niedziela, 23 stycznia, 2022

HOL SUMA

Holowanie suma z łodzi różni się zdecydowanie od takiej samej czynności wykonanej z brzegu. Dlatego warto napisać o tym oddzielnie.

Rzeczą absolutnie podstawową jest bezpieczna łódź. Powinna być odpowiednio duża, dostosowana do pływania po jeziorze (zalewie). Pokład, po którym się chodzi, powinien być w niej prosty, a nie wklęsły, tak jak dno łodzi. Nie mogą być dla niej groźne nawet metrowe fale. Nie życzę nikomu przygody, jaką przeżyłem na Zalewie Zegrzyńskim. Pływałem w łodzi wypożyczonej na przystani PZW. Gdy pojawiła się wcale nie specjalnie duża fala, woda zaczęła się przelewać przez dziób. Nie była to łódź odpowiednia na taką wodę, w dodatku – co się okazało dopiero później – miała zalane komory wypornościowe. Na szczęście skończyło się to tylko na niezaplanowanej kąpieli we wrześniowej wodzie oraz słonej zapłacie za zatopiony kapok (!!!) i ciężarki.


Najlepiej mieć własną łódź, bo można na niej zainstalować rozmaite urządzenia ułatwiające wędkowanie. Pierwsza taka rzecz to rolka na dziobie, która umożliwia szybkie opuszczanie i podnoszenie kotwicy. Z taką rolką pójdzie nam to łatwo nawet wtedy, gdy – na przykład łowiąc w pojedynkę – siedzimy na tylnej ławeczce. Powinniśmy też sobie założyć w różnych miejscach dwie – trzy knagi do mocowania linki. Wiosła muszą być lekkie i dobrze osadzone. Na łódź zabieramy możliwie mało sprzętu i innego bagażu, żebyśmy się mogli w niej swobodnie poruszać. Może to być potrzebne właśnie podczas holu, gdy nagle ryba jednym potężnym susem znajdzie się przy drugiej burcie.


Sumów nie łowi się często. Przeważnie trafiają się jako przyłów wędkarzom polującym na sandacze. Ci, którzy się z tym liczą (można też powiedzieć: którzy na to liczą), z góry czynią odpowiednie przygotowania. Przede wszystkim zakładają żyłkę 0,30. Jeszcze pozwala ona łowić sandacze i już daje szansę przy ewentualnym spotkaniu z sumem. Znam wprawdzie wędkarzy, którym na żyłkach 0,20 – 0,22 udało się wyholować ryby o wadze kilkunastu kilogramów, ale uważam to za szczęśliwy traf i efekt ich wędkarskich umiejętności.


Mimo swych pokaźnych rozmiarów sum bierze delikatnie, prawie tak jak sandacz. Tak właśnie, po sandaczowemu, wziął sum widoczny tu na zdjęciach. W dodatku został złowiony sandaczowym kijem, na którym była żyłka 0,25 mm. Z początku miałem grubszą, ale musiałem ją zmienić, bo zaczął wiać coraz silniejszy wiatr. Sum dał się podciągnąć całkiem blisko, dopiero gdy zobaczył burtę łodzi, zrobił kilkunastometrowy odjazd. W takich sytuacjach należy działać błyskawicznie. Podnosimy kotwicę i jedna osoba (przy założeniu, że łowimy we dwójkę) wiosłuje tak, aby znaleźć się jak najbliżej ryby, a ściślej mówiąc – nad nią, bo wtedy linka idzie w głąb prawie pionowo i ryzyko zaczepu jest o wiele mniejsze.


Gorzej, gdy na łodzi jesteśmy sami. O tym, żeby wiosłować i jednocześnie holować rybę, trudno mówić. Możemy użyć silnika, ale kiedy będziemy musieli wykonać gwałtowny manewr, nie zdołamy wybrać luzu na żyłce i ryba może się spiąć. Ratunkiem mógłby być jakiś przygodny wędkarz, łowiący z łódki gdzieś w pobliżu. Doświadczenie jednak uczy, że ludziom nie obeznanym z dużymi rybami całkiem puszczają nerwy, gdy zobaczą wynurzającego się z głębin wąsatego kolosa. Są tym tak poruszeni, że zupełnie nie reagują na polecenia, nawet jeśli się je wydaje krzykiem. Kiedy w ręku trzymamy mocny kij z grubą żyłką, problemu nie ma, bo to ryba nas ciągnie, a nie my rybę. Sam kiedyś widziałem, jak spora łódka przepłynęła dobre kilkaset metrów pod prąd. Później się dowiedziałem, że po trzech godzinach ryba w końcu urwała linkę. Rekord należy chyba jednak do wędkarza siedzącego w pontonie i holującego olbrzymiego suma przez siedem godzin! Ten sum też pozostał w wodzie.


Generalna zasada: nie wolno dać mu chwili wytchnienia, mimo że z wysiłku mdleją ręce. Groźne są momenty, gdy sum przymuruje do dna. Zbiera wtedy siły do następnego ataku, być może decydującego. Cały czas pompujemy zmuszając go do nieustannego ruchu. Gdy zobaczymy na wodzie bąble, to nieomylny znak, że sum słabnie. Podniesiony z dna, wypuszcza gazy z pęcherza pławnego. Może to następować do pięciu razy. Gdy wreszcie sum ukazuje się pierwszy raz na powierzchni, zwykle ma jeszcze dość sił, by walczyć dalej. Dlatego nie próbujmy go zatrzymać na siłę, ale gdy tylko znów zejdzie do dna, natychmiast zaczynamy podnosić.


Zwykle najtrudniejsza jest końcówka holu. Przeważnie wtedy zdarzają się błędy. Zmęczona jest nie tylko ryba, ale także łowca. Łatwo więc doprowadzić do pęknięcia kija, kiedy prawie spod nóg podnosi się duży ciężar lub do zerwania żyłki osłabionej na węzłach długim holem. Rybę trzeba podprowadzić do burty w zasięg osęki trzymanej przez drugą osobę, a w żadnym wypadku nie wolno jej gonić. Osękę wbijamy jej jednym zdecydowanym ruchem w grzbiet. Zwolennicy zasady „no kill” mogą zastosować jakiś większy karpiowy podbierak lub chwycić suma za dolną szczękę. Sam próbowałem nieraz, więc uprzedzam, że wykonanie takiego chwytu z rozchybotanej łodzi nie jest bynajmniej proste.


Rafał Kamiński

Poprzedni artykułZ MUCHĄ PO JEZIORZE
Następny artykułTAJEMNICE SANDACZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments