czwartek, 8 grudnia, 2022

Opowiadanie

TEN SIĘ ŚMIEJE…

dyś z domu nad Złotą Wodę szedł dwadzieścia minut, teraz zajęło mu to całą godzinę.

LESZCZ

Spławik podskoczył parę razy i nieznacznie przesunął się w stronę pobliskiej kępy nenufarów.

ROZMOWA

Widzę śródleśne jezioro.

KLENIOWA ZEMSTA

Zdzisiu Mordęga był w miasteczku postacią wyjątkową.

PECH

Skończył łowić, usiadł na przyniesionej przez wodę na brzeg zeschłej kłodzie.

DWA RZUTY DWIE METRÓWKI

Na zbiorniku Kozielno (jeden z dwóch zbiorników zaporowych na Nysie Kłodzkiej koło Paczkowa; drugi nosi nazwę Topola) odbywały się zawody spiningowego klubu Potok z Ziębic.

STARY CZŁOWIEK I RZEKA

Był siwy jak gołąbek, a jego twarz pokrywała siateczka drobnych zmarszczek.

RYYYYBA!!!

Lato zeszłego roku nie szczędziło słońca.

OLBRZYM

Z początku nic się nie działo.

JAŚ I MAŁGOSIA

Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. To przyszedł Jaś, od niedawna członek naszego koła, zapalony spiningista...

„MISZCZ”

To był wspaniały maj.

DZIEŃ PSTRĄGA

Nad Zatoką Gdańską od dłuższego czasu wisiał ruski wyż. Miasto dusiło się w suchym, gorącym powietrzu i spalinach. Gdy powiało z zachodu i nadciągnęły ożywcze deszcze i burze, wyposzczony, nie wytrzymałem i postanowiłem wyrwać się nad moją ulubioną pstrągową rzeczkę. Nigdy nie złowiłem w niej dużego pstrąga, chociaż kilka razy je widziałem. Pojawiały się za przynętą niczym zjawy i rozpływały w toni. W czystej, niezbyt głębokiej i prześwietlonej wodzie były niezwykle ostrożne. Trudno było je podejść chociaż niejednokrotnie, kryjąc się w trawach, robiłem to na kolanach. Teraz, po deszczu, miałem znacznie większe szanse. Z pomocą przyjaciół udało mi się załatwić pozwolenie na wyjazd do innego województwa, bo był to czas stanu wojennego, kiedy to ludziom bardzo ograniczano możliwość poruszania się. O północy wsiadłem w pospieszny, w dwie godziny później wylądowałem w Słupsku, a stamtąd nad ranem odjechałem w kierunku Szczecinka. Mając jeszcze sporo czasu, zamówiłem herbatę w pustym dworcowym bufecie i rozsiadłem się przy stoliku. Odleciałem na chwilę, a z drzemki wyrwało mnie energiczne szarpanie za ramię. Przy stoliku prężył się trzyosobowy wojskowy patrol; podoficer i dwóch strzelistych niczym świerki szeregowych z długą bronią. Na żądanie okazałem dokumenty i przepustkę, lecz moje argumenty, że o trzeciej w nocy jadę na ryby, jakoś nie bardzo ich przekonywały. Podoficer sięgnął po oparty o stolik spining i zaczął go obmacywać przez pokrowiec. W ubiegłym tygodniu zatrzymaliśmy jednego gościa, też z Gdańska, miał pełną torbę ulotek. Wyprzedzając jego decyzję, postawiłem plecak na stole i rozpiąłem klamry. Przejrzał uważnie wędkarskie akcesoria, a oddając mi plecak odrzekł zabarwiając słowa ironicznym tonem: “No to chwytajcie te swoje ryby”. Docelowa stacyjka, leśny dukt w stronę rzeki. Las rozbrzmiewał ptasią muzyką, koncertowały świerszcze, daleko pomrukiwała burza. Parno i wilgotno. Wymarzony dzień na pstrągi. Po dwudziestu minutach marszu dotarłem nad brzeg rzeczki pięknej i tajemniczej, niosącej znacznie więcej wody niż w ubiegłym roku. Jej koryto było szczelnie otulone plątaniną gęstych traw i krzewów. Nareszcie znowu byłem z nią sam na sam. Już w drugim rzucie, gdy mała zaśniedziała wahadłówka zniknęła pod pniem zwalonej w nurt olchy, poczułem energiczne targnięcie. Odczekałem minutę i ulokowałem blachę tuż pod przeciwległym brzegiem, tak by prąd wody naprowadził ją na pstrągowe stanowisko. Przytrzymałem ją przez chwilę pod pniem i gdy ruszyłem korbką kołowrotka, pstrąg uderzył zdecydowanie i łapczywie. W gwałtownej ucieczce odjechał na kilka metrów, więc zanurzyłem szczytówkę spiningu pod wodę, by żyłka nie zahaczyła o korę. Kolejne wypady, zwroty i szarpnięcia były coraz słabsze, a kiedy zdecydowałem się przeprowadzić go pod przeszkodą, poddał się całkowicie. Miał obłe, masywne, upstrzone czerwonymi cekinami ciało i 38 centymetrów długości. Sierpniowy piękniś uradował oczy i duszę. Postanowiłem, iż podczas tej wyprawy mniejszego pstrąga nie zabiorę. Tego dnia mniejsze nie brały. Drugi zaatakował wściekle błystkę kilkanaście metrów dalej, w przewężeniu rzeki. Był większy i silniejszy od pierwszego. Nie mając w pobliżu żadnych zawad i przeszkód w nurcie, wbił się w warkocze roślinności. Byłem połączony mocno wygiętym wędziskiem z jego pulsującym z wysiłku ciałem. Opuścił swą kryjówkę gwałtownym zrywem pod prąd wody i coraz bardziej zmęczony zaczął zataczać koła na wprost mnie. Za kolejnym, spowolnionym nawrotem naprowadziłem go w płytkie ujście maleńkiego dopływu, gdzie z honorem zakończył zmagania. Był o trzy centymetry dłuższy od pierwszego i tak samo krągły oraz wyraziście ubarwiony. Spojrzałem na zegarek… Od momentu, gdy zacząłem łowić, nie minęło nawet pół godziny. Zaledwie pół godziny! Ogarnięty gorączką podchodów i polowania przewiązałem świeżym węzłem błystkę i ruszyłem w dół rzeki wypatrując co ciekawszych, wartych obłowienia miejsc. Przez dłuższy czas nic się nie działo, ale i odcinek rzeki, stosunkowo płytki i zapiaszczony, nie wróżył wędkarskich emocji. Ożywiłem się, gdy koryto rzeki wyraźnie się pogłębiło wśród starych, wykoślawionych kołków, pozostałości po dawnej regulacji. Intuicyjnie czułem, że kolejny pstrąg, o ile weźmie, będzie jeszcze większy. I był. Atak był równie zdecydowany jak poprzednie - ryba szalała niebezpiecznie blisko kołków, szukając wśród nich schronienia. Manewrowałem wędziskiem, żeby do tego nie dopuścić, przytrzymując ją w bezpiecznej odległości od zawad, na granicy wytrzymałości żyłki. Udało się. Temu pstrągowi do pół metra brakowało pięciu centymetrów. Po godzinie dotarłem do ruin starego młyna. Nad wodą śmignęły dwa zimorodki, żywe klejnoty, symbole wędkarskiego szczęścia. Rok temu z warkocza wody w rynnie za zatopionym, obrośniętym glonami młyńskim kołem wywabiłem obrotówką dużą rybę, która po chwili nagłym zwrotem powróciła do głębokiej kryjówki. Takie miejsca chętnie zajmują duże pstrągi i jeśli nawet ten, który się ujawnił, został już złowiony, to bardzo prawdopodobne, że jego miejsce zajął następny. Przez kilka minut obławiałem rynnę prowadząc błystkę na różne sposoby – bez rezultatu. A że miejsce aż nadto pachniało grubym pstrągiem, zdjąłem wahadłówkę i założyłem sprawdzonego w wielu bojach weterana, niebiesko nakrapianą obrotówkę. Pstrąg huknął w nią i efektownym saltem w rozbryzgach wody wystrzelił nad powierzchnię wody. Elektryzujący impuls jego energii odczułem całym sobą. Był piękny, duży i silny i walczył wspaniale aż do końca. Gdy spoczął na ukwieconej łące, zmierzyłem go – miał równe pół metra długości. Rozdygotany emocjami, syty wędkarskich wrażeń, postanowiłem odpocząć i posilić się na skraju lasu, gdzie rzeka krętą wstążką wcinała się w łąki. Odurzył mnie i rozkleił zapach traw i ziół oraz przedzierające się przez chmury promienie słońca. Z oddali, niczym zza grubej kotary, dochodziły odgłosy wsi: porykiwanie krów, szczekanie psów, pianie kogutów. Błogostan. Ponura rzeczywistość wydawała się nierealna, została gdzieś daleko, za wzgórzami, za lasami. Najchętniej bym został w tej scenerii nad rzeką na długo, na bardzo długo. Intuicyjnie czułem, że to jeszcze nie koniec wędkarskich wrażeń, że to, co najpiękniejsze, jest wciąż przede mną. Drugi taki dzień pstrąga może się już nigdy nie powtórzyć. Wyrwałem się z letargu, zmuszając rozleniwione ciało do posłuszeństwa. Rzeczka urozmaiconym ściegiem wielu meandrów przebijała się przez puszysty dywan zieleni, tworząc dołki i podmycia pod brzegami. Obławiałem je sumiennie różnymi błystkami, lecz na tym odcinku już żaden pstrąg się nie ujawnił. Po dłuższej wędrówce dotarłem do małej kaskady, poniżej której wlewał swe wody spory dopływ. Zderzające się nurty dwóch cieków wyżłobiły w dnie sporą jamę, idealne stanowisko dla pstrąga. Kryjąc się wśród traw, oddałem niezbyt długi rzut, lokując błystkę na krawędzi jamy. Gdy wirówka przemierzyła dwa - trzy metry, odczułem tępe przytrzymanie sprawiające wrażenie zaczepu. Po kilku sekundach byłem już pewny, że to ryba. Majestatycznie zataczała kręgi w obrębie dołu bez zbytnich szarpnięć i zrywów. Trwało to kilka minut, zanim zaczęła słabnąć i pojawiła się bliżej powierzchni. W końcu ujrzałem ją w całej okazałości, gdy stanęła w poprzek nurtu ciężko pracując płetwami. W niezbyt szerokiej rzeczce wydawała się bardzo duża. Oceniłem ją na około 2,5 kg i jak się później okazało, niewiele się pomyliłem. Ryba była już tak bardzo zmęczona, że nie zareagowała, gdy ująłem dłońmi jej zimne ciało i wyniosłem na brzeg. Był to dorodny, spasiony pstrąg potokowy, samiec z wyraźnie wykształconą kufą dolnej szczęki. Mierzył ponad 60 cm długości. Rozdygotany emocjami siedziałem jakiś czas na nadrzecznej skarpie, nie mogąc oderwać oczu od niecodziennej, wspaniałej zdobyczy. Wędkarsko byłem spełniony jak nigdy dotąd. Dziękuję ci rzeko, że tak hojnie mnie obdarowałaś! Dziękuję ci za ten dzień. Na dworcu w Słupsku znalazłem się późnym wieczorem. Podróżnych było niewielu. Nad miastem przetaczała się burza. W oczekiwaniu na pociąg przysiadłem pod wiatą na peronie, rozpamiętując wydarzenia mijającego dnia. Wojskowy patrol pojawił się u wylotu tunelu mniej więcej po kwadransie, ale specjalnie mnie to nie zdziwiło, gdyż w owym czasie wszystkie dworce były szczególnie pieczołowicie pilnowane w ciągu całej doby. Zastanawiałem się, czy do mnie podejdą. Podeszli. Po raz drugi tego dnia sprawdzono moje dokumenty i zawartość plecaka. - A to co? – burknął dowódca patrolu, gdy wyjmowałem zawinięte w białe płótno ryby. - Proszę to rozwinąć. Pstrągi zalśniły srebrem łusek w świetle peronowych lamp. - No ładne. Całkiem ładne rybki. – odparł podporucznik. - Ja też kiedyś takie złapałem u siebie na stawie w Choszcznie. To płocie! Chciałem zaprotestować, lecz uprzedził mnie jeden z żołnierzy… - Tak to płocie, panie podporuczniku. Płocie gruntowe!. Stłumiłem w sobie śmiech… i przytaknąłem skinieniem głowy. Mój pociąg właśnie wjeżdżał na peron. Robert Tracz
- Advertisment -

Most Read