środa, 26 stycznia, 2022
Strona główna Grunt PILOCHOWICKIE KARPIE

PILOCHOWICKIE KARPIE

Karpie łowię w Pilchowicach, zbiorniku zaporowym na Bobrze koło Jeleniej Góry. Brzegi i podwodne stoki są tam strome, woda głęboka i przezroczysta, dno twarde. Wydawałoby się, że to akwen dla karpi nieprzyjazny, ale dorodnych sztuk można w nim złowić sporo. Pod warunkiem że się pozna ich zwyczaje.

Największy wpływ na brania karpi mają zmiany poziomu wody w zbiorniku. Decyduje o tym elektrownia. Przy dużym zapotrzebowaniu na energię elektryczną poziom wody opada. Tak jest rano, aż do południa. Wieczorem i w nocy, kiedy prądu potrzeba mniej, poziom wody się podnosi. Ryby to odczuwają, bo przyzwyczajają się do przebywania na określonej głębokości. Jeżeli w krótkim czasie poziom wody się zmieni, muszą się przenieść na podobną głębokość, żeby wyrównać ciśnienie w pęcherzu pławnym.

Pilchowickie karpie przywykły do tego, że poziom wody nie jest stały, i na niewielką zmianę nie reagują. Jeżeli wynosi ona około pół metra, żerują słabiej, ale zostają w łowisku. Gdy jednak spadnie np. o półtora metra, to wypływają z nęconego miejsca. Daleko się nie oddalają. Karpie to wyjątkowe żarłoki. Nie chcą przepuścić okazji do łatwej wyżerki, więc kręcą się w pobliżu i czekają. Wrócą na pewno, nawet jeśli poziom wody się nie zmieni, ale potrzebują czasu. Zwykle potrzebują 16-18 godzin zanim pojawią się z powrotem. Wiem, gdzie one się teraz znajdują, ale tamtego miejsca nie nęcę, bo rozproszyłbym je na dużym obszarze. Stosuję inną taktykę.

Nęciłem na czterech metrach. Kiedy woda opadła o półtora metra, zarzucam zestaw w najbliższe miejsce, gdzie teraz też jest głęboko na cztery metry. Do zestawu mocuję woreczek z PVA wypełniony zanętą (PVA to tworzywo, które po kilku minutach rozpuszcza się w wodzie). Ściągam karpie zapachem i niewielką ilością pokarmu. Na wyniki zwykle długo nie czekam.

Karpie znacznie lepiej reagują na wzrost poziomu wody. Zostają wtedy w łowisku i żerują w najlepsze. Dlatego najczęściej łowię w nocy. Wahania poziomu wody nadają jej niewielki uciąg. To dobrze, bo prąd niesie zapach zanęty i zwabia ryby z dużej odległości.

Karpie zaczynam nęcić, kiedy temperatura wody przekroczy 7 stopni. Wtedy z kryjówek wychodzą szczeżuje, które wczesną wiosną stanowią podstawowy pokarm pilchowickich karpi. Zwykle dzieje się to w kwietniu. Dokładnie wtedy, kiedy trawa zaczyna się zielenić, a na drzewach pojawiają się pąki. To ważne sygnały, bo tutaj klimat jest inny niż na nizinach.

Nęcę w miejscach z twardym dnem i głębokich na trzy – cztery metry. Na dnie mulistym szczeżuje się nie trzymają, więc na karpie nie ma tam co liczyć. W łowisko codziennie sypię kilogram pelletu własnej produkcji o smaku małży. Robię go z mączki dorszowej, mączki sojowej, zmielonego granulatu dla pstrągów, mięsa małży i oleju z sardynek. Po wymieszaniu dodaję kilka jaj i dip o zapachu muszli. Z tak powstałej masy robię wałeczki i suszę. Łowię też na pellet. Podaję go na włosie i co cztery godziny zmieniam, bo rozmaka i spada z haczyka.

W maju przenoszę się na tarliska płoci, niewielkie blaty pokryte cienką warstwą mułu znajdujące się trzy metry pod wodą. W tym czasie przypływają tam wszelkie ryby, żeby się objadać ikrą. Zaczynam nęcić na początku tarła, kiedy pokażą się tam pierwsze płocie. Dzienna porcja to 2 kg pelletu o smaku małży, muszli lub raka i 1,5 kg ugotowanych konopi. Kiedy karpie się w łowisku zadomowią – świadczą o tym częste i regularne brania – zaczynam sypać także 18-milimetrowe kulki, ale w niewielkiej ilości, do kilograma dziennie. Robię je z tych samych składników co pellet. Wiosną najskuteczniejsze są “śmierdziuchy”, czyli kulki pachnące rybą, rakiem lub mięsem. W tym okresie do aromatyzowania pelletu i kulek używam zapachów na bazie alkoholu, bo w chłodnej wodzie szybciej się uwalniają. Na jednej wędce przynętą jest pellet, a na drugiej grzybek, kulka tonąca i połowa kulki pływającej o średnicy 22-26 mm.

Tarliska płoci opuszczam w połowie czerwca. Wygania mnie opadająca po wiosennych roztopach woda. Latem jest tam za płytko, niektóre blaty wystają nawet z wody. Przenoszę się więc na płytsze zatoki o głębokości około sześciu metrów. Szukam w nich wypłyceń z dnem gliniastym, pokrytym cienką warstwą mułu.

Latem do Pilchowic ściąga wielu wędkarzy. Zwykle wędkują ze sprężyną lub koszyczkiem, które rzucają na 70 metrów. To płoszy większe karpie. Dlatego wybieram łowiska znajdujące się 100-160 m od brzegu. Żeby umieścić przynętę na takiej odległości i utrzymać zestaw na dnie, muszę stosować zestawy ważące około 250 g. Żyłka nie wytrzyma energicznego wymachu z takim obciążeniem. Dlatego zarzucam je stosując przypon strzałowy, długi na ponad dwa wędziska, wykonany z grubej, tonącej plecionki o średnicy 0,30 mm. Robię to w rękawiczce, inaczej linka poprzecinałaby mi opuszki palców.

Zanętę wywożę pontonem, co dwa dni 10 kg tonących kulek o średnicy 18 mm, a co trzy dni 25 kg podgotowanej kukurydzy. Latem używam zapachów owocowych, najczęściej jest to truskawka. Używam aromatu Marcela van den Eynde. Jest najlepszy, jego zapach jest mocny i trwały, a dodatkowo wzmaga apetyt karpi. Kukurydzę i kulki przeznaczone do nęcenia wkładam w podziurkowanym wiadrze na kilka godzin do wody przy brzegu i tam trzymam przez kilka godzin. Przemyte w ten sposób kulki i kukurydzę karpie chętniej zjadają niż te same produkty, które prosto po gotowaniu w kranówce zostały wrzucone w łowisko. W lecie łowię na kulki o średnicy 22-26 mm, w dzień na tonące, a w nocy na grzybki, czyli kulkę tonącą i połówkę pływającej.

We wrześniu karpie przenoszą się z płytkich zatok na głębokość 5-9 m w pobliże leżących w wodzie drzew. Zbierają się tam raki i małże, podstawowy pokarm karpi. Z powodu licznych zaczepów są to łowiska trudne, dlatego w zestawie obowiązkowo mam 30-metrowy przypon strzałowy z grubej, tonącej plecionki, bo jest ona bardziej od żyłki odporna na przetarcie o gałęzie znajdujących się w wodzie drzew.

Woda jest teraz chłodniejsza, karpie mają słaby apetyt. Nęcę je skromnie, ale bardzo precyzyjnie posyłam zanętę na zestaw. Wiążę do niego woreczek z PVA i wkładam kulkę zanęty wielkości mandarynki. Robię ją z pokruszonych kulek proteinowych i pelletu o smaku raka, małży lub mięsa, zmieszanych z przesianą ziemią z kretowiska. Dodatkowo łowisko zanęcam niewielką ilością tonących kulek proteinowych. Rozłupanych, żeby łatwiej uwalniał się z nich zapach, karpie szybciej je znajdują niż całe kulki. Zwykle w łowisko posyłam osiem połówek, zakładam je na nić z PVA, przywiązaną do haczyka. Jesienią karpiom najbardziej smakują kulki pachnące rakiem, krabem lub mięsem, w czasie słabych brań moją tajną bronią jest zapach wątroby firmy “Top Secret”. Do łowienia używam kulek tonących o średnicy 18-20 mm.

W przezroczystej pilchowickiej wodzie najlepiej sprawują się przypony z żyłki, a nie z plecionki, bo są mniej widoczne. Inni karpiarze zwykle robią je z fluorokarbonu, ja wolę żyłkę Zero Memory, bez pamięci kształtu. Mam na nią więcej brań, bo jest tak samo mało widoczna jak fluorokarbon, a znacznie bardziej od niego miękka. Stosuję przypony łamane, składające się z dwóch kawałków żył-ki. Kulki znajdujące się na takich przyponach karpie połykają pewniej, bo przy braniu podnoszą tylko część przyponu, więc czują niewielki opór. Do łączenia obu części przyponu używam krętlików z kółeczkiem, zestaw jest wtedy mocniejszy niż tradycyjnie łączony na pętle.

Nigdy nie wiadomo, czy karpie wejdą w nęcone łowisko, a kulki mogą leżeć na dnie maksymalnie przez pięć dni, później zaczną się psuć i miejsce będzie spalone. Eksperymentowałem ze składem kulek i dodawałem różnych produktów, żeby po kilku dniach leżenia w wodzie unosiły się do góry i prąd wody mógł wynieść je poza łowisko. Belgijski chlebek sprawił, że się udało, moje kulki po 5 dniach wypływają na powierzchnię wody. Na koniec zdradzę jeszcze jedną moją tajemnicę, na kulki zrobione z dodatkiem mączki dorszowej rzadko biorą karpie ważące mniej niż 10 kg.

Andrzej Przybyłek
Jelenia Góra

ZALEW PILCHOWICE

Zalew Pilchowice powstał w latach 1903-1912 po przegrodzeniu rzeki Bóbr zaporą o długości 270 m i wysokości 69 m. Jest to jedna z najstarszych zapór w Polsce i druga co do wysokości (po Solinie), ponadto jest to najwyższa zapora kamienna i łukowa. Budowę zapory rozpoczęto w 1903 roku, po serii pustoszących Dolny Śląsk powodzi. Na 17-km odcinku Bobru powstały trzy zbiorniki: Modry, Wrzeszczyński i Pilchowicki. Zapora jest zbudowana z kamieni połączonych betonem, dzisiaj ta technika nie jest stosowana, ale w tamtych czasach wszystkie zapory miały taką konstrukcję. Prace przy zaporze były często przerywane z powodu katastrof budowlanych. Wykop został kilka razy zalany wodą i zawaliła się sztolnia. Roboty opóźniło też odkrycie szczeliny wypełnionej ziemią w czasie robienia betonowej warstwy wyrównawczej pod stopę zapory, trzeba było z niej wybrać materiał aż do litej skały. Budowę zapory ukończono 16 listopada 1912 roku i świętowano w obecności cesarza Wilhelma.

Jak na tamte czasy elektrownia Pilchowice o mocy 8 megawatów była cudem techniki. Płynąca ze zbiornika woda napędza turbiny znajdujące się w budynku położonym u stóp zapory. Jest to nietypowe rozwiązanie, w większości podobnych zapór znajduje się on z boku korony. Odmienne usytuowanie budynku pociągnęło za sobą kolejne innowacje. Kanał spustowy zbudowano na kształt schodów, jest to konieczne, żeby wyhamować wodę i ochronić budynek elektrowni przed zmyciem.

Zalew Pilchowicki ma 7 km długości, powierzchnia lustra wody wynosi 240 ha, a pojemność 50 mln m sześc. wody. Był czterokrotnie opróżniany w latach 1932, 1959, 1975 i 1978. Należy do okręgu PZW Jelenia Góra.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments