sobota, 25 czerwca, 2022

PIERWSZA ZASADA

W każdej dyscyplinie, także w wędkarstwie, wyczyn jest nie tylko nośnikiem postępu, on go tworzy – mówi Juliusz Bernat, który wielokrotnie stawał na podium podczas mistrzostw Polski w wędkarstwie morskim. – Na kutrze daje się to bardzo łatwo zauważyć, ponieważ wszyscy wędkarze stoją blisko siebie i wszystko, co ich różni, jest widoczne jak na dłoni. Dotyczy to sprzętu, stosowanych przynęt, wreszcie tego, co najważniejsze: techniki łowienia.

W Bałtyku dorszy jest bardzo dużo, kutrów z wędkarzami mało. Rzecz w tym, że większość szyprów wywozi wędkarzy na te same łowiska, a dorsze, jak wszystkie ryby, uczą się unikać kłujących przynęt. Częstotliwość, z jaką kutry odwiedzają te same łowiska, jest coraz większa, więc i dorsza coraz trudniej złowić. A trzeba jeszcze i to brać pod uwagę, że nawet najgłodniejsze dorsze mogą się przestraszyć kilkudziesięciu pilkerów szybujących w toni lub pukających w dno na niewielkiej powierzchni. Przecież na kutrze, na obydwu burtach, stoi obok siebie co najmniej dwudziestu wędkarzy, ramię w ramię. Ilu wędkarzy, tyle pilkerów i różnych innych wynalazków mających służyć złowieniu ryby.

Tutaj uwaga. Niemal podczas każdego rejsu spotykam ludzi pazernych, niekoleżeńskich, w najlepszym przypadku mało spostrzegawczych. Swoim zachowaniem utrudniają innym spokojne wędkowanie.

Kiedy silniki zostaną wyłączone, kuter jeszcze przez jakiś czas dryfuje. Szyper koryguje dryf albo obracając kuter, albo włączając wsteczne obroty śruby. Dopiero gdy jednostka się ustabilizuje, daje sygnał syreną “można łowić”. Jeżeli ktoś przed tym sygnałem wrzuci do morza pilker, to jest murowane, że jego zestaw splącze się z zestawami wędkarzy, którzy rzucili pilkery we właściwym momencie. Pół biedy, jeżeli się wędkuje na głębokości dwudziestu metrów, bo splątane zestawy można szybko wyciągnąć. Ale podczas łowienia na większych głębokościach problem się potęguje.

Kiedy mam okazję uczyć kogoś wędkowania w morzu, zaczynam od pobudzenia jego wyobraźni. Jedno piętro w nowym budownictwie to mniej więcej dwa i pół metra. Proszę sobie teraz wyobrazić, że kuter, który ma kilkanaście metrów długości i około pięciu szerokości, znajduje się na jedenastym piętrze tego budynku, a z jego burt zwisa co najmniej dwadzieścia linek z pilkerami. W dodatku kuter dryfuje. Kiedy wszyscy wrzucą pilkery jednocześnie, linki odchylą się jednakowo. Wystarczy jednak, że jeden zrobi to za szybko…
Szyprowie zawsze ustawiają kuter tak, żeby dryfował burtą. Dlatego podczas łowienia od jednej burty linki odchodzą, a po przeciwnej stronie wchodzą pod kadłub. W uprzywilejowanej sytuacji są więc wędkarze stojący na rufie lub na dziobie, bo ich zestawy są najmniej narażone na splątanie, co jednak wcale nie oznacza, że z tych miejsc można złowić najwięcej dorszy. Żeby łowić dorsze nawet wówczas, kiedy innym to nie idzie, trzeba pamiętać o kilku zasadach.

Pierwsza z nich brzmi tak: Zaraz po komendzie “można łowić” pilker powinien się jak najszybciej znaleźć przy dnie. Decydują o tym dwa elementy zestawu, linka i pilker. Linka musi być jak najcieńsza w stosunku do wielkości łowionych ryb. W tym przypadku waga pilkera nie odgrywa żadnej roli, bo linki są tak wytrzymałe, że można nimi łowić pilkerem ważącym i 60 , i 250 gramów.

Na zawodach, kiedy biorą bolki (tak w wędkarskim żargonie nazywamy dorsze ważące około jednego kilograma) łowię plecionką fireline 0,08 mm. Jeżeli ryby są większe, a do tego jest jeszcze szansa, że trafi mi się sztuka ważąca ponad 10 kg, zakładam dziesiątkę. Poza zawodami, a każdego roku jestem na kutrze około stu razy, łowię dwunastką fireline lub innymi plecionkami o takiej średnicy, bo one wytrzymują hol nawet największego dorsza.

Na cienkiej lince pilker szybko dotrze do dna. Jeżeli obok mnie ktoś łowi grubszą linką, na przykład dwudziestką, to różnica jest bardzo duża nawet wtedy, kiedy jego pilker jest o połowę cięższy. Przyjmując, że sąsiad ma w zestawie dwudziestkę z pilkerem 150 g, a ja dziesiątkę z pilkerem 100 g, to kiedy ja już trzeci raz odrywam pilkera od dna, on swojego dopiero tam kładzie. Kiedy on zaczyna pukać pilkerem o dno, ja swojego wyciągam i szykuję się do następnego rzutu.

Pilker do łowienia pod stępką w momencie, gdy kuter się zatrzymuje, musi być jak najmniej powyginany. Najlepsze do tego są parasolki z jedną kotwiczką. Nie uciekają na boki, lecz opadają prosto. Ale że nie ma takiego pilkera, który szedłby do dna całkiem prosto, a przecież na tym mi bardzo zależy, co dziesięć – piętnaście metrów wysnuwającą się linkę przytrzymuję palcem. Wtedy pilker ją prostuje (“pionuje”). Trwa to ułamek sekundy. Dlaczego tak ważne jest, żeby linka nie miała wybrzuszenia? Bo wtedy każde dotknięcie ryby jestem w stanie skwitować skutecznym zacięciem. A jest niemal regułą, że dorsze atakują tego pilkera, który się pierwszy znajdzie na dnie. Później, gdy w dno zaczyna pukać wiele pilkerów, dorsze, jeżeli żerują słabo, odpływają w inne miejsce. Pukam więc jeszcze dwa – trzy razy, nie podrywam przy tym pilkera wysoko, najwyżej na pół metra, i natychmiast skręcam linkę. Jak najszybciej. Kiedy moi konkurenci jeszcze opukują dno pod stępką, ja już znowu rzucam pilkera do morza.

Zasada druga:
Rzucać jak najdalej. Zawsze tak robię. Jest to wprawdzie sprzeczne z ogólnie przyjętymi regułami łowienia dorszy, ale dlatego łowię ich więcej niż inni. Te powszechnie stosowane reguły można opisać tak. Jeżeli wędkarz stoi na burcie napływowej (tzn. od strony, w którą dryfuje statek), rzuca go daleko, bo po chwili kuter i tak znajdzie się nad przynętą. Jeżeli zaś łowi z burty oddalającej się od łowiska, nie zarzuca pilkera, tylko go spuszcza, bo kuter będzie się cały czas od niego oddalał.

Mój sposób jest inny. Gdy łowię z burty napływowej i już skończyłem opukiwać dno pod stępką, wyciągam pilkera i rzucam go najdalej jak tylko potrafię. Tam, daleko, moja przynęta znajdzie się w ławicy ryb jeszcze nieprzepłoszonych. Mam powody, by tak sądzić, bo przy dalekim wyrzucie, podobnie jak pod stępką, dorsze biorą po pierwszych poderwaniach pilkera. Złowioną sztukę staram się jak najszybciej wyciągnąć, żeby nie spłoszyć pozostałych (dorsze zawsze pływają w ławicy, duże i małe). Wtedy mogę nadal łowić w tym samym miejscu. Kiedy dorsze słabo żerują, a mój pilker zrówna się z pilkerami sąsiadów, złowienie kolejnego dorsza zależy wyłącznie od szczęścia.

Kiedy stoję na burcie odpływającej, również wyrzucam przynętę daleko i łowię techniką wypuszczania linki. Ile jej wypuszczam z kołowrotka, jak ciężkim pilkerem łowię i jak wysoko nad dno go podrywam, wszystko to zależy od szybkości dryfu. Jeżeli jest bardzo szybki, zakładam pilkera trochę cięższego niż ten, którym łowiłem pod stępką. Przy cienkiej lince i pilkerze ważącym 100 – 120 gramów wychodzi mi rzut na odległość od 100 do 120 metrów. Przy tej odległości nawet cienka linka stawia wodzie znaczny opór i to staram się wykorzystać. Do ataku prowokuje dorsza stukanie pilkera w dno oraz jego błysk. Kontroluję więc jego opad. Podrywam pilkera najwyżej metr nad dno i na tym poziomie przez chwilę go zatrzymuję. Kuter odpływa, a napór wody na linkę utrzymuje pilkera niemal w niezmienionej odległości od dna. Teraz zaczynam wydawać linkę z kołowrotka. Najlepsze są do tego kołowrotki karpiowe. Wprawdzie słona woda im szkodzi, ale morskich kołowrotków na razie nikt nie produkuje.

Łowienie dorszy w wolnym opadzie daje najlepsze wyniki. Kiedy się stoi na burcie napływającej na łowisko, trzeba tak długo zmniejszać wagę pilkera, aż prowadzenie wędki będzie spokojne i płynne. Na burcie odpływającej pomaga w tym napór wody na linkę. Wprawdzie po dalekim wyrzucie oddaję morzu jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale to się opłaca, bo wtedy się łowi największe dorsze.
Teraz trochę o sprzęcie.

Na szpuli kołowrotka mam nawinięte od 270 do 300 metrów linki. Dzisiaj to nie problem, bo każdą jej ilość można kupić w jednym kawałku, z dużej szpuli. W sprzedaży wysyłkowej wychodzi po 50 zł za sto metrów.

Na łowisko zabieram dwa kije. Jeden trzymetrowy z delikatną szczytówką, drugi o długości 3,6 m. Dorsze łowi się jak sandacze, bo biorą bardzo podobnie. Kiedyś łowiłem wyłącznie kijem z mocną szczytówką. Dopiero kiedy zacząłem używać nowego kija z miękką szczytówką, uświadomiłem sobie, ilu brań przedtem nie wyczuwałem. Wtedy zacinałem szarpnięcie, dzisiaj zacinam każde lekkie ugięcie szczytówki.
Drugi kij, ten dłuższy, stosuję dopiero od dwóch lat. Podpatrzyliśmy Niemców, jakimi sposobami łowią na głębokości do 25 metrów, kiedy dorsze słabo żerują. Wygrali z nami, mieliśmy więc od kogo się uczyć. Jeszcze do tego wrócę.

Trzecia zasada:
Agrafki i krętliki powinny być jak najmniejsze, a najlepiej nie używać ich wcale. Nad pilkerem prostym z jedną kotwiczką trudno zapanować, kiedy opada do dna. Cóż dopiero, kiedy ma dwie kotwiczki i jest uczepiony do dużej agrafki, która z kolei stanowi komplet z potężnym krętlikiem.

Jeżeli morze jest spokojne, a dryf kutra nieduży, nie zakładam ani agrafki, ani krętlika. Linkę wiążę bezpośrednio do kółka łącznikowego na pilkerze, bo im mniejszy opór wody, tym łowienie szybsze, pewniejsze i bardziej kontrolowane, a pilker szybciej schodzi do dna.
Czasami dorsze uderzają tylko w przywieszki. Po prostu żerują około dwóch metrów nad dnem, a stamtąd samym pilkerem trudno je dostać. Nigdy jednak nie zakładam przywieszki, dopóki o jej skuteczności nie przekonam się na cudzej skórze. Cały czas obserwuję, jak łowią inni. Jakie stosują pilkery, jak je prowadzą i czy mają przywieszki. Jeżeli widzę, że przywieszki są i dorsze je atakują, to i ja je zakładam. I to szybko, nie ma na co czekać, bo może akurat ławica płynie wysoko nad dnem, więc trzeba to wykorzystać.

Nigdy nie zakładam dużych przywieszek. Wystarczą 5-centymetrowe kopytka w kolorze cegły, a jeszcze lepsze są kopytka laminowane w kolorach cegły i perły. Przywieszką mogą być również czarno-czerwone twistery, ale najpewniejsze są sztuczne muszki, bo w wodzie stawiają najmniejszy opór i chyba lepiej wabią dorsze niż inne plastikowe dekoracje.

Czwarta
zasada:
Po każdym rzucie zakładać żyłkę na palec. Dzięki temu nie przeoczę najdelikatniejszego brania. Również takiego, którego nie rozpozna się ani po ruchu szczytówki, ani po pozycji linki w wodzie. Opuszek palca wyczuje najmniejszy opór. Nic nie kosztuje, a wyniki murowane.

Piąta zasada to technika dnia.
Dorsze biorą różnie, czasem zmienia się to z godziny na godzinę. Dlatego na kutrze trzeba dzielnie kręcić głową. Można bowiem u kolegów – szczególnie u tych, którzy łowią więcej od innych – podpatrzyć, co dorszom najbardziej odpowiada. A rozmaitość ich upodobań jest doprawdy wielka. Na przykład biorą tylko albo na pilkera prowadzonego w pionie, albo na takiego, który szoruje po dnie. Bywa, że atakują wyłącznie pilkery zielone. Czasem uderzają w przywieszkę na półmetrowym przyponie, innym razem tylko w taką, która jest uwiązana bezpośrednio na głównej lince. Raz się je łowi na opad szybki, innym razem tylko na wolny. Nie ma czasu, żeby to wszystko poddać próbie. Ale przecież na kutrze jest wielu wędkarzy. Można się od nich wiele dowiedzieć, nawet nie pytając.

Kolejna zasada brzmi: szybkie prowadzenie pilkera to małe dorsze, wolne i spokojne – to dorsze duże. Tu wracamy do techniki podpatrzonej u Niemców. Daje ona dobre wyniki wtedy, gdy łowisko jest płytkie, a dorsze są małe i słabo żerują. Polecam ją szczególnie tym, co wędkują dla przyjemności (rekreacyjnie), bo wtedy nie obowiązuje przepis zezwalający tylko na jedną przywieszkę.

Na 20-metrowym łowisku stosujemy ciężki pilker bez kotwiczki. Może ważyć nawet 150 gramów. Z jednej strony powinien być zupełnie płaski, żeby się kleił do dna. Nad nim wiążemy dwa skoczki – muchy albo ripery. Po zarzuceniu i położeniu pilkera na dnie ściągamy go tak, żeby na dystansie kilku metrów po nim szorował. Potem zestaw należy zatrzymać i przez chwilę linkę luzować i znów naciągać. Wykonuje się to szczytówką wędziska. Żeby ten ruch był wyraźny przy dnie, musi ono być odpowiednio długie. Właśnie do tego potrzebny jest kij o długości 3,6 m. Kiedy się dojdzie do wprawy, można naraz zaciąć dwa dorsze. Nawet jeżeli są małe, to jest trochę kłopotu z holem, ale przecież o to chodzi. Należy również doświadczalnie sprawdzić, w jakiej odległości od dna powinny się znajdować skoczki i na jak długich trokach powinny być uwiązane.

Na zawodach, co zrozumiałe, wszystko to wygląda trochę inaczej. Czasu jest mało, a ryb trzeba złowić jak najwięcej. Podczas wędkowania rekreacyjnego można jednak poczynić interesujące obserwacje i sprawdzić skuteczność niektórych sposobów. Jedno i drugie pomaga potem odnosić sukcesy w konkurencji z innymi wędkarzami.

Juliusz Bernat

Poprzedni artykułŚWINKA NA MUSZKĘ
Następny artykułMYŚLA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments