sobota, 29 stycznia, 2022

MOJE LINY

Lin to dla mnie najpiękniejsza ryba słodkowodna. Nieraz czytałem i słuchałem opowieści o tym, jaki on mądry i kapryśny i jak trudno go złowić. Z każdą chwilą byłem nim coraz bardziej zafascynowany. Coś takiego złowić – to dopiero radość! Od czterech lat wędkuję w Alzacji. Głównie nastawiam się na liny. Miałem więc okazję nauczyć się na stare lata czegoś nowego. Nie czuję się ekspertem. Pragnę się po prostu podzielić tym wszystkim, co mi pomaga łowić te wspaniałe ryby.

Podstawą sukcesu jest cisza. Nigdy nie udało mi się złowić dużego lina w towarzystwie innej osoby. Wiele razy zabierałem ze sobą kogoś na ryby, żeby się pochwalić moimi sukcesami, ale nigdy nie miałem ku temu okazji. Duże liny są niezwykle ostrożne. Płoszą je nawet najcichsze rozmowy i nieznaczne ruchy nad wodą. Zawsze staram się chować za trzcinami. Sprzęt rozkładam i uzbrajam z dala od miejsca połowu. Przy trzcinach tylko czatuję. Najlepiej w pozycji leżącej. Zachowuję się tak cicho, że już nieraz sarny, pasące się w pobliżu, podchodziły mi do stóp.

Lubię łowić rano. Latem jest to zresztą najlepsza pora ze względu na upały. Liny biorą najlepiej w godzinach od 7:00 do 11:00. Moje najwspanialsze okazy złowiłem między 8:00 a 9:00. Mówiąc żartem, alzackie liny swoim wygodnickim trybem życia dostosowały się do tubylców. Najlepsze linowe miesiące to czerwiec i lipiec. W połowie sierpnia liny powoli gdzieś się zaszywają.

Po latach doświadczeń stwierdzam, że najpraktyczniejsze jest wędzisko o długości 3,60 metra. Testowałem różne, nawet takie, które miały powyżej 4,5 metra. Żeby wyjąć dużego lina, musiałem wtedy wchodzić z podbierakiem do wody. Z kolei kijem krótszym niż 3,60 m trudniej kontrolować rybę podczas holu w zarośniętym łowisku. Wędzisko mam mocne, od 30 do 70 g wyrzutu. Nie muszę się więc o nie obawiać, gdy przychodzi mi wyciągać rybę zaplątaną w zielsku.

Rodzaj kołowrotka nie ma dla mnie istotnego znaczenia pod warunkiem, że jest wyposażony w precyzyjny hamulec i można z niego daleko rzucać. Przyzwyczaiłem się do kołowrotków z wolnym biegiem szpuli, często bowiem przebywam w pewnym oddaleniu od stanowiska. Gdy więc weźmie duża ryba, nie muszę się obawiać o utratę sprzętu. Ale kołowrotki bez wolnej szpuli też są dobre. Trzeba tylko zachować większą czujność.

Od trzech lat nie używam żyłki. Zastąpiłem ją plecionką. Uważam, że jest to jeden z najlepszych wynalazków wędkarskich ostatnich lat. Dzięki niej w zasadzie skończyły się problemy ze zrywaniem zestawów i ryb murujących w zielsku. Plecionka ma kilka zalet, których brakuje żyłce. Jest wiotka i podczas brania ryby nie czują oporów zestawu. Jest też o wiele mocniejsza od żyłki i nierozciągliwa, co ułatwia zacięcie i hol. Żyłka po jakimś czasie schodzi z kołowrotka w postaci sztywnej spirali i w dodatku kruszeje, tracąc na wytrzymałości.

Trzeba ją więc często wymieniać. Plecionka nie ma tych wad. Jedyny jej mankament ujawnia się przy wiązaniu pętli przyponu i haczyka. Plecionka jest śliska i żeby się nie rozwiązała, trzeba stosować odpowiednie węzły. Przypon zawsze łączę z linką główną za pomocą krętlika. Jest to szczególnie ważne, gdy się łowi w zbiornikach płytkich i zarośniętych. Zestaw trzeba wtedy szybko wyciągać z wody. W tym czasie haczyk z przynętą kręci się z dużą prędkością i jeżeli przypon nie jest zamocowany na krętliku, plącze się niemiłosiernie.

Haczyki dopasowałem, metodą prób i błędów, do mojej ulubionej przynęty, kukurydzy. Wykonane są z solidnej stali węglowej, kute i pokryte złotą powłoką. Kombinowałem już z różnymi ich wielkościami i kształtami, ale pozostałem przy niewielkim rozmiarze 12. Szeroki łuk kolankowy i krótkie ramionko – taki właśnie kształt haczyka wydaje mi się idealny do kukurydzy.

Używam spławików o niewielkiej wyporności. Łowię w wodach płytkich i zarzucanie ciężkiego spławika płoszy ryby na długo. Wolę raczej zarzucić bliżej niż narobić hałasu. Spławiki nie są wyszukane. Ważne, by miały smukły korpus i wyporność od 1 do 2 gramów. Używam wyłącznie przelotowych. Spławiki montowane “na sztywno” są niepraktyczne, bo podczas zwijania zestawu i holu czepia się na nich zielsko.

Łowię metodą gruntową ze spławikiem. Wyważam go tylko jedną śruciną, dobraną stosownie do jego wyporności. Umieszczam ją dość wysoko, powyżej krętlika. Luźny przypon spoczywa na kobiercu roślin lub na twardym dnie, jeżeli wcześniej mogłem je sobie oczyścić.

Najlepszą przynętą na liny jest kukurydza. Białe i czerwone robaki jej nie dorównują, biorą na nie niewielkie sztuki, do 1,5 kilograma. Moje doświadczenia z kukurydzą zaczynałem od czterech ziaren na haczyku. Brania były rzadkie, a ryby małe. Brały nieufnie i długo się przynętą bawiły, zanim zdecydowały się ją połknąć. Im mniej zakładałem ziaren, tym lepsze osiągałem wyniki. Skończyło się na tym, że teraz zakładam tylko jedno ziarenko i to niezbyt duże. Kiedyś spróbowałem specjalnie spreparowanych kukurydzianych olbrzymów. Są to ziarna dwa – trzy razy większe. Stosują je głównie karpiarze i są one bardzo drogie.

Nęciłem nimi moje liny, rujnując jednocześnie domowy budżet, i okazało się, że tę przynętę wszystkie ryby całkowicie ignorują. Leżała na dnie przez kilka dni nienaruszona. Powróciłem więc do wcześniej wypróbowanego sposobu i nęcę zwykłą kukurydzą konserwową zmieszaną z rozmoczonym chlebem. W moim przekonaniu jest to najlepsza zanęta na duże liny, co potwierdzają wyniki moich połowów. Jest do tego znacznie tańsza.

Zauważyłem, że w ciągu dnia liny przemieszczają się po całym zbiorniku. Pływają ulubionymi trasami, ale co jakiś czas zatrzymując się gdzieś na dłużej. Krążą wtedy na kilkunastu metrach kwadratowych lub przez kilkadziesiąt minut po prostu stoją prawie nieruchomo. Te ich ulubione miejsca z pozoru niczym się nie wyróżniają. Nie są ani głębsze, ani bardziej zarośnięte. Trudno zatem określić, czym się ryby kierują przy ich wyborze. Dlatego też wędkarzowi niełatwo będzie je znaleźć, gdy nad daną wodę przyjedzie po raz pierwszy. Wskazać mogą je tylko same ryby, ale w tym celu trzeba je obserwować przez kilka kolejnych dni.

Nad wodę jeżdżę kilkakrotnie jeszcze przed rozpoczęciem sezonu wędkarskiego. Podglądam zachowania ryb, notuję w głowie trasy ich wędrówek i miejsca postojów. Dzięki temu wiem, gdzie zacząć nęcić. Zanęta położona błędnie, na przykład na trasie codziennej wędrówki linów lub w ogóle poza strefą, w której one się poruszają, może je zwabić tylko na chwilę, a wtedy na okazy raczej nie ma co liczyć. Najpierw do jedzenia przystąpią mniejsze sztuki i już przy holu pierwszej z nich stracę szansę na następną, większą. Natomiast w miejscach postojowych większe sztuki czują się bezpieczniej. Przynętę chwytają pewnie i często dopływają do niej jako pierwsze, jeszcze zanim zrobi to młodzież. A moje szanse na sukces znacznie wtedy wzrastają.

Ryszard Ciesielski

Poprzedni artykułSTATYSTYKA POŁOWÓW SZCZUPAKÓW
Następny artykułROK PSTRĄGA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments