poniedziałek, 27 czerwca, 2022
Strona główna Grunt ZŁOTO Z BAGIEN

ZŁOTO Z BAGIEN

Wędkarskie wakacje tego lata miałem krótkie, więc każdy dzień zaplanowałem precyzyjnie. To się opłaciło. Stale ciągnie mnie na Suwalszczyznę. Od lat mam tam swoje miejsca, ale jedno wręcz mnie elektryzuje. Jest to tajemnicze, przepiękne, malutkie jeziorko w sercu Augustowskiej Puszczy. Tym razem odkryłem jego sekrety. Zresztą spójrzcie na zdjęcia – te wspaniałe złote karasie złowiłem w samotności i ciszy, którą zakłócał tylko plusk wody i skrzeczące nad głową kruki. Czy coś jeszcze trzeba do wędkarskiego szczęścia?

Zgodnie z planem
Przygoda zaczęła się o 3.30 sierpniowego ranka, a właściwie to już poprzedniego dnia, gdy przygotowywałem zanętę. Była prosta – gotowane ziemniaki, tarty suchy chleb i odrobina zanęty kupnej, która miała tylko nadać całości ciemny brązowy kolor. Kulki były mniejsze od kurzego jaja. Chodziło o to, żeby się zmieściły w łożu procy, a po wystrzeleniu nie robiły zbytniego hałasu. Bardzo ważny był ów ciemny kolor zanęty. W płytkiej i bardzo czystej wodzie zbyt jasna karma wystraszyłaby ryby. Główną przynętą była kukurydza z puszki.

Pierwsze pudło
Nad wodą byłem o świcie. Skradałem się możliwie jak najciszej, co nie było łatwe, bo pod nogami leżało dużo gałęzi. Gdy stanąłem na moim małym chwiejnym cypelku, woda nieco zafalowała. Wszystko wróciło do normy, gdy usiadłem na krzesełku. Precyzyjnie wystrzeliłem zanętę i zarzuciłem wędki. Łowisko miało zaledwie 1,50 m głębokości.

Już po 15 minutach na gładkiej wodzie, w miejscu nęcenia, ukazały się spore bąbelki. Gdy się zaczęły zbliżać do spławików, emocje rosły. Wiedziałem, że w tym oczku jest mnóstwo małych płoci, dlatego na haczyk nadziałem aż trzy spore ziarna kukurydzy i delikatnie położyłem je na dnie. Pierwsze branie – spławik kilka razy podskoczył i natychmiast odjechał. Nerwowe zacięcie, lekki terkot hamulca i … po przyponie. Przy okazji wymieniłem go również na drugiej wędce.

Branie w podskokach
Po godzinie branie jak poprzednio – podskoki spławika i odjazd, ale tym razem wszystko było ustawione na medal. Ryba odjechała na hamulcu ku środkowi jeziora, więc trzymając ją na napiętej żyłce udało mi się szybko zwinąć drugą wędkę. I całe szczęście, bo to, co się działo później… Choć było bardzo płytko, rybę zobaczyłem dopiero po kwadransie. Była niezwykle silna. Do podbieraka za nic nie chciała wpłynąć, w końcu jednak uległa. Gdy ją mierzyłem, zabrakło mi podziałki. Był to niemal półmetrowy karaś złocisty, pierwszy taki w moim długim wędkarskim żywocie. Po godzinie był drugi.

Brakowało tylko lina
W moim suwalskim oczku były już 75-centymetrowe leszcze, duże płocie, wielkie okonie, fantastyczne półmetrowe karasie, o których się zrobiło głośno. Kiedyś, siedząc nad bagienkową wodą, łowiliśmy z przyjacielem karaski, aż tu niespodzianka: trafił nam się wspaniały czarno – brunatny lin. Był piękny, po prostu czarna perła z bagienka!

Tylko makaron, pęczak i kukurydza
Gdy wychodziłem objuczony plecakiem, było jeszcze ciemno. Drogę do mojego bagienka znałem doskonale. Najgorszy był jej końcowy odcinek. Trudno się bezszelestnie przedrzeć przez puszczę nie łamiąc pod sobą gałęzi i bez chlupotu chodzić po trzęsącym się jak galareta brzegu. Ale przed piątą siedziałem już nad wodą. Po niedawnej zasadzce na leszcze zostały mi dwie spore garście makaronu (kolanka) zaprawionego suwalskim miodem. Za pomocą procy udało mi się wystrzelić makaron na całkiem niezłą odległość. Spadał na wodę nie robiąc żadnego hałasu. Do tego jeszcze kilka porcji pęczaku przygotowanego w termosie i dosłownie 15 ziaren puszkowej kukurydzy.

Ale odjazd!
Zestawy zarzucone na grunt. Na haczykach po trzy ziarna kukurydzy, żeby zniechęcić płocie. Cicho i ciepło. Niebawem na wodzie pokazują się bąbelki, a więc ryby już przyszły. I wreszcie jest to, na co czekam: spławik parę razy podskakuje, a potem moja zdobycz wykonuje najpiękniejszy odjazd świata. Najpierw powoli, a potem w toń. Odjeżdża na hamulcu, dość długa wędka amortyzuje uderzenia. Nie wiem, co mam na haku, bo czarny grzbiet ryby zlewa się z wodą. Dopiero w podbieraku zobaczyłem najwspanialszego lina mojego życia. Miał ponad 70 cm długości.

Po chwili wszystko to powtórzyło się na drugiej wędce. Oba zielonkawobrunatne liny były tak duże i piękne, że postanowiłem skończyć łowy i jak najszybciej podzielić się tym triumfem z moimi bliskimi. W domu byłem już o 9 rano.
Do zobaczenia w przyszłym roku w Posejnelach nad jeziorem Pomorze.!.

Jerzy Łętowski
Zdj. Michał Łętowski

Poprzedni artykułDUŻE SZCZUPAKI Z RZEKI
Następny artykułSPRĘŻYNY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments