niedziela, 26 czerwca, 2022

NA MIETUSA

O miętusie słyszał każdy wędkarz, ale z pewnością nie wszyscy go widzieli, a jeszcze mniej jest takich, co go złowili. Miętus bowiem jest aktywny tylko w zimnej wodzie, w dodatku żeruje prawie wyłącznie nocą. Dość znacznie ogranicza to grono jego potencjalnych łowców.

Tymczasem wybrać się na miętusa naprawdę warto. Duży na ogół nie jest, więc waleczności nie należy się po nim spodziewać zbyt wiele, jednak samo nocne łowienie w zimowej scenerii, przy płonącym ognisku, to bardzo duże przeżycie. Długi okres ochronny, trwający od 1 grudnia do końca lutego, mocno zmniejszył możliwości spotkania tej ryby. Największe szanse są w listopadzie. Jeśli zima mocno trzyma, dobry może być także marzec. Kwiecień to już ostatki. Miętusy są w wielu rzekach, ale kto się wybiera w nieznane, niech lepiej zasięgnie języka u miejscowych, żeby się potem nie okazało, że kilka zimnych nocy spędził nad wodą na darmo. Swoje ulubione łowiska mam na Narwi koło Warszawy poniżej Zalewu Zegrzyńskiego, na Narwi i Bugu powyżej Zalewu, na Wkrze i Warcie. Ostatnio otrzymałem też wiarygodne informacje, że piękne miętusy łowi się w środkowej Wiśle.

Dobre łowisko powinno spełniać kilka warunków. Dno nie może być muliste, ale też nie powinien to być gładki piasek. Najlepiej, gdy je pokrywają różne zawady, wśród których miętusy szukają schronienia i pokarmu. Mogą to być wszelkie umocnienia brzegowe (im starsze i bardziej porozmywane, tym lepiej), filary mostów, zatopione drzewa, doły powymywane na zakolach ze sterczącymi w wodzie korzeniami itp. Jeżeli jednak wiemy, że w okolicy znajdują się mateczniki miętusów, to strzałem w dziesiątkę może się okazać zarzucenie wędki nieco dalej od zawad. Oszczędzimy sobie przy tym ciągłego wiązania nowych przyponów, co na mrozie, choćby tylko kilkustopniowym, do przyjemności nie należy. Jeżeli mamy wybór, to zwróćmy uwagę na brzeg. Dobrze, gdy jest płaski.

Sprzęt wcale nie musi być wyrafinowany. Swoich ulubionych kijów lepiej na nocne łowy nie zabierać. Po co się potem denerwować stratą wspaniałej węglówki. Kilogramowy miętus to już okaz, więc nie ma obawy, że połamie wędkę, choćby to był najtańszy teleskop. Wolę, kiedy wędka jest krótsza, bo wtedy lepiej widać szczytówkę, która powinna być miękka, żeby dobrze pokazywała brania, zwykle dość delikatne.

Kołowrotek może być jakikolwiek, byle był dość mocny, o stałej szpuli. Wystarczy nawet zabytkowy rex, bo hamulec i tak dokręcamy do oporu. Hol musi być zdecydowany, bo inaczej miętus zdąży się schronić pod kamieniami i będzie po nim. W ogóle stosujemy sprzęt nieco „ponadwymiarowy”, przy czym nie chodzi tu o wielkość ryb, lecz o trudne warunki, w jakich przychodzi nam łowić. Dotyczy to również żyłki. Przypon powinien mieć średnicę 0,25 – 0,35 mm, żyłka główna odpowiednio więcej. Miętusom w niczym to nie przeszkadza, natomiast cieńszy przypon po kontakcie z muszelkami będzie się rwał nawet przy 30-dekowej rybie.

Haczyki duże, 1-0/2. Nawet zupełnie małe miętusiki mają duże pyszczki i mniejszy haczyk łykają głęboko, co potem uniemożliwia nam darowanie im wolności. Zdecydowanie praktyczniejsze są modele z długim trzonkiem, po prostu łatwiej je wyciągnąć. Akurat w tym przypadku druciaki okazują się lepsze. Na zaczepach się rozginają, a po przygięciu znów są dobre. Mimo to radzę mieć odpowiedni zapas gotowych przyponów. Wymiana jest wtedy kwestią sekund. Wiązanie haczyka, w normalnych warunkach czynność wyjątkowo prosta, podczas mrozu i zacinającego w oczy śniegu nie jest już taka łatwa. Przypony muszą być dość długie, pół metra to minimum, jeszcze lepiej, gdy mają 70 – 80 cm. Przy zbyt krótkich przyponach, miętusy szybko wyczuwają opór, co się często kończy wypluciem przynęty. Dość łatwo się o tym przekonać. Jeżeli wyciągamy zestaw i widzimy, że przynęta wygląda jakby była przepuszczona przez maszynkę do mięsa, to natychmiast dajmy dłuższy przypon. To powinno pomóc.

Dobór ciężarków zależy najbardziej od miejsca, w jakim łowimy. Jeżeli jest tam wiele zaczepów, stosujemy ciężarki duże i zarzucamy zestaw z prądem. Zdarza się jednak, że musimy go lokować w jednym, dokładnie ustalonym miejscu, a wokół pełno zawad. Wtedy używamy sprzętu niemal takiego jak na suma, z ciężarkiem 250-gramowym, żeby zestaw nie spływał ani o kawałek. Jest to niekiedy jedyny sposób, żeby się dobrać do największych okazów, które niechętnie opuszczają pobliże swoich kryjówek. Gdy zaczepów jest mało, zakładamy ciężarki mniejsze (w Narwi najlepsze są 100-gramowe). Rzucamy je w poprzek nurtu, co powoduje, że spływają powoli, a właśnie o to chodzi. Przynęta penetruje duży obszar, zatrzymując się w zagłębieniach i właśnie wtedy bardzo często następuje branie. Bardzo dobre są ciężarki w kształcie połówki małży odlewane w łyżce do zupy. Trzymają się dobrze dna, a podczas ściągania przeskakują nad większością zawad.

Miętus jest zdecydowanym mięsożercą. Przynętą mogą więc być czerwone robaki, rosówki, jelita drobiowe, wątroba, ścięta krew, żywce, filety z wszelkich możliwych ryb, nie wyłączając morskich. Wypróbowałem wiele rozmaitych przynęt i doszedłem do przekonania, że bezkonkurencyjna jest kilkucentymetrowa rybka, świeżo zabita przed założeniem na haczyk. Nadają się do tego uklejki, małe płotki, doskonałe są jelce, należy jednak pamiętać o wymiarze ochronnym. Każdy wędkarz wie, jak trudno złowić żywca w zimnej wodzie. Najlepiej więc przywieźć je z sobą, oszczędzi to nam nerwowego biegania w nocy z podrywką. Jeżeli jednak nie mamy przygotowanych rybek i jak na złość nic nie można złapać, zarzućmy lekką wędkę z ochotką lub czerwonym robakiem.

Co jak co, ale jazgarze biorą zawsze. Nie wiem, jak na innych łowiskach, ale w Narwi jest to przynęta bardzo skuteczna. Być może dlatego, że jazgarzy jest mnóstwo. Bywają noce, że brań na jazgarza jest więcej niż na inne przynęty. Miętusy szukają pokarmu kierując się głównie węchem, więc można je zwabiać używając jako zanęty rybiego mięsa lub krwi wymieszanej z gliną. Sam eksperymentowałem z zamkniętym telewizorkiem wypełnionym siekanymi rybami. Wyniki były zachęcające. Gdy zależy nam na rybach rekordowych, trzeba założyć sporego żywca. Jeden z narwiańskich specjalistów stosuje kilkunastocentymetrowe japońce. Brań ma mało, ale każda jego zdobycz przypomina raczej małego dorsza niż miętusa.

Na obu wędkach najlepiej mieć takie same zestawy. Spływają one z podobną prędkością, co znacznie zmniejsza ryzyko splątania. Może to oczywiste, ale trzeba pamiętać, aby wędki przerzucać poczynając od tej, która jest najwyżej. Zawsze jeden zestaw umieszczamy bliżej, drugi dalej, bo miętus, tak jak inne ryby, też miewa swoje humory.

Brania przeważnie są dość delikatne. Szczytówka odchyla się nieznacznie, potem często ryba nieruchomieje na dnie. W takich przypadkach dopiero po wyciągnięciu zestawu okazuje się, że mamy ją na haczyku. Żeby sobie ułatwić obserwację brań, dobrze jest pomalować szczytówkę na odblaskowy kolor. Doskonałe są też świetliki. Kto chce, może założyć dzwoneczek. Ja tego nie robię, bo moim zdaniem przy łowieniu miętusów dzwoneczki się nie sprawdzają, natomiast zakłócają nocną ciszę i rozpraszają uwagę.

Jeżeli komuś nie odpowiada takie dość statyczne wędkowanie, może spróbować łowić „na czuja”. Jest to metoda stosowana powszechnie i z pewnością o wiele skuteczniejsza od zwyczajnej gruntówki. Zestaw jest podobny jak przy dence, może nieco delikatniejszy. Zasadnicza różnica polega na tym, że wędkę cały czas trzymamy w ręce. Brania wyczuwa się na kiju lub – lepiej – na palcu wskazującym. Nieoceniony to sposób, gdy w łowisku oprócz miętusów są także sandacze. Branie sandacza jest zazwyczaj dość charakterystyczne: kilka krótkich szarpnięć. Jeśli w porę nie zatniemy, to sandacz, poczuwszy opór, wypluje przynętę. Widać wtedy na niej wyraźne ślady zębów.

Gdybym miał krótko scharakteryzować dobrą pogodę na miętusa, powiedziałbym tak: im gorzej, tym lepiej. Gdy niebo jest bezchmurne, a jeszcze gorzej – gdy świeci księżyc, nie spodziewajmy się zbyt wiele. Taki już bowiem urok tej ryby, że dobrym połowom towarzyszy wiatr, śnieg lub lodowaty deszcz.

Rafał Kamiński

Jajecznica z podrobami miętusa
Po sprawieniu miętusów wyjąć wątroby (delikatnie usunąć żółć!), mlecz i ikrę.
Dodać sól i inne przyprawy, odstawić na pewien czas do lodówki.
Potem położyć na rozgrzany tłuszcz(mlecze i ikrę przedtem delikatnie ponakłuwać widelcem). Lekko podsmażyć, dodać jaja i dokończyć smażenie.

Poprzedni artykułIM WIĘKSZY MIĘTUS…
Następny artykułDLACZEGO JEDYNY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments