piątek, 9 grudnia, 2022
Strona główna Grunt SZUKAM DOBRYCH MIEJSCÓWEK

SZUKAM DOBRYCH MIEJSCÓWEK

Na przełomie sierpnia i września leszcze łowi ten, kto zna ich żerowe trasy i ma w zapasie co najmniej dwa worki grubej zanęty. Lecz zanim ją zacznę wrzucać do wody, muszę wiedzieć, gdzie to robić, żeby potem łowić leszcze, a nie leszczyki.

Nawet jeśli doskonale znam jezioro, nigdy nie wybieram od razu tego samego miejsca, w którym ciągnąłem leszcze zeszłego roku. Być może znów się na nie zdecyduję, ale zanim to nastąpi, rozglądam się za lepszym. Przez kilka dni dokładnie obserwuję jezioro.
Patrzę, gdzie się leszcze spławiają, w którą stronę płyną, gdzie są największe skupiska bąbli, skąd i dokąd się przesuwają. Przed ostateczną decyzją upatrzone miejsce dokładnie sonduję na dość dużym obszarze. Sprawdzam głębokość tam, gdzie było najwięcej bąbli, ale także na granicy ich występowania. Najpewniejsza jest głębokość w granicach 8 – 12 metrów.

Nie znaczy to, że płyciej leszcze nie żerują, ale o tej porze roku jest najbardziej prawdopodobne, że właśnie pod taką warstwą wody spotkam prawdziwe, wyrośnięte, ciemnozłote łopaty. Najlepsze są końce stromo opadających brzegowych spadów. Jest idealnie, jeśli taki spad nie kończy się płaską półką, tylko dalej schodzi w głąb jeziora, ale już łagodnie. W takim miejscu na pewno czeka mnie leszczowe eldorado.

Broń panie Boże zaczynać nęcenie od worka ziemniaków, łubinu, makaronu lub jakiejkolwiek innej grubej zanęty. Pierwszy dzień to wiaderko (mogą być dwa) pęczaku ze śrutą sojową, tartą bułką lub kukurydzianą kaszką. Do tego zapach – taki, jaki leszcze w tym jeziorze najbardziej lubią. Bez obawy można to tego samego dnia powtórzyć. Nazajutrz sypiemy zanętę drobną razem z grubą, pół na pół, potem już tylko grubą, żeby pozbyć się młodzieży, a przywabiać tylko starsze roczniki (kto woli mieć w łowisku leszczy dużo, ale rozmaitych co do wielkości, niech dłużej sypie zanętę drobną).

Przez pierwsze cztery dni nęcenia wędki lepiej zostawić pod opieką żony, bo gdy zobaczymy, jak się leszcze spławiają w łowisku, jak na jego powierzchnię wyskakują bąble, to pokusa może być zbyt wielka. A przecież im dłużej leszcze będą miały w łowisku spokój, tym pewniej będą się w nim czuły, zwłaszcza te duże.
Każdego dnia, zanim zacznę łowić, dokładnie sprawdzam prądy wody. Nawet w jeziorach małych i nieprzepływowych bywają one tak silne, że potrafią znieść zanętę o kilkanaście metrów. Prądy unoszą też zapach. Muszę więc poznać ich kierunek, żeby wiedzieć, skąd przypłyną zwabione nim leszcze. Dlatego nawet gdy łowię codziennie i gdy pogoda zmienia się niewiele, to najpierw rzucam zestaw, a dopiero później zanętę.

Taka jest natura leszczy, że są w ciągłym ruchu. Przeszukują muł, żeby znaleźć pokarm. Mogę im tego trudu trochę ująć i to, co lubią położyć na wierzchu. Byle to było szeroko rozsiane po dnie. Bo nie wędkarz powinien szukać zestawem ryb po jeziorze. To leszcze mają pływać po łowisku, szukać zanęty i trafić na przynętę. Dlatego do leszczowego łowiska nigdy nie wrzucam zbitych kul zanętowych. Moja zanęta musi być luźna i łatwo się rozsypywać.

Najważniejsze, żeby zaciąć w odpowiedniej chwili. Od tego zależy trzy czwarte sukcesu. Wiadomo, że leszcz podczas pobierania pokarmu przyjmuje pozycję prawie pionową, ogonem do góry. Gdy jednak zbiera leżącą na wierzchu zanętę i ma jej dookoła pod dostatkiem, to nie wraca do pozycji poziomej. Wciąga do pyska pokarm (zanętę), odrywa się parę centymetrów od dna i pozostając w pionie przesuwa się trochę do przodu. Jeśli mu coś smakowo nie pasuje albo jest za duże do przełknięcia, to natychmiast to wypluwa. Łatwo sobie wyobrazić, jak wtedy reaguje spławik. W pierwszym przypadku (branie) zaczyna się lekko unosić.

Trwa to dwie – trzy sekundy. Czasu jest więc tyle, że nawet wędkarz szachista zdąży zaciąć. Drugi przypadek (próbowanie i wypluwanie przynęty) jest trochę trudniejszy. Spławik najpierw się unosi, ale zaraz znów opada, chyba że na haczyku jest duża żywa przynęta, do której często pcha się kilka ryb naraz. Wtedy spławik najpierw się kładzie, potem wraca do pionu lub jeździ po wodzie, co chwilę się przewraca i znów prostuje, a biedny wędkarz nie wie co robić. Szczerze radzę: uczmy się rozumieć ruchy spławika, bo to ważne sygnały i żadnego nie wolno przegapić.

Na każdą wyprawę zabieram dodatkową wędkę z dociążonym spławikiem. Nawet o tej porze, gdy słońce dobrze przygrzewa, a z gruntu brań nie ma, szukam leszczy nieco dalej, w pół wody, i rzadko się zdarza, żebym tego żałował.

Bogdan Barton

Poprzedni artykułPŁYWAJĄCY KOSZYCZEK
Następny artykułGÓRNA RADEW

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments