drugiego dnia o ryby było znacznie trudniej. Pocieplało, wiatr się zmienił. Wędkowanie zacząłem od drzewa zatopionego na głębokim stoku. Na treningu wyciągnąłem spod niego kilka ładnych okoni. Teraz jednak ryb tam nie znalazłem. Przez pół godziny próbowałem złowić szczupaka. W tym miejscu woda miała około 6 m, więc mogły tam być. Bez efektu. Wróciłem do okoni. Postanowiłem ich szukać przy brzegu. Stały w trzcinach, ale nie sposób było do nich sięgnąć. Zeszłoroczne, zeschnięte trzciny i te, które dopiero co wyrosły, tworzyły zaporę nie do przebycia. Przynętę udawało się zapuścić tylko w wycięte przez wędkarzy korytarze szerokie na 1 – 1,5 metra. Wyłuskałem z nich tylko 30 okoni. Ważyły 1,5 kg. Mało, ale większych nie udało mi się znaleźć. Tego dnia najskuteczniejsze były perłowe twisterki wiązane bezpośrednio do żyłki. Łowiłem z opadu w pobliżu dna.

Bogdan Kujawiak (II miejsce)
W pierwszej turze zdałem się na Zbyszka Piekuta z Ostródy. W części samborowskiej miał on namierzone trzy miejsca, których był pewien. Ja z ubiegłego roku pamiętałem tylko jedno. Najwięcej okoni złowiliśmy w okolicach przewężenia. Z przynęt najlepsze były nowe paprochy Relaxa, zwłaszcza „multikolor” (fiolet z różnokolorowym brokatem).

Drugiego dnia wylosowałem szybką łódź. Popłynęliśmy w pobliże mostu kolejowego. Zanim zjawili się tam inni wędkarze, na motor-oila wyciągałem okonia za okoniem. Skończyło się to, gdy przypłynęła pewna ekipa i postawiła kotwicę tak „delikatnie”, że ryby przestały brać. Popłynęliśmy w drugi koniec jeziora, gdzie rok temu przy pomoście okonie brały bardzo dobrze. Tym razem było słabo. Postanowiliśmy więc wrócić pod most, ale po drodze zobaczyliśmy, że kilkanaście metrów od trzcin spławiają się duże leszcze. Wcześniej utopiliśmy kotwicę, więc musieliśmy spiningować trzymając się rękami trzcin. Na motor-oila złowiłem leszcza, któremu niewiele brakowało do kilograma. Później przez godzinę pokazywały się takie, co ważyły 2 – 3 kg, ale już żadnego nie udało nam się złowić.

Andrzej Sztukowski (III miejsce)
Okonie były bardzo ostrożne i niezdecydowane. Przez dwa dni łowiłem na zmodyfikowany boczny trok. Przynęta była uwiązana na 5-centymetrowym przyponie, a ciężarek na żyłce o długości 20 cm. Okonie niechętnie atakowały przesuwającego się twistera, więc przez dłuższy czas trzymałem ciężarek w jednym miejscu i poruszałem przynętą, delikatnie potrząsając kijem. Zbyt wiele ryb traciłem zaraz po zacięciu, więc główkę jigową wymieniłem na mormyszkę. Przynętę założoną na wąski haczyk okonie połykały głębiej. Najlepsze były żółte twistery.

Na zakończeniu tegorocznej imprezy obecny był wojewoda warmińsko-mazurski p. Zbigniew Babalski. Powiedział, że bardzo by się cieszył, gdyby zawody o puchar naszej redakcji odbywały się w Ostródzie na stałe. Jego zdaniem pod uwagę można by też brać inne okoliczne jeziora – Szeląg Wielki lub Dąbrowę Wielką.

Zbigniew Piekut (I miejsce)
W zeszłym roku podczas pucharu szukałem tylko szczupaków. Okazało się jednak, że to nie była pewna zdobycz, a najlepsze wyniki osiągali ci, co łowili okonie. Zabolała mnie tamta porażka i cały rok poświęciłem garbusom. Podstaw jigowania nauczył mnie Darek Libera, którego poznałem właśnie na poprzedniej imprezie. O bocznym troku przeczytałem w waszym miesięczniku. Okonie więc łowię dopiero od roku. Przez ten czas w Jeziorze Drwęckim znalazłem wiele bankowych miejsc, a pomimo tego się zawiodłem. Trzy tygodnie przed imprezą były prawdziwe okoniowe żniwa.

Piękne garbusy łowiłem między innymi w okolicy wyspy i naprzeciwko ośrodka Bajka, a także przy moście dzielącym jezioro na część Samborowską i Miejską. Były łatwe do znalezienia, bo zgrupowane, na głębokości 4 – 5 metrów. Jeszcze pięć dni przed zawodami łowiłem dziennie po 6 – 7 kilogramów okoni, wśród nich wiele trzydziestaków. Pogoda jednak się popsuła. Zaczął wiać silny wiatr, temperatura w nocy spadła poniżej zera. Ryby opuściły swoje dotychczasowe miejsca i się rozproszyły.

Pierwszego dnia wędkowałem w części samborowskiej. Tam miałem trzy namiary. Sprawdził się tylko jeden 500 metrów przed przewężeniem, wśród kapelonów, w miejscu o głębokości pół-tora metra. Przynętę prowadziłem tuż nad dnem, toteż miałem wiele zaczepów. Najskuteczniejszą przynętą był fioletowy 3-centymetrowy twister uzbrojony w 1,5-gramową główkę.

W drugiej turze o rybę było zdecydowanie trudniej. Niezłym łowiskiem okazały się okolice mostu i przystani ośrodka Sokół. Ryby brały na 4 metrach. Łowiłem również 1,5-gramową główką, ale z twisterkiem w kolorze motor-oil. Wybierałem egzemplarze z najmniejszą ilością brokatu. Przynętę opuszczałem na dno, potem prowadziłem ją drobnymi skokami. Uważnie obserwowałem szczytówkę. Kiedy się lekko przyginała, zdecydowanie podnosiłem kij i ryba pewnie siadała na haku. Nie zacinałem. Dzięki temu drobnym okoniom nie rozrywałem pyszczków, więc podczas holu mi nie spadały. Wszystkie brania były delikatne, najczęściej następowały podczas podciągania przynęty.

Cały czas używałem atraktora o zapachu krewetki i ryby. Smarowałem nim gumki co dwa – trzy rzuty.

Adam Śnios (II miejsce)
Według mnie w części samborowskiej o wyniku decydowała przynęta. Przez pierwsze dwie godziny łowiłem okonie na małe kopytko, białe z czarnym grzbietem. Później to się skończyło jak nożem uciął. Ponownie zacząłem je łowić dopiero na 2,5-centymetrowego, fioletowego twistera „dinks z brokatem”. Nie zmieniałem go już do końca tury.

W części miejskiej zdecydowanie ważniejsze było łowisko. Rano okonie znaleźliśmy na głębokości 4 – 5 metrów. Stały w odległości rzutu od trzcin i początkowo brały tylko przy dnie. Później zaczęły żerować w toni, a w południe weszły w trzciny. Ciężko je było stamtąd łuskać, bo brały tylko z opadu. Rzadko się udawało któregoś zaciąć. Z kolorów znowu najlepszy był fiolet, ale sporo ryb złowiłem także na motor-oil.

Jerzy Gorczak (III miejsce)
Pierwszego dnia, kiedy łowiłem w części samborowskiej, z rybami nie było najmniejszych problemów. Nie mając silnika postanowiliśmy – z kolegą, którego los mi przydzielił – nie płynąć daleko. Stanęliśmy łodzią zaraz na początku sektora, po prawej stronie mostu kolejowego, jakieś 15 metrów od trzcinowiska, w miejscu, o które rozbijała się fala. To moja koronna zasada na nieznanym jeziorze. W takie miejsce wiatr nanosi pożywienie, więc na pewno są tam ryby.

Wokół nas było mnóstwo okoni. Najlepiej brały na 3-centymetrowe twistery w kolorze herbaty z pieprzem, zbrojone w gramowe główki. Nie stosowałem bocznego troku, przynętę prowadziłem w umiarkowanym, jednostajnym tempie przy dnie. Woda miała tam około 3 metrów. Brań wypatrywałem na szczytówce
i zacinałem bardzo lekko. Kolega, który na początku zacinał normalnie, tracił ryby.
Drugiego dnia szło mi dużo gorzej. Okonie namierzyliśmy przy samych trzcinach, ale z jednego miejsca udawało się złowić tylko 2 – 3 ryby.

Adam Garbal (III miejsce)
Wiedziałem, że o wyniku będą decydowały okonie. Mieszkam niedaleko, w Biskupcu nad Dadajem, jeziorem bardzo podobnym do Drwęckiego. W maju szczupaki za drobnicą wpływają w trzciny i trudno je złowić, dlatego w ogóle nie liczyłem na te ryby. Pierwszego dnia jednak wylosowałem wędkarza, który zamierzał polować właśnie na szczupaki. Umówiliśmy się, że każdy z nas dowodzi łódką przez pół tury. 3,5 godziny mój partner w wybranych przez siebie miejscach bezowocnie czesał wodę przeróżnymi przynętami, nawet powierzchniowymi popperami. Po bokach szukałem okoni, ale również bez efektów.

Kiedy przejąłem ster popłynęliśmy na łagodny stok po przeciwnej stronie ujścia kanału Elbląskiego. Głębokość wynosiła 3 – 4 m, dno było czyste. Trafiłem w dziesiątkę. Okoni było mnóstwo, co rzut miałem branie. Łowiłem na mansowskiego „elektryka”, czyli małego twisterka w kolorze fioletowym z brokatem, uzbrojonego w 1,5-gramową główkę.

Drugiego dnia wylosowałem rozsądnego partnera. Od razu udaliśmy się po okonie w okolice mostu kolejowego, gdzie przez całą turę dłubaliśmy je spod pali i trzcinowisk. Było głębiej, więc łowiłem z bocznym trokiem. Tak jak na Dadaju i tu do godz. 10 najskuteczniejszy był motor-oil, później „elektryk”.

Poprzedni artykułDRAPIEŻNIKI NOCĄ
Następny artykułTRZY W JEDNYM

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments