Nowości Sprzęt

BIAŁA WIECZOROWA MUSZKA

W cofce zbiornika zaporowego wiele gatunków ryb, na co dzień żyjących w wodzie stojącej, z rozmaitych powodów wchodzi w nurt rzeki. Dla muszkarza to ogromna szansa na udany połów.

Po raz pierwszy z muchówką w ręku stanąłem przy ujściu Soły do Zalewu Żywieckiego osiem lat temu. Wraz z kolegami zaczęliśmy wtedy o zmierzchu polować na grube jeziorowe okonie. Potem przyszła kolej na klenie, bolenie, jazie, sandacze, a nawet szczupaki. Wolno poprowadzony biały streamer okazał się zabójczo skuteczny. Nigdy nie zapomnę, jak jeden z kolegów w jedenastu kolejnych rzutach wyjął jedenaście dubletów sandaczy. Co prawda w większości były  niewymiarowe, ale spiningiści przyglądali się temu z otwartymi ustami.

Cofka okazała się niewyczerpanym rogiem obfitości od  wiosny aż do nadejścia mrozów. Ryby wchodzą do niej nie tylko na tarło, także na nocne żerowanie i kiedy  woda w  zbiorniku ma za mało  tlenu. Gdy stan wody w jeziorze jest niski, spokojna cofka przemienia się w rzekę z ostrymi prądami. Sandacze bardzo lubią wchodzić w cofkę przy ustabilizowanym stanie zalewu. Prawdziwe eldorado robi się tu podczas niewielkich przyborów Soły. Drapieżniki biorą wówczas jak opętane, nawet gdy woda ma kolor kawy z mlekiem. Dokładnie tak samo można łowić w cofce Zalewu Międzybrodzkiego, a przypuszczam, że również we wpływie rzeki do każdego innego zbiornika zaporowego.

Przez lata prób i błędów wypracowaliśmy z kolegami najskuteczniejszy sposób łowienia. Jest on dokładnie taki sam dla  wszystkich gatunków ryb. Przychodzimy nad wodę jeszcze za dnia, żeby wybrać miejsce i dokładnie rozeznać układ prądu oraz wszelkie zawady. Także te, które znajdują się  nad wodą i mogłyby utrudnić swobodne wymachiwanie linką.

Każdy z nas ma swoje ulubione miejsca. Jedni łowią tam, gdzie nurt jest najszybszy, inni na jego pograniczu. Ja najbardziej lubię łowić w odcinkach niezbyt głębokich (do jednego metra), spokojnych, za zwężeniami lub podwodnymi przeszkodami. Zatrzymują się tam ryby, które  podpływają ze zbiornika na wieczorne żerowanie. W wybranych przez nas  miejscach brania zaczynają się o zmierzchu. Latem trwają nawet przez całą noc, jesienią  najwyżej do dziesiątej.

obrazek

Używam wędki 2,7 m # 5 – 6, do tego linki pływającej o kształcie DT z przyponem o długości wędki lub nieco krótszym. Końcówkę przyponu wiążę z żyłki 0,22 – 0,25 mm. Próbowaliśmy łowić na przypony z plecionki, a gdy brały szczupaki, to nawet z wolframu, ale wtedy wyniki były o wiele gorsze.

Najlepszymi przynętami okazały się białe puchowce z  brązową lub czarną przewijką na tułowiu wykonaną z pióra szyjnego kury albo koguta. Dzięki przewijce na białym tułowiu powstaje coś na wzór rzadkiego palmera. Drugi typ skutecznego streamera to tzw.  gąbkowiec, czyli puchowiec z grzbietem z białej gąbki. Jest on szczególnie dobry na sandacze, zwłaszcza w początkach czerwca, kiedy one masowo zajadają się narybkiem okonia. Biały kolor much jest uniwersalny i niezastąpiony. Seledyny, beże, róże, nawet świecący cristal flash nie sprawdziły się tak dobrze jak biel.

Streamery są robione na haczykach od 4 do 8, a nawet 10. Najbardziej uniwersalne są muchy nr 6. Tylko do łowienia jazi stosujemy streamery na mniejszych haczykach. Wiosną i latem używamy streamerów bez obciążenia, lekko obciążone stosujemy dopiero jesienią. Podczas wymachiwania linką wiele muszek zostaje za plecami na gałęziach. Na jeden wieczór trzeba więc mieć kilkanaście much w zapasie.

Zazwyczaj na początek zakładam jednego puchowca z przewijką i jednego gąbkowca. Jeżeli rybom podoba się tylko jedna z tych much, to zakładam dwie takie same. Skoczkiem jest  zawsze większa mucha,  prowadzącą – mniejsza. To na wypadek, gdyby brały klenie lub jazie, te bowiem ryby  atakują tylko muchy prowadzące i na dodatek nie lubią streamerów zbyt dużych. Okoniom, boleniom, sandaczom wielkość much i ich kolejność  jest obojętna.

Wiosną i latem w tym środowisku ryby najlepiej biorą na streamery nieobciążone, prowadzone tuż pod powierzchnią. Po dniach bardzo upalnych atakują streamery chlapiące na powierzchni. Wtedy też brania, i to całkiem ładnych okazów,  zdarzają się w wodzie  półmetrowej, a nawet jeszcze płytszej. W mocno nagrzanej wodzie drapieżniki najchętniej atakują stereamery prowadzone niezbyt agresywnie. Rzucam więc na ukos w dół rzeki i  przytrzymuję streamera, który po torze wachlarza spływa w poprzek prądu. Jednym słowem tak, jak przy metodzie mokrej muchy. Gdy linka i przypon się wyprostują, przytrzymuję streamera przez kilkanaście sekund, a potem podciągam go szczytówką o kilka centymetrów. Wtedy często następuje atak.

Kiedy przychodzi mi kłaść muchy na wodzie  płynącej szybciej niż woda,  na której leży linka, to po zarzuceniu nadrzucam linkę w górę rzeki. Dzięki temu wybrzuszająca się linka nie ściąga much zbyt szybko. Linka powinna być możliwie prosta, żeby przynęta zachowywała się   podobnie do żywego pokarmu łowionych ryb. Wtedy też dobrze wyczuwam branie i szybko zacinam rybę. Dotyczy to zwłaszcza sandaczy. Klenie i bolenie atakują na tyle mocno, że nie da się tego szarpnięcia przeoczyć. Natomiast sandacz, zwłaszcza duży, potrafi wziąć muchę do pyska tak delikatnie, że trudno to wyczuć.

obrazek

Cały czas łowię stojąc w jednym miejscu. Nawet gdy akurat brań nie ma, to prędzej czy później się ich doczekam. To przekonanie  jest wynikiem kilkuletnich doświadczeń.  Kto wątpi,  niech popatrzy na  kilkunastu muszkarzy, którzy stoją  rzędem i łowią. Wtedy po braniach zobaczy wyraźnie, jak drapieżniki stopniowo podpływają w górę rzeki.

Kiedy woda już się wychłodzi (zwykle następuje to pod koniec września), zaczynamy łowić nieco inaczej. Zestaw pozostaje ten sam,  ale muchy (głównie nr 6)  są lekko dociążone.  Płyną mniej więcej  pół metra pod powierzchnią. Drapieżniki łowi się wówczas w wodzie metrowej i niemal  całkiem stojącej. Po wyprostowaniu linki i przyponu muchy podciąga się  wolnymi skokami długości 5 – 10 centymetrów.


Janusz Kupczak
Cięcina k. Żywca

0