WĘGORZ I SUM
Niektóre książki o wędkarstwie objaśniają krótko: Węgorz nie jest żadnym obiektem dla wędkarza sportu wędkarskiego. Nie podaje się w nich powodu dla takiego twierdzenia. Lecz można go bardzo łatwo znaleźć: większość wędkarzy właśnie nie złowiła żadnego węgorza. Gdyby tak było, to wiedzieliby, że jest to jedna z najzabawniejszych afer, kiedy poczuli silnego węgorza na swojej wędce. Wędkarze gruntowi z pewnością już kiedyś mieli węgorza na haczyku bez wiedzy o takim zdarzeniu. W takim przypadku sznur “stoi” sztywno w wodzie i nie daje się poruszyć, a wędkarzowi świta myśl, że jego przynęta przyhaczyła się gdzie bądź na dnie rzeki. O tak, z pewnością zahaczyła się… w pysku dużego węgorza, który właśnie tylko łeb wysunął z piaszczystego gruntu.

Kto wówczas nie zna tego fortelu, jakim można węgorza zmusić do opuszczenia swojej stałej kryjówki, ten z pewnością nigdy nie będzie się mógł poszczycić jego zdobyciem. Chciałbym w tym miejscu zdradzić pewien mały fortel: tak mocno naprężyć sznur, na ile na to pozwala sprzęt, następnie grzbietem sporego scyzoryka lub niezbyt lekką laską spacerową, jeśli się taką ma właśnie pod ręką, kilkoma energicznymi razami uderzyć w wędzisko. Wstrząsy te przenoszą się poprzez wędzisko i sznur aż do haczyka, powodując to, że węgorz początkowo rezygnuje z oporu. Prędkości i energii jego ruchów prawie że nie da się porównać z tymi innej ryby. Dlatego zaśmiałem się w duchu, kiedy podczas przeglądania materiału w ogóle nie znalazłem w nim niczego o nim jako o dobrej rybie wędkarskiej. Dla mnie jednak jest warunkiem, że wszelkie sznury i tzw. pupy, które stawiane są na noc, nie są zaliczane do wędkarstwa i tak zwanego kunsztu łowienia ryb na wędkę. Przynależą one zatem do działu rybactwa. To właśnie chciałbym w tym miejscu wypomnieć tym autorom podręczników, którzy niefrasobliwie wyliczają wszystkie te metody, którymi kłusownicy obok niewinnego wędkowania uprawiają jeszcze mało etyczne łowienie ryb drapieżnych. A są to metody np. na samołówki i pupy, które są w rzeczy samej uprawnione dla rybaków zawodowych, lecz nie dla prawdziwego wędkarza etycznego.
Kto chce zasłużyć sobie na takie miano, ten moim zdaniem powinien osobiście ręcznie posługiwać się swoim sprzętem. Właśnie przy łowieniu węgorza zróżnicowanie takie zasługuje szczególnie na wyróżnienie, gdyż zbieranie sznurów węgorzowych i pup oraz samołówek, na którym to sprzęcie godzinami wiszą zwierzęta wyczerpane długą walką o przetrwanie, które normalnie można samemu bez podbieraka wygodnie przenieść do łodzi, to właśnie jest żaden kunszt! Natomiast rzeczywistym kunsztem jest doprowadzenie węgorza do brania podczas dnia i na niezbyt mocnej wędce wyholowanie go. W Berlinie żyje pewna rzesza wędkarzy, którzy uprawiają łowienie węgorzy z nawet dobrym skutkiem. Niektórzy z nich łączą to, co użyteczne, z tym, co przyjemne, w ten sposób, że już w sobotę wieczorem jadą nad wodę i jeżeli jest to w jakikolwiek sposób możliwe, w sposób zabroniony zakładają sznury, pupy i samołówki. Między nimi jest oczywiście pewna liczba etycznych wędkarzy, którzy w ciągu dnia niekiedy łowią 8 czy 10 węgorzy. Większość z nich uprawia łowienie za pomocą stacjonarnej wędki gruntowej, której części muszą być solidnie i mocno ze sobą połączone. Jako przynętę stosują duże rosówki, małe rybki i szyjki raków.
Pewien starszy praktyk, co do jego wiarygodności nie mam powodu wątpić, opowiadał kiedyś, że dawniej na raki pustelniki, które teraz, co prawda, już z trudem można kupić, uzyskiwał wcale pokaźne wyniki. Najbardziej korzystną porą do łowienia węgorzy jest wilgotna, ciepła, parna pogoda przedburzowa; bierze on także podczas innych dni, lecz trzeba wiedzieć, gdzie są jego ulubione miejsca przebywania. Takie miejsca to stanowiska gęstej roślinności wodnej, który on także podczas dnia przeszukuje za żywym robactwem.
Przy braniu spławik drży, małymi pociągnięciami znika w wodzie. Branie jest tak charakterystyczne, że nie można go pomylić z żadnym innym. Dobrym sposobem na węgorza jest ten, praktykowany w północno-zachodnich Niemczech z dobrym wynikiem, polegający na nawleczeniu kilku rosówek na mocną nić wełnianą. Następnie należy ją związać w pęczek, do którego przywiązany jest sznur połowowy. Samo łowienie polega na zatapianiu tego pęczka z brzegu lub łodzi, na wędzisku lub z wolnej ręki, i następnie po pewnym czasie na ostrożnym i bez jakichkolwiek szarpnięć wyciągnięciu go z wody. Według wiarygodnych informacji – ja sam do chwili obecnej nie wypróbowałem tego sposobu – miano niekiedy wyjąć jednocześnie 2 do 3 węgorzy, a czasem i więcej. Zaczepiają się one swoimi zębami w kłębku rosówek i zręcznym wymachem można je przetransportować do łodzi. Połów jest przeważnie wykonywany nocą. Max von dem Borne kończy swój opis z następującą uwagą: “W okresie, kiedy węgorze udają się na wędrówkę, sposób ten jest bardzo zgodny z zamiarem i często daje bogaty połów”. W ten sposób potwierdza on moje zdanie, podane w innym miejscu, że także węgorze gotowe do tarła, podążające do morza, nie gardzą pokarmem, jak twierdzi się z innej strony.
Wraz z kilkoma modyfikacjami można to, co na temat węgorza wyżej powiedziano, także przenieść na suma. Jednakże w porównaniu do węgorza, tę rybę można jednak nieco łatwiej zdobyć w ciągu dnia, kiedy zna się jej stanowisko w wodzie. Mnie samemu w latach młodości zdarzyła się mała przygoda, której zawdzięczam interesujące obserwacje. Miałem wówczas możliwość mieszkania tuż przy bogatym w rybostan jeziorze, a do kilku innych mogłem dotrzeć po parominutowej wędrówce. Jednakże od czasu do czasu, wraz ze starszym kolegą, podjąłem wędrówkę do rzeki odległej około pół mili, by tam pod instruktażem mojego przyjaciela, który wyrósł nad dużą rzeką i całkiem dobrze znał się na wędkowaniu na płynącej wodzie, nauczyć się także tego kunsztu. Pewnego dnia odwiedziłem moje ulubione stanowisko wędkarskie: znajdowało się ono na zakręcie rzeki, na którym woda kręciła się powolnym zawirowaniem. Pień starej wierzby wychylał się skosem na około 2 metry nad powierzchnię wody.
Tam właśnie sobie siedziałem i z uciechą krótką wędką moczyłem swoje robaczki z nadzieją na jakąś białą rybę, których sporo baraszkowało w pobliżu mojego spławika. Woda była wyjątkowo czysta tak, że widać było nawet grunt. Jednakże jeden ruch przy gruncie zwrócił moją uwagę. Przyjrzałem się dokładniej i zauważyłem obrysy dużej ryby, która z półotwartą paszczą spoczywała bez ruchu. Był to potężny sum, który swoimi rybimi wąsami wykonywał śmieszne ruchy, jakby się nimi bawił. Wpadłem na pomysł, aby moją lekką wędkę obciążyć kilkoma śrucinami ołowiu, a na haczyk założyć żywego robaka. Kilka razy przeprowadzałem moją przynętę przed paszczą raz w jedną, raz w drugą stronę, jednak nie zareagował na moje drażnienia. Lecz za moim opadającym robakiem podążała mała wścibska rybka. W tym samym momencie sum zrobił ruch, by ją pochwycić. Czy udało się mu ją złapać, tego nie wiem, lecz mój haczyk siedział w jego paszczy. W następnej chwili mój skręcany z 6 włosów koński sznur pękł jak szkło. Obłok wzbitego mułu i czegoś tam jeszcze oraz dużych pęcherzy powietrza wzbiły się w tym miejscu do lustra wody. Po tym był już koniec tej historii. Był to jedyny raz, kiedy dane mi było to szczęście zobaczyć tę potężną rybę naszych wód śródlądowych na swobodzie. Gdybym wówczas dysponował mocniejszym sprzętem, to kto wie, czy udałoby mi się zdobyć tę rybę. Pomimo swojej wielkości, sądzę, nie byłoby rzeczą trudną ją zmęczyć w tym akurat miejscu.

Pewien dyrektor teatru z Berlina, którego eldorado wędkarskie opisałem w innym miejscu, swojego pierwszego suma o wadze 40 funtów, którego głowę w spirytusie jeszcze dzisiaj przechowuje, złowił w sposób następujący: W nocy na jego założoną pupę-samołówkę złowił się węgorz. Węgorz ten z kolei został pochwycony przez suma, i tak się musiał wywijać w jego paszczy, że udało mu się wyślizgnąć przez skrzela i następnie owinąć swojemu dużemu wrogowi wokół jego łba sznur, na który się złapał. O świcie mój dyrektor pozbierał pupy i przy tym odkrył tę z podwójną zdobyczą. Obydwa stworzenia musiały być z pewnością bardzo wyczerpane, gdyż ciężki sum dał się wlec na stosunkowo cienkim sznurze konopnym za łodzią aż do brzegu, gdzie za pomocą chętnego pomocnika, dyrektor wyciągnął go na brzeg. Łatwo można sobie wyobrazić podekscytowanie szczęśliwego łowcy. Małe sumy tak do 6 i 8 funtów nierzadko łowi się na rzekach, gdzie postawiono wędki na brzany lub inne ryby. W wodach stojących najczęściej przypadkowo udaje się złowić suma, gdyż trudno jest ustalić tam jego stanowisko. Istnieją jednak wody, gdzie sum występuje nawet w dużych ilościach. Najczęściej są to małe jeziora z miękkim gruntem, w których naturalne przeszkody, jak obumarłe pnie drzew i temu podobne, zastosowanie sieci czyni niemożliwym. Takie jezioro i swoje przygody na nim opisał sam pan Adolf Gutmann, jeden z założycieli Niemieckiego Związki Wędkarzy w czasopiśmie pod tytułem “Gazeta Wędkarzy”. Za jego zgodą pragnę w tym miejscu zrelacjonować krótką, lecz ciekawą historię:
“Pewnego dnia płynąłem sobie różnymi kursami po wielkim jeziorze Köthener See i to ze zmiennym szczęściem. Drobiazgu było dosyć, płocie, leszcze i okonie od czasu do czasu, a nawet także węgorze i szczupaki, oraz nie brakowało funtowych karpi, lecz wszystko to było za mało, aby zaspokoić moje żądze czynu. I wówczas mój przyjaciel Gärisch sprawił mi nadzwyczajną frajdę. Do jego terenów dzierżawionych należało także jezioro Schibingsee, mały kawałek wody o powierzchni około 75 morgów. Idyllicznie piękne, nieco podobne do jeziora Ukleysee przy miejscowości Eutin, leżące w środku lasu, otoczone gęsto zarośniętymi zboczami okazałych gór, głęboko w kotlinie, tak głębokie, że nawet przy złej pogodzie jego wody tylko lekko się marszczyły. Samo jezioro jest trudne do obłowienia sieciami, gdyż jego brzegi są bardzo urwiste i strome, a do tego w wodzie leży sobie sporo powalonych drzew.
Niezależnie od tego, jezioro to jest znacznie oddalone od gospodarstwa, a przewiezienie sporej ilości sprzętu rybackiego nadaje się do transportu nie inaczej, jak zimą przy śniegu i lodzie na sankach. Za to wówczas połowy były zawsze doskonałe, lecz okazja taka zdarzała się nie rokrocznie. Wszystkie sprawy związane z jazdą nad jezioro Schibin przygotował pan Gärisch: dwa gniadosze przed wozem drabiniastym, z załadowaną łodzią, cebrem z kilkoma setkami małych żywczyków, drągami pychowymi, wędkami i pupami węgorzowymi, i o świcie nastąpił wymarsz. Przybywszy nad jezioro stwierdzono, że zarośnięte roślinnością wodną miejsce zdawało się nam obiecującym, po jego środku zacumowaliśmy łódź i czekaliśmy na to, co mogłoby się zdarzyć.
Nie musieliśmy długo czekać. Po około 5 minutach wyholowałem 6-cio funtowego suma. Lecz także na wędce Gärischa działo się coś ekscytującego! Po raz pierwszy miał wędkę w ręku, a niezliczone cetnary miał już w sieci i na sznurach węgorzowych, zaś od wędkowania nie spodziewał się żadnej frajdy.
A teraz, kiedy po raz pierwszy spróbował, zdarzył się jemu taki olbrzymi sukces! Potężny sum wziął jego przynętę i walczył z kolosalnym naporem aby uwolnić się od wrogiej siły. Lecz tato Gärisch trzymał go mocno na sznurze i dał świadectwo mężczyzny! A trwał on w pełnym zrozumieniu tego słowa tak, że byłem pełen strachu i obawy. Wyprostowany w łodzi z szeroko wyprostowanymi ramionami trzymał żelaznym chwytem wędkę, a ja obawiałem się tej chwili, kiedy musiałaby nastąpić wywrotka naszej wąskiej łodzi. Ze wszystkich porów jego ciała wystąpił zimny pot, nawiasem mówiąc mnie także, a jego twarz stała się czerwona jak rak. Jednoczęściowe wędzisko bambusowe gięło się niczym łuk, raz w lewo, raz w prawo i wszystkim tym wychyleniom Gärisch swoimi cetnarami ciężaru ciała usiłował się przeciwstawiać. Wznoszące się z gruntu pęcherze błotne wskazywały na to, że mamy do czynienia z bardzo dużym ciężarem, który oszacowaliśmy na 50 – 60 funtów. Na taką okoliczność nie był jednak nasz sprzęt wędkarski dostosowany, a niestety zabrakło w nim kołowrotka, i nie pozostało nam nic innego, co było jedyną rozsądną rzeczą, zwolnilić wędzisko z rybą i poszła, niczym strzała, jak wiatr! W oka mgnieniu zwolniliśmy łódź i dalejże za rybą! Nie działo się to jednak tak szybko, gdyż zdarzyło się nam, że zapakowaliśmy wszystko, lecz zapomnieliśmy niestety zabrać ze sobą wiosła. Deska do siedzenia musiała je zastąpić, i tato Gärisch, jako stary wysłużony marynarz, nie dał się zaskoczyć, cały czas za tą rybą, wzdłuż i wszerz, raz w lewo, raz w prawo, była to pogoń na życie i śmierć, lecz ryba zawsze była szybsza od nas.

Tak po pół godzinie zobaczyliśmy nieruchome wędzisko, jakby przywiązane, lecz jego silne ruchy wahadłowe wskazywały, że ryba jeszcze wciąż jest na haku. Nagle jednak wędzisko uspokoiło się na wodzie, szybko pochwyciliśmy je i ja byłem pełen obaw, że dało się tak łatwo i bez oporu podnieść. Jakżesz byłem zezłoszczony i rozgniewany! Na wędce nic nie siedziało, sznur był pośrodku rozerwany, zaplątał się w gałęziach olbrzymiego zatopionego drzewa, i “mistrz sum” szarpnął i szczęśliwy znalazł się na wolności. Jak mówi stare wojenne przysłowie “Tu płakali wszyscy grenadierzy”, i trwało to długo, bardzo długo, zanim ochłonęliśmy z szoku, wzburzenia i złości! Tata Gärisch sam był już niezdolny do dalszego wędkowania w tym dniu, tak bardzo przejął się tą sprawą. Smutny udał się w drogę powrotną do domu i wraz z posiłkiem obiadowym przesłał mi brakujące wiosło. Lecz mimo tego dalej był zauroczony tym jeziorem zwanym Schibing. Wieczorem odebrał mnie furmanką i bardzo był zdumiony moją zdobyczą, tylko ciężkie brały mi szczupaki takie do 6 funtów i sumy takie o wadze do 14 funtów. W jednej jedynej godzinie miałem 10 poważnych brań. Lecz na tego rodzaju ryby, nie byłem przygotowany, miałem porwane sznury a i wędziska się połamały, miałem tylko dwa urządzenia kołowrotkowe na których mogłem polegać, lecz zawsze te najcięższe sztuki brały na najsłabsze wędki, i niejeden raz stroiły sobie ze mnie żarty!
Dzień po dniu byliśmy nad jeziorem Schibing. Także sznury węgorzowe okazały się o wiele za słabe, prawie bez wyjątku znajdowaliśmy je porwane. Na największe węgorze jeziora Käthner See były wystarczające, lecz na jeziorze Schibing były tylko sznurowadełkami. Gdybym był choć przygotowany i miał dostateczny wybór materiału, to jestem przekonany, że w przypadku okolic Berlina ustanowiłbym w przeciągu 14 dni nieosiągalny tam rekord połowowy. Co by nie było, byłem zadowolony ze zdobycia 10 sumów o wadze 2 do 14 funtów, i wielu szczupaków do 6 funtów. Ponieważ łowiłem wyłącznie spinningiem lub na żywca, łowiłem tylko ryby drapieżne”.
Takie szczęście wędkarskie bardzo rzadko dane jest człowiekowi. Te przeżycia nie zostały przecież opisane jako blaga wędkarska, która przecież w niczym nie ustępuje fanfaronadzie myśliwskiej. Ja sam wędkuję już nie jeden rok z moim przyjacielem Gärischem i z jego ust sam usłyszałem potwierdzenie opisanych przeżyć.
Żyją także wędkarze, którzy polują na suma trolingiem przydennym. Do tego wędkowania potrzebna jest mocna linka konopna, mocny przypon z drutu i specjalnie duża błystka łyżkowa wielkości dłoni, uzbrojona w dwa duże haki. Linka musi być obciążona ciężką oliwką ołowianą, aby błystka była wleczona tuż nad dnem wody. Łódź nie może płynąć zbyt szybko, gdyż sum jest stosunkowo ociężałym stworzeniem, które jest zbyt leniwe na długą pogoń za przynętą. Kiedy nastąpi branie należy równomiernie skręcać linkę a kiedy ryba się broni, to należy ją popuszczać tylko z pewnym oporem. Należy unikać wszelkich pospiesznych reakcji, gdyż siła dużego suma jest niewiarygodna. Do wyjmowania ryby z wody należy mieć pod ręką mocny hak lądowniczy, lub lepiej, dobry oścień szczupakowy. Chciałbym jednak przestrzec przed tym, co jako dobrą radę podaje dosyć popularna książka wędkarska, by ogłuszać suma przez uderzenie wiosłem w jego łeb. Już pierwsze uderzenie spowodowałoby nieoczekiwany skutek. Mając rybę w łodzi najlepiej uśmiercać ją szybko za pomocą strzału z broni palnej w głowę, stawiając kres męczarni ryby.

OKOŃ, SANDACZ, SZCZUPAK
Te trzy ryby drapieżne zebrałem pod jednym tytułem, gdyż rzeczywiście są bardzo ze sobą spokrewnione i po części łowione są tym samym sprzętem i tymi samymi sposobami.
Okoń jest ulubioną rybą wszystkich wędkarzy. Jest odważnym śmiałkiem, który z niewiarygodną żarłocznością rzuca się na przynętę i tak szybko ją połyka, że sam bez ingerencji wędkarza łapie się na haczyku. Mniejsze sztuki zdobywa się tam, gdzie oczywiście przebywają, na robaka bez specjalnego wysiłku.
Pewnego dnia płynąłem lekką łodzią wędkarską wzdłuż brzegów jeziora Beldahnsee. Była wczesna wiosna, woda była jeszcze wysoka i częściowo zalała niski brzeg jeziora. W pewnym miejscu, pomiędzy częściowo zalanymi krzakami wiklinowymi, przy przepływaniu zauważyłem sporą ilość pływających tam ryb. Natychmiast zatrzymałem łódź i pozwoliłem jej powoli spływać w poprzek w kierunku tych dwóch krzaków. Zamocowanie nie było potrzebne, ponieważ napór fal pchał łódź w kierunku brzegu. Na przestrzeni około 3 m2 pływały sobie prawie bez ruchu setki okonków wielkich jak dłoń, tuż obok siebie, tak na głębokości około półtora stopy. Miałem przy sobie trzyczęściową wędkę rzutową. Do szczytówki przywiązałem bardzo krótki sznur z haczykiem średniej wielkości, założyłem na nim średniej wielkości wijącego się robaka i ten prosty sprzęt powiesiłem po prostu do wody. W tej samej chwili na robaka rzucił się okoń a już w następnej sekundzie leżał w łodzi. I w taki oto sposób, w niewiarygodnie krótkim czasie, złowiłem ponad setkę okoni, z których każdy był dokładnie tak długi jak pozostałe. Ryba ta posiada mianowicie tę cechę, że różne klasy wiekowe bardzo ściśle się od siebie odgradzają. Jeżeli jednak złowi się wśród tych większych okoni jednego mniejszego, to można być pewnym, że jest w tym samym wieku jak pozostałe a tylko zdarzyło mu się niedorosnąć.
Okonia można łatwo złowić o każdej porze dnia i roku; jedynie silny wiatr z północy i ze wschodu zdają się zmniejszać ich apetyt, lecz nie jest to zupełnie stała reguła. W niektórych dniach można go znaleźć i także złowić przy brzegu nawietrznym, stosując małe karaski za przynętę. Wypływając na okonie zawsze mam pod ręką duży zbiornik z wodą pełen tych małych żywczyków, z których najmniejszy mierzy sobie około 3 – 4 cm. Okoń bierze najlepiej wczesnym rankiem i w późnych godzinach wieczornych, kiedy większe ryby głośno baraszkując gonią za małymi rybkami. Znam jeziora, na których regularnie pod wieczór zaczyna się wielki rejwach, zarówno przy brzegu jak też pośrodku wody mały białoryb ławicami, dalekimi susami wyskakuje do przodu z powierzchni wody. Niektóre uciekają dalekimi susami do przodu, gdyż za nimi jest okoń, który z zapartą wytrwałością potrafi swoją zdobycz prześladować nawet 40 do 50 metrów. Duży okoń broni się odważnie na wędce i z tego powodu dobrze jest kiedy dobrany sprzęt nie jest za słaby.

SANDACZ
Kiedy czytam tę nazwę, zawsze przypominam sobie małą zabawną historyjkę z książki Fritza Reutersa “Jedź do Konstantynopola”, jak to pewien dziedzic, niejaki Groterjan z Meklenburgii w zajeździe “Biały Rumak” w Wiedniu, przeczytał na karcie dań nazwę “Fogosch”, co po węgiersku znaczy sandacz, i za radą swojej małżonki kazał sobie podać to danie narodowe. I kiedy zobaczył tę rybę na talerzu przed sobą, zauważył, że ma przed sobą swojego “starego” poczciwego “Sanat’a” (nazwa regionalna), którego bardzo dobrze zna z Meklemburgii. Zarówno “Fogas” jak też “Sanat” są to nazwy sandacza, który poza tym na południu Niemiec nazwany jest “Schill”. Najbardziej poprawne oznaczenie “Okonioszczupak”, które oznacza jego pozycję pomiędzy tymi dwoma pokrewnymi rodzajami, można teraz znaleźć jedynie w podręcznikach.
Sandacz jest rybą żyjącą na dużych obszarach globu ziemskiego. Żyje nie tylko w dużych rzekach, lecz także w głębokich jeziorach lądowych o stosunkowo przeźroczystej wodzie. Brakuje go jednak w całej Europie Zachodniej a także w rzece Ren i Weser. Czy uszczęśliwił rzekę Weser swoją obecnością, nie jest mi wiadomym; lecz w rzece Rhein udało się Niemieckiemu Związkowi Wędkarzy stworzenie całkiem znacznego zasobu tych ryb, którego obecność została przyjemnie zauważona nie tylko przez rybaków zawodowych, lecz także przez wędkarzy. Już w tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że wędkowanie na sandacza w dużych niezamąconych jeziorach śródlądowych jest z pewnością wyzwaniem dla wysokich umiejętności wędkarzy, wymaga kunsztu łowienia. Nie znam żadnej innej ryby, która byłaby tak wybredna w stosunku do przynęty i tak nieufna jak sandacz. Podczas gdy inne “łuskowate” (Schuppenträger – w języku niemieckim felietono
