wtorek, 27 września, 2022

ODMIENIEC

Są leszczowe brania płoci i linowe brania karpia, zdarza się też, że sandacz zaatakuje ciasto, a poczciwy lin, niczym drapieżnik, zapnie się na obrotówkę.

Zauważyłem go, kiedy jeszcze bez wędki przyszedłem zanęcić liny. Usadowił się tam, gdzie trzciny tworzyły wysunięty w stronę wody cypel, w odległości pięciu metrów od mojego pomostu. Co jakiś czas, gdy nieprzezorna drobnica zbytnio się zbliżyła do trzcinowego cypla, na powierzchni wody powstawał wir lub chlapnięcie i niewielka ławica pośpiesznie opuszczała to miejsce, pewnie w niepełnym składzie. Był i na drugi dzień, kiedy przyszedłem łowić.
Wyczyny drapieżnika mimo woli skupiały prawie całą moją uwagę. Ale liny brały źle, więc tym łatwiej mogłem obserwować to polowanie. Nie widziałem go, bo powierzchnia lśniła światłem odbitym od drobnej falki, lecz nie miałem wątpliwości, co się tam dzieje. Tylko szczupak przywiązuje się do stanowiska ukrytego w trzcinach, leniwie czekając, aż coś napłynie na jego rewir łowiecki. Rewir ten nie był duży i odpowiadał mniej więcej powierzchni jednego metra kwadratowego.

Jego wilczego apetytu nie mąciły nawet nieliczne defilady moich złowionych płoci, które z konieczności holowałem mu przed nosem. Ani nie uciekał, ani nie przestawał żerować. W pierwszym odruchu chciałem pójść po spining, by na tego żarłoka zapolować. Postanowiłem jednak, że dziś będę się tylko nim cieszył, a spining wezmę ze sobą dopiero jutro.

Słońce stanęło wysoko, był pełny dzień i przestały żerować nawet płotki. On nie. Zwinąłem wędkę i poszedłem na śniadanie. Ale wspomnienie wytropionej sztuki tkwiło w mojej pamięci. Zajrzałem nad wodę przed obiadem, między pierwszą a drugą. Posiedziałem na pomoście dziesięć, może piętnaście minut i udało mi się zaobserwować atak. Był więc nadal. Hipoteza szczupakowa zaczęła się chwiać. Nie zdarzyło mi się dotąd spotkać szczupaka polującego przez cały dzień. Nawet gdyby często chybiał – bo przecież nie jest oczywiste, że każdy atak kończy się sukcesem – była to zawziętość nie pasująca do leniwego w gruncie rzeczy szczupaka. Okoń? Ale okoń, zwłaszcza spory, nie tkwiłby przez pół dnia w tym samym miejscu i w zaledwie metrowej wodzie.
Późnym popołudniem wróciłem, żeby czekać na zanęcone liny. Przez ponad godzinę wydawało mi się, że przestał żerować albo odpłynął. Przed wieczorem jednak potwierdził swoją obecność kilkoma atakami powtarzanymi w odstępach co osiem – dwanaście minut. Zaatakował czterokrotnie.

Nazajutrz rozpocząłem od linów. Mój drapieżnik o świcie nie żerował. Obserwowałem linowy spławik i zarazem jego terytorium łowieckie, na którym długo nie działo się nic. Już po szóstej dostrzegłem pierwsze zawirowanie wody. Nie śpieszyłem się jednak, w siatce miałem tylko jednego lina. Po następnych czterdziestu minutach, a może po trochę dłuższym oczekiwaniu, trafił się drugi, nie przynoszący wstydu nawet pokaźnej patelni. Wtedy zwinąłem wędkę linową i sięgnąłem po spining. W pudełku miałem partię nowych gumek, więc postanowiłem poddać je próbie. Wybrałem bladożółtego twistera z niemalowanym ołowianym łebkiem – świeży ołów to kolor rybi. Razem z ogonkiem miał około ośmiu centymetrów. Rzuciłem o kilkanaście metrów dalej tak, by przepływający twister mógł zostać przez drapieżnika dostrzeżony.

Operowanie jigowym wędziskiem na krótkim dystansie nie jest łatwe ani wygodne. Jeśli się odejmie długość wędziska, to wolnej żyłki między mną a nim pozostawało około trzech metrów. Wymachiwanie mu szczytówką nad głową i chlapanie pod nosem mogłoby go ostrzec. Dlatego zdecydowałem się rzucać poza jego łowisko i powoli przynętę naprowadzać.

Wyszedł i pobił za pierwszym rzutem, ale widocznie uderzył w wirujący ogonek, bo zacięcie okazało się puste. Ponowiłem rzut. Takie samo wyjście i takie samo puste zacięcie. Po raz trzeci nie zaatakował. Założyłem inną gumkę: czerwoną, przejrzystą, z brokatem. Pierwszy rzut był pusty. Przy drugim nastąpił gwałtowny atak i skuteczne zacięcie. Teraz go zobaczyłem. To był okoń. Ale wypiął mi się przy manewrowaniu podbierakiem. Szło mi to z trudem, bo mój pomost zrobił się wysoki prawie jak myśliwska ambona i to nie dlatego, że go tak zaprojektowałem. Niegdyś jego podłoga leżała trzydzieści centymetrów nad wodą, ale po kilku latach jej poziom obniżył się dobrze ponad metr. Ani zacinanie ryby atakującej z odległości pięciu metrów, a więc prawie pod nogami, ani podbieranie z tej wysokości nie jest wygodne. Pomyślałem, że wypięcie się jest dla ryby stresujące i postanowiłem dać jej czas do wieczora, by ta niemiła poranna przygoda się w jej pamięci zatarła.

Po południu wypłynąłem łodzią. Ustawiłem się w odległości około 15 metrów od trzcinowego cypla i nie czekając, aż okoń zacznie żerować, posłałem mu niewielką, srebrną obrotówkę, kształtem skrzydełka przypominającą aglię. Gdy dopłynęła w obszar jego żerowiska, energicznie zaatakował. Zaciąłem i holowałem go ku burcie. Bronił się energicznie, ale zapięty na trzy groty był bez szans. Mierzył 39 cm.

Opowiedziałem tę przygodę nie po to, by się pochwalić tym przecież nie nadzwyczajnym okoniem. Choć właściwie to był on niezwykły, bo któż by przypuszczał, że duży garbus będzie wytrwale czatować przy trzcinach, na płyciźnie i że cokolwiek skłoni go w pełni sezonu do osiadłego trybu życia. A jednak. Myślę też, że nie wszystkie ataki przynosiły mu sukces. W żołądku miał zaledwie cztery rybki i trochę bezkształtnej już masy, którą można było uznać za resztki piątej. Jeśli nawet lepiej czatować i tylko czasem trafiać, niż gonić drobnicę po jeziorze, to mój okoń nie był wierny tradycji swego gatunku. Za to z pewnością znał się na ekonomii wysiłku.

Piotr Calisty

Poprzedni artykułWOBLERY W ŚREDNIOWIECZU?
Następny artykułJELENIOGÓRSKIE ZBIORNIKI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments