piątek, 28 stycznia, 2022
Strona główna Historia HISTORIA POWSTANIA PILKERA ZWANEGO PARASOLKĄ

HISTORIA POWSTANIA PILKERA ZWANEGO PARASOLKĄ

Komu morscy wędkarze zawdzięczają swoje sukcesy

Pilkery typu parasolka wymyślił p. Michał Gontar z Lęborka. Przez wiele lat fama głosiła, że powstały w Częstochowie. Sam zresztą tak twierdziłem, ale tylko do czasu, kiedy poznałem p. Jerzego Ducha z Lęborka. Jest on, podobnie jak p. Michał Gontar, prekursorem łowienia dorszy z kutrów. Postanowiłem przybliżyć naszym czytelnikom czas i okoliczności, w jakich zaczęliśmy w Polsce łowić dorsze z kutrów i jak powstały sławne do dziś parasolki.

Pierwsze zbiorowe wyprawy na dorsze odbyły się na początku roku 1970. Wtedy to po gomułkowszczyźnie nastał okres trochę większych swobód. Na wkładkę paszportową (dokument z okresu socjalizmu – przyp. red.) można było wyjechać do krajów nazywanych demoludami (od “demokracja ludowa”). Z politycznej odwilży skorzystali lęborscy wędkarze i wydeptali pozwolenie na dorszowe rejsy po Bałtyku. Najpierw jednak trzeba było sporządzić listę chętnych. Listy wędrowały najpierw do PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza), później do MO (Milicja Obywatelska) i na końcu do WOP (Wojska Ochrony Pogranicza). W każdym z tych miejsc skreślano kogoś, kto władzy ludowej podpadał. Chętnych na udział w rejsie było na ogół 40 – 50 osób, zgodę otrzymywało zaledwie kilkanaście.

Same rejsy też nie były tak dalekie jak dzisiaj. Wtedy wypływało się na dwie, góra trzy mile od brzegu, wyniki były więc słabe. Ktoś, kto złowił kilka dorszy, uchodził za króla wyprawy. Było czymś normalnym, że połowa uczestników rejsu nie złowiła ani jednego dorsza, a pozostali mieli ich nie więcej niż kilka. Szyprowie niezbyt się orientowali, jak i gdzie napływać, wędkarze nie za bardzo wiedzieli, jak się dorsze powinno łowić. Wielkiego parcia na wędkowanie w morzu zatem nie było, trzy – cztery wyprawy w roku zupełnie wystarczały.

Ale tylko wędkarze wprowadzali rozmaite innowacje, między innymi wymyślili ówczesny GPS. Była to zaszpuntowana litrowa butelka po mleku. Nawijano na niej 25-metrowy sznurek, do którego była przywiązana cegła. Zaraz po złowieniu pierwszego dorsza butelkę wyrzucano za burtę i proszono szypra, żeby wokół niej pływał. Taki sposób namierzania dorszowych ławic polepszał wyniki wyprawy, ale często obrażał godność szypra. Niejeden z nich bowiem uważał, że lepszego niż on na całym Bałtyku się nie znajdzie. Gdy do takiej sytuacji dochodziło, wędkarze delegowali swojego przedstawiciela, żeby się z szyprem zamoczył. Funkcja delegata nie dość, że była honorowa, to jeszcze narażała na szwank jego wątrobę. Ale straty przecież muszą być, jak wówczas mawiano.

Wspomina p. Michał Gontar
Na początku, jak wszyscy inni wędkarze, dorszy łowiłem niewiele i mogłoby się wydawać, że inaczej być nie może. Wędkarz ma jednak w swojej duszy trochę przekory. Co to znaczy, że łowi się słabo i niewiele, lecz inaczej się nie da? Może jednak… Przede wszystkim zacząłem się rozglądać za łowną przynętą. W trakcie tych poszukiwań wszedłem wraz z kolegami w ślepą uliczkę. Otóż zrobiliśmy przynęty – trudno je nazwać pilkerami – z łańcucha. To było kilka dużych oczek, które zostały pochromowane. Zupełny niewypał. Szukając nadal odpowiedniego materiału, doszedłem do rurek z wózków dla dzieci i wylewek od kranów. Wylewki bardziej mi odpowiadały, bo chociaż miały taką samą średnicę (fi szesnaście), to były zrobione z mosiądzu i w słonej wodzie nie korodowały.

Wtedy używaliśmy żyłek sześćdziesiątek, a nawet grubszych. Takie żyłki stawiają w wodzie duży opór, mimo to rurki zalane ołowiem były za ciężkie na 20-metrowe łowiska. Musiały mieć co najmniej dziesięć centymetrów długości, bo na krótsze brań w ogóle nie było. Zalewałem więc ołowiem tylko część rurki, później sypałem do niej piasek i na ten piasek znowu lałem płynny ołów, jako zatyczkę. Żmudne to było zajęcie i niezdrowe, bo moim miejscem pracy była kuchnia. Męczyłem się z tymi rurkami i piaskiem, aż kiedyś sobie przypomniałem, że pewien mój znajomy ma punkt naprawy parasolek. No, teraz już dla wszystkich będzie jasne, dlaczego niektóre pilkery nazywają się parasolkami.

Poszedłem do niego, dał mi kilka rurek. Czułem się, jakbym Pana Boga za nogi chwycił. Średnica rurek była idealna. Po zalaniu ołowiem miały odpowiedni ciężar i nie trzeba się było z nimi tak męczyć jak z kranowymi wylewkami. Łatwość, z jaką teraz wykonywałem pilkery, zachęciła mnie do eksperymentowania. Dość szybko zauważyłem, że w wielu sytuacjach parasolki wykonane z rurki sześciokątnej są lepsze niż z okrągłej. Ale na tym nie poprzestałem. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego z dwóch niemal identycznych pilkerów jeden łowi dorsze prawie raz za razem, a na drugi one siadają bardzo rzadko.

Na próby z nowymi pilkerami jeździłem nad jezioro Lubowidz koło Lęborka. Woda w tym jeziorze ma dużą przejrzystość, a co najważniejsze, jest tam długi pomost. Na jego końcu głębokość wynosi kilka metrów. To już pozwalało mi zobaczyć, jak się mój pilker zachowuje w czasie podrywania i opuszczania na żyłce napiętej i jak opada na żyłce luźnej.

To testowanie nie było takie proste, jak by się mogło wydawać. Przede wszystkim do prób potrzebny był mi pilker, który dobrze łowił dorsze, a to wymagało dużego samozaparcia. Kiedy bowiem takiego pilkera miałem, to nim łowiłem, bo chciałem nałowić więcej dorszy od innych. Gdy na kutrze wpadł mi w ręce łowny pilker, to wyciągałem na niego kilka dorszy, a potem zakładałem inny. Jeżeli na ten drugi brań nie było, wracałem do pierwszego. Koniec był często taki, że akurat ten najlepszy się urywał. Później rurka, ołów, piłowanie, próby i wreszcie po którejś kolejnej wyprawie zostawał mi łowny pilker jako wzornik.

Właśnie taki wzornik, jeden z łownych pilkerów, otworzył mi oczy na dobrą parasolkę. Otóż na łowność pilkera nie wpływa sposób, w jaki on opada. Ważne jest, żeby w czasie podciągania rzucało nim na boki, jak ogonem woblera. O tym, że pilker będzie takie ruchy wykonywał, decyduje kąt, pod jakim jest ścięta rurka w miejscu, gdzie się wiąże żyłkę. Ścięcie rurki przy kotwiczce w ogóle nie wpływa na łowność parasolki, tylko na to, że pilker w trakcie opadu nie wywija esów-floresów i nie łapie żyłki na kotwiczkę.

Właśnie z takim łownym pilkerem wypłynąłem kiedyś na morze. To było chyba w połowie lat siedemdziesiątych. Wtedy już kilka kutrów wypływało z Łeby i można się było na nie zabrać bez uprzedniego anonsowania, po prostu z kei. Łowiłem obok jakiegoś wędkarza z Częstochowy. Miałem już kilkanaście dorszy, więcej niż pozostali wędkarze. Sąsiad zaczął mnie męczyć, żebym mu sprzedał moją parasolkę. Tak nudził, że na odczepne powiedziałem mu, że, owszem, sprzedam, ale wymieniłem jakąś astronomiczną sumę, chyba tysiąc złotych. Trochę go to zatkało, ale zaczął się targować i szukać w portmonetce pieniędzy.

W tym czasie mu opowiadałem, jakie ze zrobieniem dobrej parasolki są problemy i jak trudno o właściwe materiały. Spotkanie skończyło się tym, że parasolkę sprzedałem mu za znacznie mniejsze pieniądze, natomiast on obiecał przysłać mi odpowiednie rurki. Rzeczywiście, chyba po tygodniu, dostałem ponad dwadzieścia merów rurek o różnej średnicy. Byłem bardzo szczęśliwy, bo miałem materiał na pilkery i mogłem do woli eksperymentować.

Dzisiaj ze zdziwieniem patrzę na nasze lęborskie wędkowanie. Zanim pierwszy raz pojechałem na mistrzostwa Polski w łowieniu dorszy z kutrów, w ogóle nie wiedziałem, że się takie zawody odbywają. Poruszyło mnie, kiedy zobaczyłem, że flagę na maszt wciągają ubiegłoroczni mistrzowie, bodaj z Olecka. Pomyślałem sobie, że jakoś nam to sprzed nosa uciekło. Dorsze łowiliśmy niemal na co dzień i nie wpadło nam do głowy, by nadać temu jakąś formę współzawodnictwa. Dlatego teraz się cieszę, że zaczęliśmy zwyciężać w dość nowej kategorii wędkarstwa, w łowieniu ryb z plaży.

Z Michałem Gontarem
Rozmawiał WD

Poprzedni artykułWZROK DORSZY
Następny artykułFELIETON ADAMA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments