Nowości

KAŻDY SZCZEGÓŁ JEST WAŻNY

Kiedy temperatura wody przekroczy magiczne dziewięć stopni Celsjusza, pstrągi zaczynają dobrze żerować, ale pełną kondycję ruchową osiągają dopiero w kilkunastu stopniach. Teraz, w lutym, a w rzekach górskich nawet do kwietnia, woda ma dwa, najwyżej cztery stopnie.

REKLAMA

Na wiosnę, kiedy słońce już dobrze przygrzewa, o temperaturze wody w rzece decydują topniejące śniegi. Górskie rzeki płyną w wąwozach, w głębokich jarach, prawie wszędzie otulone są drzewami, dlatego przy takiej rzece śnieg trzyma się najdłużej.
Od wielu lat produkuję woblery. Zafascynowały mnie te przynęty, bo mają niemal uniwersalne zastosowanie, a ryby, które łowię – są to głównie jazie, klenie, okonie i pstrągi – najchętniej atakują właśnie woblery. W kilku dolnośląskich rzekach: Orlicy, górnej Kwisie, Kaczawie i wysokich odcinkach Nysy Kłodzkiej oraz jej dopływach można dokładnie zobaczyć, jak się pstrągi zachowują. Wody w tych rzekach są tak przejrzyste, że z kilkunastu metrów można dostrzec pstrąga ukrytego za kamieniem lub pod brzegową burtą. Z takiej odległości oglądam jego atak lub inną reakcję na przynętę.
Zachowanie pstrągów zależy od temperatury wody. Kiedy jest bardzo zimna, podpływają do przynęty bardzo powoli, gdy natomiast ma około dziesięciu stopni, atakują tak szybko, że czasami nie widać, skąd się wzięły. Jeżeli jednak przynęta ma jakąś wadę, to do niej podpłyną, popatrzą i – odpływają.
Żeby w lutym złowić pstrąga, trzeba przynętę prowadzić bardzo powoli
Pstrąg w zimnej wodzie zachowuje się jak na zwolnionym filmie. Sam na pewno jest odrętwiały, a do tego zimna woda jest gęsta i trudniej mu się pływa.
Zobaczyłem pstrąga za kamieniem. Kiedy pierwszy raz przeciągnąłem nad nim woblera, nie zareagował. Za drugim razem już nie skręcałem żyłki, tylko naprowadziłem mu woblera nad głowę. Nadal nie reagował. Dopiero po dobrej minucie zauważyłem, że się ruszył. Jakby odlepił się od dna, ale poza kamień nie wypłynął. Założyłem mniejszego woblera, który pracował bardziej agresywnie, i potrzymałem mu go chwilę nad głową. Pstrąg się powoli podniósł znad dna, za kamieniem chwycił go prąd i uniósł w stronę woblera. Coś mu się jednak nie spodobało. Wywrócił się na bok (dokładnie widziałem jego biały brzuch), dał się wodzie znieść kilka metrów i dopiero wtedy ustawił się grzbietem do powierzchni.
Zniknął mi z oczu, ale po pewnym czasie zobaczyłem go na dawnym stanowisku za kamieniem. Odczekałem i podałem mu jeszcze mniejszego woblera. Schodził głębiej i miał jeszcze bardziej agresywną akcję. Pstrąg najpierw odwrócił się w jego kierunku, później się podniósł i go capnął.
Mówi się, że kiedy woda jest zimna, ryba chce pozyskać jak najwięcej pokarmu jak najmniejszym wysiłkiem. Wynika z tego, że najchętniej powinna atakować dużego woblera, który udaje dużą rybkę. Moja teoria jest inna: wielkość przynęty musi być dopasowana do łowiska. Niekiedy w małych rzekach pstrągi rzeczywiście atakują woblery o długości 7 cm, jednak na ogół wolą trzy- lub czterocentymetrowe.
W Pasłęce łowiłem woblerami już nieraz sprawdzonymi, lecz żaden pstrąg nawet do nich nie podpłynął. Byłem wtedy na rybach z jednym z właścicieli firmy Salmo. Kiedy go zapoznałem z moim problemem, uśmiechnął się i powiedział: “Schowaj te chrabąszcze, bo to za małe przynęty na tę rzekę”. Dał mi woblera Minnow. Rzucałem tym salmiakiem bez przekonania, bo na takie duże przynęty nigdy pstrągów nie łowiłem. Teraz się skoncentrowałem i po kilku rzutach wyjąłem pięknego dużego potokowca.
Sposób podania przynęty zależy od pory roku. W zimnej wodzie pstrągi bardzo słabo się ruszają. Kiedy dostrzegę pstrąga na środku rzeczki, to mogę się ich spodziewać za albo przed rozmaitymi przeszkodami. Tam można je zobaczyć. Nie widać tylko tych, które stoją blisko brzegu, pod burtami.
Kiedy zobaczę pstrąga lub odkryję miejsce, gdzie on może stać, podaję woblera tak, żeby tam jak najdłużej pływał. Nie skręcam żyłki, tylko kijem wykonuję spokojne, płynne ruchy. Wobler ma się zachowywać jak rybka, która to podpłynie, potem prąd ją trochę zniesie w bok, za chwilę się szarpnie, ale da się znieść z nurtem.

Jedno miejsce obławiam kilkoma woblerami. Nie spieszę się. Zamiast biegać za pstrągiem, wolę czekać na branie na dobrym stanowisku – może to być duży kamień, leżące w wodzie drzewo, głęboczek – bo szansa na sukces jest wtedy większa.
Zaczynam łowić woblerami w kolorach stonowanych. Jeżeli brań nie mam, to zakładam woblera, który jest o połowę większy i pomalowany dosyć jaskrawo. Próbowałem łowić pstrągi na woblery pomarańczowe, ale one im się wcale nie podobały. Lubią natomiast woblery z czerwonym brzuszkiem, dlatego stosuję je, kiedy inne zawodzą.
Kiedy pstrągi żerują, wtedy można je zobaczyć na środku rzeczki i prawdopodobnie stoją też blisko brzegu. Do tych pstrągów, przy moim brzegu, mogę łatwo sięgnąć woblerem. Puszczam go wtedy z nurtem na długiej lince, a on jest cały czas w ruchu, bo rusza nim woda. Bardzo powoli podciągam woblera, zatrzymuję na dłużej przy obiecujących miejscach. Nie da się jednak tak samo łowić pod brzegiem przeciwległym. Zamiast woblera używam wtedy gumy.
Przy brzegu pstrągi siedzą w kieszeniach. Tak nazywam niewielkie wypłukane w brzegu wgłębienia. Przy nich tworzą się małe wiry i wsteczne prądy. Do kieszeni wlewa się woda z roztopów, a z nią spływa pokarm. Pstrągi właśnie na to czekają.
Właśnie te kieszenie, znajdujące się na przeciwnym brzegu, obławiam gumkami. To jedyna przynęta, która się do tego nadaje. W kamizelce mam zapas główek dżigowych o wadze od 1 do 6 g. Może się komuś wydać, że sześciogramowa główka będzie zbyt ciężka, ale to zbędna obawa. W kieszeniach pstrągi nie podnoszą się do pokarmu, tylko biorą go z dna, a nie wszędzie prąd wody jest na tyle słaby, żeby można było sprowadzić do dna lekką przynętę. Rzucam więc, a gdy główka dotknie dna, chwilę czekam, naprężam żyłkę, przynętę podciągam i odrywam. I na tym koniec. Jeżeli uderzenia nie było, to drugi raz w to samo miejsce nie rzucam, bo wtedy jeszcze nigdy brania nie miałem. Sądzę, że pstrąg już się spłoszył. Dlatego rzucam obok, w drugą kieszeń.
Kiedy obławianie kieszeni ciężkimi główkami nie daje mi pstrąga ani nawet brania, zaczynam łowić główkami znacznie lżejszymi. Ich wagę tak dobieram, żeby po rzucie prąd wody znosił je wzdłuż brzegu. Świetną przynętą są wtedy małe gumowe raczki. Mają dużą powierzchnię i miękkie odnóża, dlatego toną powoli, co jest pożądane. Najwięcej pstrągów złowiłem na raczki szare i ciemnomiodowe.
Łowienie pod przeciwnym brzegiem dżigiem z raczkiem jest dosyć trudne, bo rzuty muszą być bardzo celne. Przynętę kładę tuż przy brzegu, a gdy upadnie na trawę, nie szarpię jej, tylko staram się ją spokojnie i delikatnie wyciągnąć podrygując szczytówką. Kiedy już pacnie na powierzchnię, żyłkę napinam, ale nie skręcam jej, tylko unoszę kij.

Im przynęta lżejsza, tym dłużej spływa, ale nie to jest moim celem, tylko by jak najdłużej trzymała się jak najbliżej brzegu, bo teraz w zimie pstrąg zaatakuje tylko w takim miejscu poruszającą się przynętę. A udaje się ją poprowadzić jedynie na dystansie kilku metrów. W lecie, kiedy pstrągi są aktywne, uderzają w raczki wtedy, gdy one odpływają od brzegu, kiedy odciąga je od brzegu żyłką ułożoną w łuk przez prąd wody. Zimą jest inaczej i dlatego staram się trafić pstrąga przynętą dosłownie w pysk.

W wodzie przejrzystej widzę pstrągi, ale nie zapominam, że one też mnie widzą. Jeżeli już zajmę dobre stanowisko, to obławiam je długo i bez ważnej przyczyny się z niego nie ruszam. Nawet do najlepszej przynęty pstrągi nie od razu skaczą. Dlatego je drażnię, ale nie płoszę. Nie macham wędką, unikam gwałtownych ruchów.

Dopiero kiedy woda będzie miała dziewięć stopni, pstrągi zaczną dobrze żerować. Teraz w zimie też można je złowić, chociaż z niejednego wypadu wraca się do domu o kiju.

1+