środa, 12 sierpnia, 2026
Strona głównaHistoriaRYBY SPOKOJNEGO ŻERU

RYBY SPOKOJNEGO ŻERU

Do połowu małego białorybia wędzisko musi być bardzo lekkiej konstrukcji. Samo wędzisko, które może być długie na około 2 – 3 metrów, musi bardzo dobrze sprężynować. Zamiast sznura jedwabnego…

Żyje sobie sporo ludzi, i to nad jeziorami, którzy mają frajdę łowienia małych ryb spokojnego żeru na wędkę, i to płotek, karpi i wzdręg. Ta beztroska przyjemność stanowi z pewnością najniższy stopień wędkarstwa, gdyż nie stawia wysokich wymagań do zdecydowania i zręczności człowieka. Pomimo tego jest przecież też kunsztem choć małym: w zależności od pory roku należy dobierać przynętę i w dniach, w których ryby nie wykazują właściwie żadnego apetytu, należy zmieniać ją, aż do znalezienia tej właściwej. I tak zdarza się, że nawet przynęta uniwersalna jaką jest dżdżownica, nie znajduje uznania u ryb. Małe rybki, które natychmiast zjawiają się ze wszystkich stron dotykają robaka pyszczkami, czyniąc wrażenie, że chciałyby ją przegonić, lecz o ugryzieniu jej żadna nie “myśli”.

Ja tłumaczę sobie to zachowanie w ten sposób, że ryby w tym właśnie dniu dostają od przyrody obfitość pożądanego pokarmu, który jest im bardzo smakowity i którego szczególnie pożądają. W takim dniu należy zatem rozejrzeć się czy na krzakach przy brzegu lub na trzcinach nie siedzą przypadkowo małe chrząszcze lub czy nie latają sobie w powietrzu nad lustrem wody. W większości przypadków udaje się znaleźć przynętę tak szukaną przez ryby. Na inne dnie zatwardziały wędkarz bierze najchętniej ciągliwe ciasto, które wczesnym rankiem może sobie załatwić u znajomego piekarza i przez wgniecenie cukru i olejku anyżowego może spróbować trafić w apetyty ryb. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich aromatów rybnych, nawet gdyby pochodziły od cyganów lub sprytnych fabrykantów, lecz zdecydowanie polecam dodanie do ciasta olejku anyżowego.

Do połowu małego białorybia wędzisko musi być bardzo lekkiej konstrukcji. Samo wędzisko, które może być długie na około 2 – 3 metrów, musi bardzo dobrze sprężynować. Zamiast sznura jedwabnego lepiej stosować taki z klockowanego włosia końskiego, gdyż moim zdaniem szarpnięcie przy zacięciu jest szybciej przekazywane a przy nierozważnym ciągnięciu lub rzucie, ten nie zaplątuje się tak szybko, jak sznur jedwabny. Spławiczek musi być możliwie na tyle mały i lekki, aby był w stanie udźwignąć cienki przypon i maleńki haczyk z przynętą.

Z wymienionych trzech rodzajów ryb najlepiej bierze wzdręga. Formalnie rzuca się na haczyk i bez zatrzymania chwyta przynętę uciekając z nią szybko. Płotka jest już bardziej ostrożna. Bardzo małe egzemplarze chętnie obskubują przynętę i próbują ją ściągnąć z haczyka tak, jakby przeczuwały grożące im niebezpieczeństwo. Większe płocie biorą dobrze i chwytają zdecydowanie mocno, powodując nagłe zatopienie spławika. Najgorsze są te małe krąpie, dla brań których Mazurzy z Prus Wschodnich znaleźli stosowne określenie: “robaczkowanie”, to znaczy, że pływak wpada w drżąco-podrygujący ruch, z którego nie można wywnioskować, czy nadszedł już czas zacięcia ryby.

Kiedy wzdręga jest wielkości dłoni lub większa, to najczęściej bierze krótko i energicznie tak, że z zacięciem należy się spieszyć. Te całkiem duże wzdręgi, które przez większość wędkarzy z dużym upodobaniem zwane są małymi leszczami i są chętnie spożywane, po pochwyceniu przynęty wznoszą się z nią z dna, co zawsze powoduje wyłożenie się pływaka. Zazwyczaj lepiej jest jednak wędkować ze spławiczkiem bez obciążenia ołowiem, pomimo że z obciążeniem branie jest lepiej zasygnalizowane początkującemu wędkarzowi.

Leszcze i karpie
Dobre wędkowanie sprawiają karpie i leszcze, które to ryby mogę razem omawiać, gdyż w większości przypadków zachowują się prawie identycznie. Tam, gdzie karp znajduje się w połowie w niewoli, w stawach lub rowach miejskich, jak np. we Wrocławiu gdzie jest śmiałym stworzeniem, które wypływa natychmiast do powierzchni wody, kiedy zauważy w pobliżu człowieka, którego nauczył się rozpoznawać jako jego dobroczyńcę a nie wroga. Łapczywie chwytają rzucone im kawałki białego chleba i w mgnieniu oka przypływa cała ławica towarzyszy, którzy szybkimi ruchami płetwy ogonowej robią wiele zamieszania na powierzchni wody.

Zupełnie inaczej zachowuje się karp na swobodzie. Tam jest on płochliwą i ostrożną rybą, która rozpoznaje grożące jej niebezpieczeństwa i nawet potrafi unikać sieci rybaka. Sam widziałem kiedy z zaciągu niewodu, tuż przy brzegu, pojedyncze karpie przeskakiwały górną linę sieci. Zdarzało się, że niektóre skokiem powietrznym pomiędzy rybakami i łodzią lądowały tuż przy brzegu. Skok taki mógł osiągnąć wysokość co najmniej 1 metra i długość do 5 metrów. Zanim zaobserwowałem to małe zdarzenie, uważałem karpie za niezdarne i ociężałe ryby, i gdybym własnymi oczami nie widział jego energii i skoku powietrznego, to jeszcze do dnia dzisiejszego nie spodziewałbym się po nim tych umiejętności.

Leszcz jest również tak płochliwy jak karp. I dlatego już tutaj daję każdemu wędkarzowi, który zamierza łowić oba te gatunki ryb, taką radę, by unikał każdego niepotrzebnego hałasu, jeżeli zamierza osiągnąć sukces przy ich łowieniu. Klekotanie źle ułożonego wiosła, uderzenie wędziska o burtę łodzi wystarczą już, aby spłoszyć te ryby. Z tego powodu lepiej jest samemu łowić z łodzi lub najwyżej zabierać ze sobą wypróbowanego kolegę, na którego zręczności i spokoju można zawsze polegać.

Leszcz podczas całego lata płynie w niedużych ławicach wzdłuż przybrzeżnej krawędzi stoku, w zmiennych kierunkach, szukając tam na dnie swego pożywienia. Przy tym pomocne jest mu jego charakterystyczne ułożenie otworu gębowego, który za pomocą kilku fałd poprzecznych jest w stanie wysunąć go do przodu i do dołu. Kto potrafi obserwować nierzadko będzie mógł stwierdzić obecność leszczy i karpi poprzez wypływanie do powierzchni wody dużych pęcherzy powietrznych. Przy zupełnie spokojnej i przeźroczystej wodzie można zauważyć jego obecność także po tym, że w tym miejscu woda zaczyna mętnieć i zaczynają wypływać małe oderwane listki roślin wodnych.

Dobrze wiedzieć, kiedy wyśledzi się takie pojedyncze miejsca, które stosunkowo regularnie karpie mają w zwyczaju odwiedzać. Takie miejsce do wędkowania można sobie przygotować! Najwygodniej jest to na rzece, kiedy łowić można z brzegu. Na jeziorze do tego celu trzeba dysponować łodzią, którą należy zamocować w tym miejscu, w którym zamierza się wędkować. Można to zrobić za pomocą kotwicy, którą najlepiej wykonać z kamienia o wadze około 30, 40 funtów owiniętego odpowiednim sznurem, lub z drąga wwierconego w dno. Przybywając na łowisko i mocując łódź w podany sposób, z pewnością na próżno oczekiwać się będzie na branie, gdyż leszcze i karpie przy pierwszym ruchu w popłochu odpłyną. Z tego powodu należy wcześniej osadzić drągi w dnie, w odległości około 4 – 5 metrów od miejsca zanęcania leszczy.

Żyjąc na wsi lub przebywając kilka tygodni w miejscu wędkowania, opłaca się wykonanie kilku stanowisk dla wędkowania z łodzi. Dla powodzenia celowym jest najpierw przyzwyczajenie ryb do przebywania w tych miejscach. Do tego służy zanęta gruntowa wyrzucana hojną ręką. Rzeczony v.d. Borne wymaga do tego celu nawet 1500 rosówek, które należy wyrzucić na 20 godzin przed wędkowaniem. Byłoby to sporą rozrzutnością i to dla ludzi, którzy za przynętę musieliby zapłacić sporo pieniędzy. Cel ten można osiągnąć o wiele taniej i lepiej poprzez inne rzeczy. Należy wziąć grudę gliny i zgnieść ją z kilkoma funtami ziemniaków i gotowanym grochem, i tak przygotowaną zanętę kawałkami rozrzucić w miejscu wędkowania; także kawałki ciasta, nasycone pewną dawką olejku anyżowego, będą dobrze spełniały swoją rolę. Podczas wędkowania można od czasu do czasu wyrzucać pocięte robaki.

Chciałbym bardzo polecić pewną metodę, którą sam wypróbowałem, polegającą na tym, że siatkę o dużych okach napełnioną opisaną wyżej zanętą lub tylko ziemniakami należy zawiesić w wodzie tuż nad dnem. W wodzie stojącej wystarczy tylko sznurek, na którym wisi taka siatka utrzymywana w toni za pomocą pływaka o dużej wyporności, na przykład z kawałka stosownej kory. Na rzekach do tego celu należy wziąć odpowiednio mocny drąg wbity w brzeg, wystający odpowiednio daleko nad wodę. W ten sposób można na łowisku przytrzymać na kilka godzin leszcze, jak też karpie. Wywieszona zanęta drażni żarłoczność i jednocześnie stwarza rybie tyle utrudnień, że tylko z trudem jest w stanie wybrać sobie kilka kęsów z oczek siatki. Poprzez zachowanie się pływaka można natychmiast rozpoznać obecność ryb na łowisku. Zakładając pod wieczór miejsce wędkowania i wykładając zanętę, już następnego ranka można być prawie pewnym, że zjawią się leszcze.

Należy stosować szczególną staranność do konstrukcji wędki, ponieważ ołów, stawia opór biorącej rybie, ale wędka musi być mocna, aby stwaić napór rybie i jeszcze go wytrzymać. Z tego powodu w wielu podręcznikach poleca się stosowanie wędziska z przelotkami i kołowrotkiem. Także dla tego rodzaju wędkowania ma ono pewne zalety. Ja osobiście nie wypróbowałem jeszcze takiej wędki, a jak dotychczas zawsze wystarczała mi wędka ze sznurem zamocowanym na stałe. Wędzisko o długości około 5 metrów musi być jednak sztywne i dobrze sprężynować. Sam sznur powinien być nawinięty już na dolnej trzeciej części wędziska i następnie w miarę ścisłymi zwojami poprowadzony do szczytu, gdzie należy go zamocować podwójnym węzłem. Jest to środek ostrożności, aby nie stracić ryby, kiedy na skutek gwałtownego ruchu miałoby się złamać wędzisko. Sznur musi być najlepszy jedwabny o dużej wytrzymałości, a na przypon należy wiązać pojedynczą, lecz mocną żyłkę jedwabnikową oraz haczyk o średnicy łuku kolanka 12 – 15 mm.

Większość wędkarzy stosuje długi spławik, taki o długości 25 – 30 cm, co nie jest nawet wyjątkiem. Ja osobiście uważam pływaka o tej wielkości co najmniej za coś zbędnego, a nawet za bezpośrednią przeszkodę na drodze do skutecznego sukcesu, gdyż taki spławik, jako sztywna masa, przerywa zatapianie sznura i spowalnia szybkość zacinania. Ja stosuję mały pływak o kształcie gruszki i długości około 10 cm, który jest na tyle wystarczający, by utrzymać haczyk z przynętą płynący nad gruntem wody.

Większość podręczników podaje przepis, aby przynęta na leszcze i karpie musiała leżeć na gruncie. Nie jest to jednak nieodzowna konieczność. Duży leszcz ze swoim ryjkowatym wysuwalnym otworem gębowym jednakże pobiera przynętę z dna równie łatwo jak też chętnie, natomiast karp musi w tym celu ustawiać się głową pionowo do dołu, co jednak czyni dobrze bez większych trudności. Lecz lepiej by było, aby rybie tę sprawę uczynić łatwiejszą, zawieszając przynętę na wysokości 1 do 2 cali nad gruntem. Nie należy jednak przed rozpoczęciem wędkowania przystąpić do pomiaru głębokości za pomocą gruntomierza, należy to czynić w przeddzień wędkowania podczas zanęcania, zanim przystąpi się do wędkowania. Kto nie jest bardzo dużym mistrzem tego kunsztu, ten powinien unikać zarzucania więcej jak dwie wędki, gdyż przy dobrym szczęściu jednoczesne branie na większej ilości wędek jest tylko wielkim kłopotem. Jest to wówczas często nie tylko strata okazałej ryby, lecz także powodem podejrzliwości jej towarzyszek i odpłynięciem ich do spokojnego miejsca.

Można łowić z łodzi, lecz należy z największą ostrożnością przemieszczać się do łowiska. Latem mam w zwyczaju siedzieć w łódce na bosaka bez pończoch i butów, a jest to ponadto zabieg bardzo polecany, choćby ze względów sanitarnych. Już w odległości 100 m od miejsca wędkowania należy starannie odłożyć wiosła w łodzi, tak położyć podbierak, aby nie mógł się przesuwać, lecz wygodnie leżał pod ręką. Wędki są zwinięte, a na haczyku jest nasadzony kawałek korka. Jest to drobna lecz bardzo ważna czynność, ponieważ sznury i haczyki mają niewytłumaczalną skłonność do zaczepiania się o byle co w łodzi, co często jest przyczyną licznych kłopotów.

Dobre jest także wykonanie małego rowka w dolnej części wędziska, w którym można zakleszczać na stałe sznur. Puszkę na robaki i pojemnik z ciastem lub grochem należy ustawiać na dnie łodzi, aby nie spadły być może z ławki i przez spowodowany tym hałas nie przegoniły ryby. Następnie należy wziąć do ręki lekkie wiosło pychowe i jego ruchem powoli popłynąć łodzią, bez uderzenia wiosłem o grunt, dopłynąć do miejsca wędkowania. Należy przy tym strzec się przed gwałtownym uderzeniem łodzi w drągi, gdyż już ten wstrząs z reguły wystarcza, aby przegonić płochą rybę z łowiska.

Kiedy łódź przybiła spokojnie, można wziąć do ręki wędkę, założyć przynętę i ją zarzucić! Kiedy wiatr jest umiarkowany i akurat nie wieje z przodu, to nie potrzeba wędziskiem ze sznurem niczym batem machać do przodu, i aby pływak z dużym pluskiem spadł na lustro wody. Bardzo łatwy i wart polecenia sposób zarzucania polega na tym, że należy sznur tuż nad przynętą uchwycić lewą ręką, wędzisko ustawić w kierunku na prawo, a poprzez lekkie podniesienie szczytówki wykonać energiczny wyrzut sznura do przodu. Spadnie on wówczas niczym tchnienie na wodę. Zachowując się w taki sposób, można z pewnością oczekiwać brania, kiedy ryby zjawią się na zanęconym łowisku. Jeżeli się tak nie stanie, to powstaje pytanie, czy należy siedzieć spokojnie lub szukać ryby w innym miejscu.

W takim przypadku zawsze wybierałem to ostatnie, gdyż z zasady przy wędkowaniu gruntowym uważam siedzenie w jednym miejscu za rzecz z- goła fałszywą. Tak jak myśliwy przy polowaniu z podchodu poszukuje swojej zwierzyny łownej, tak wędkarz musi szukać swojego szczęścia i próbować tego w kilku miejscach, i zdarza się niekiedy, że uśmiechnie się do niego. I tak przypominam sobie pewien dzień sprzed kilku laty, kiedy pojechałem łowić ryby na Mazurach. W tym dniu miałem zamiar znaleźć i złowić wielkie okonie, które zamierzałem skusić dużymi rosówkami lub małymi żywczykami. Na tej wyprawie towarzyszył mi mój ojciec. Podczas świtu żeglowaliśmy po jeziorze wschodzącemu słońcu naprzeciw. Lekki wiatr marszczył powierzchnię wody tak, że mogliśmy przygotować swoje wędki.

Celem naszym była górka na jeziorze oznakowana dwiema bojami dla kursujących tamtędy parowców. Około sto kroków przed nią ściągnąłem żagiel, owinąłem nim mały maszt i całość umieściłem na łodzi. Po kilku minutach zacumowaliśmy do jednej z boi, niepomyślnie wiejący wiatr spychał ją nieco tu i tam, lecz ten zły stan rzeczy musieliśmy niestety przyjąć pokornie, aby przez uderzenie w jeden z prętów boi nie spłoszyć ryb. Tuż po zarzuceniu pierwszej wędki pływak gwałtownie zniknął z powierzchni. Zaciąłem i już złowiłem okonia większego od ramienia, tak około 4 funtów ważącego.

Ojciec mój wnet po tym wyjął drugiego, trzeciego i czwartego. Po pół godzinie złowiliśmy ładną kupkę ryb, po czym zaproponowałem zmianę miejsca wędkowania. Ojciec mój patrzył na mnie zdumiony i przywołał w mojej pamięci stare przysłowie mazurskie, które brzmiało: “Kto rezygnuje z chleba, by szukać ciastek, ten zgubi chleb i nie znajdzie ciastek”. Zaśmiałem się i odpowiedziałem, że ten rodzaj okoni po dwóch godzinach, kiedy mielibyśmy nadaremnie ich szukać, ponownie w tym miejscu znajdziemy.

Tym stwierdzeniem ojciec mój się zadowolił. Ponownie postawiłem maszt i zaciągnąłem żagiel, aby popłynąć do małej nie zamieszkanej wyspy, która w lecie była zaludniona owcami i paroma krowami rolników. Na stronie południowej wyspy, tuż przy brzegu spada stromo stok ławicy przybrzeżnej. Nie można było wykluczyć, że tam właśnie znajdziemy duże okonie. Ostrożnie posuwałem łódź tuż przy brzegu przez rzadkie trzciny i kontrolowałem powierzchnię jeziora, gładką jak lustro. Tuż przede mną, w tym momencie podnosiły się duże bąble powietrza. Wyraźnie widziałem, że woda w tym miejscu była zmącona. Natychmiast zatrzymałem spław łodzi, której nie potrzebowaliśmy dalej zamocować. Szeptem powiedziałem ojcu, że moim zdaniem mamy przed sobą duże leszcze. Chciałbym tutaj nadmienić, że było to moje ulubione miejsce do wędkowania, które regularnie zanęcałem i w związku z czym zawsze mogłem liczyć tam na obecność ryb.

Z doświadczenia dokładnie znałem głębokość, nastawiliśmy pływaki i powoli zatopiliśmy wędki z uzbrojonym w robaka haczykiem. Nie trwało to długo, a już mieliśmy pierwsze branie. Spławik podniósł się z wody, położył się na bok i powoli zaczął odpływać. Mieliśmy rzeczywiście przed sobą leszcze i w czasie następnych 30 minut wyjęliśmy tuzin większych i mniejszych leszczy. Tuż po tym nagle zginęły, pomimo że pożarły całą zanętę w bardzo krótkim czasie. Po pewnym czasie ponownie podjęliśmy poszukiwanie, aby je ponownie zlokalizować, lecz daremnie. Za to w innym miejscu wyspy znaleźliśmy duże okonie – tak, że mój ojciec podczas jednego dnia został dwukrotnie przekonany o tym, że jednak udaje się czasem znaleźć te “ciastka”.

Kto nie ceni dostatecznie wysoko przyjemności spania, by raz kiedyś mógł ją poświęcić radosnemu wędkowaniu, temu można poradzić, by niekiedy wybrał się nocą na leszcze. Rybacy na niektórych rzekach twierdzą, że jest to jedyny racjonalny rodzaj i sposób na połowy tej płochliwej ryby. Wieczorem zanęcają obficie i we właściwym czasie wypływają na dane miejsce. Podczas jasnych letnich nocy wystarcza światło gwiazd lub księżyca. Lecz czyni się dobrze łowiąc tylko na najwyżej dwie wędki, trzymając w ręku każde z wędzisk z osobna, aby w ten sposób wyczuć uciąg biorącej ryby. Można bez obawy spłoszenia ryb posługiwać się latarką.

Stary kochany mój przyjaciel łowi leszcze przez całe lato, a z upodobaniem w nocy. Stworzył sobie do tego celu niedaleko Berlina, na małym jeziorku, prawdziwe eldorado do wędkowania. Przy sporym nakładzie kosztów zarybił tę małą wodę węgorzami i leszczami tak intensywnie, że nigdy nie wraca do domu bez sporej zdobyczy. Pośrodku jeziora jest głębia około 5 do 6 metrów, na której na grubych palach zbudował sobie mały budynek z bierwion, składający się z dwóch pomieszczeń. Wokół zbudował ganek z dwóch bali i zaopatrzył go balustradą o wysokości 1 m. Wszędzie rozmieścił uchwyty dla poziomego osadzania wędzisk.

Wokół chaty stale obficie zanęcał. Pod wieczór mój przyjaciel, jako szczęśliwy właściciel, wraz z jednym lub dwoma przyjaciółmi udaje się na miejsce, wykłada wędki i następnie to małe towarzystwo, przy przyjemnym świetle lampy, siada do gry w karty, nieustającego skata, którego przerywają od czasu do czasu, aby sprawdzić wędki. Niekiedy ryby tak dobrze biorą, że ze skata nici. Po północy gospodarz zwyczajowo własnoręcznie piecze sporą rybę, lub przygotowuje swój sławny gulasz węgorzowy, którego spłukują sporym łykiem dobrego piwa. Pod ranek wędkowanie kończy się i wesoło wracają wędkarze do pobliskiego miasta, aby złapać jeszcze kilka godzin spokojnego snu, aby się ponownie wzmocnić do codziennej pracy.

Jedną, zupełnie nie odmienną od tego rodzaju wędkowania metodę, poznałem w młodości u doświadczonego praktyka, który wówczas, na początku lat 70., był znany i sławny w całej okolicy z powodu swoich sukcesów wędkarskich. Był to stary emerytowany brat łata, który cały swój czas spędzał na jeziorze. Z lubością zasadzał się na leszcze, które bez zanęcania znajdował o każdym czasie. Pośrodku lata, kiedy słońce świeci z bezchmurnego nieba i przy tym wieje niespokojny wiaterek, już z pierwszym pianiem koguta bywał na jeziorze. Regularnie płynął do cypla lądowego, który wysuwał się daleko w dużą wodę i charakteryzował się sporym wzniesieniem. Tam u góry siedział godzinami i ostrym wzrokiem lustrował powierzchnię wody.

Czekał na leszcze, które w takich dniach wypływały z głębiny toni i przepływały sobie w wesołej gromadzie, przy czym bawiąc wykładały się na bok, a energicznym uderzeniem ogona powodowały wyrzut wody na wysokość prawie jednego metra. Kto takie zjawisko kiedyś widział, ten natychmiast rozpozna ponownie ławicę leszczy. Starszy pan czekał wówczas tak długo, aż będzie mógł rozpoznać, gdzie ryby mogłyby przypłynąć do skraju jeziora. Wówczas wsiadał do łodzi, w której leżało zawsze już 6 do 7 lekkich wędek i płynął naprzeciw ławicy leszczy. Zazwyczaj z brzegu wysuwał się z trzcin z jeziora, tak aby tylko dziób łodzi był skierowany na głębinę. Z chwilą, kiedy przypłynęły ryby, zarzucał 3 do 4 wędek, które były nastawione na głębokość około jednej stopy.

On lubił mnie bardzo i pewnego dnia, kiedy wędrowałem sobie z moją długą tyczką wzdłuż brzegu, wezwał mnie, bym towarzyszył mu przy wędkowaniu, wskazując przy tym na baraszkujące leszcze i zabrał mnie na swoją łódź. Zdarzyło się wówczas, być może coś najdziwniejszego, co przeżyłem: po kilku chwilach na każdej wędce nastąpiło branie. Zacinał wówczas z największym pośpiechem i przyprowadzał rybę, która najczęściej nie próbowała stawiać oporu, lecz przypływała leżąc – płasko na wodzie niczym deska, do łodzi, wychylał się nieco i chwytem za przypon wyjmował rybę z wody. Jeszcze zanim zdjął rybę z haczyka, kładł ją między kolana i nożem ostrym jak brzytwa zabijał jednym cięciem za głową.

Kiedy ławica leszczy już odpłynęła, zaczynały brać duże płocie, które zwyczajowo raczyły płynąć jako maruderzy za swoimi uprzejmymi towarzyszkami. Z chwilą brania przez pierwszą płoć, starszy pan zaklął szpetnie, życząc tym samym by zniknęły w bramach piekła i zwinął swoje wędki, po czym po odczekaniu kilku minut, wypchnął swoją łódź z trzcin w kierunku głębi, aby dużym łukiem popłynąć przed ławicę leszczy, aby je odczekać w następnym zanęconym miejscu. W ten sposób towarzyszył wędrującej wzdłuż brzegu ławicy ryb, niekiedy nawet opływając połowę jeziora i zawsze udawało mu się pochwycić podczas wędrówki ryb 3, 4 a nawet kilka ich sztuk, niekiedy takich o pokaźnej wadze od 8 do 10 funtów.
Nigdy później w