piątek, 7 października, 2022
Strona główna Bez kategorii NA WSZYSTKIE SPOSOBY

NA WSZYSTKIE SPOSOBY

Łowię wszystkimi metodami i staram się poznać jak najwięcej łowisk. Niemal każdego roku jestem na rybach za granicą, przeważnie w Skandynawii. Tam wędkuję w morzu, chociaż dwadzieścia lat temu właśnie w Norwegii zacząłem przygodę z muchówką.

Od wielu już lat każdy sezon zaczynam na Pomorzu. Wybieram się tam z kolegami na trocie. Najczęściej wyjeżdżamy nad Parsętę, czasami nad Słupię i Regę. W zasadzie nie wyjeżdżamy tam na ryby, lecz dla rozprostowania kości. Bo jeżeli czterech wędkarzy łowi przez cztery – pięć dni od poranka do zmierzchu i cały ich wspólny połów to zaledwie cztery trocie, to czyż można nazwać to inaczej?

Marnie jest z rybami i marne są ryby, bo w ostatnim sezonie bardzo wiele z nich chorowało, miały wrzodzienicę. Ryba z otwartymi ranami, paskudny to widok! Powód tego jest ponoć taki, że większość ryb pochodzi ze sztucznego rozrodu. Są więc słabe, bo nie objęła ich naturalna selekcja. Mimo to również w tym roku pojadę na Pomorze, bo łowienie troci to poza wszystkim innym doskonała lekcja spiningu.

Trocie łowię na rozmaite przynęty, bo wszystkie są skuteczne. Obrotówki i wahadłówki to jakby oczywistość, od lat się na nie łowi. Woblery? Myślę, że bardziej uniwersalnej przynęty na trocie jeszcze nie wymyślono. Ale w niektórych sytuacjach niezastąpione są gumy. Większość trociarzy łowi chyba podobnie. Gdy jakaś przynęta nie skutkuje, to próbują innej.

Styczniowe spiningowanie ma jeszcze jedną zaletę: można sobie pogadać z innymi wędkarzami i dowiedzieć się, co i na co ostatnio złowili lub o czym słyszeli. To wzbogaca naszą wiedzę, której nigdy za dużo.

Trocie, jak wszelkie inne ryby, upodobania mają zmienne. Są dni, kiedy biorą tylko na woblery, ale nazajutrz skuteczne mogą być, na przykład, wyłącznie gumy. Z tego wnioskuję, że przynęty należy ciągle zmieniać. Kilka lub kilkanaście rzutów jedną, a potem w tym samym miejscu kolejnych kilkanaście rzutów inną. Nieraz widziałem, że przez jakieś stanowisko przeszło trzech – czterech wędkarzy. Każdy z nich zarzucił kilka razy swoją przynętę, ale branie miał dopiero ten piąty. Albo właśnie jego przynęta troci się spodobała, albo ją w szczególny sposób rybie zaprezentował.

Na każdym nowym stanowisku zaczynam od żelaza. Wahadłówka jest tańsza od woblera, a ponadto bardziej powtarzalna. Urwę jakąś na zaczepie, to druga jest niemal taka sama. Z woblerem inaczej, każdy jest inny. Mój ranking trociowych przynęt otwiera wahadłówka, potem idzie guma, wobler jest dopiero trzeci.

Każdą przynętę rzucam pod drugi brzeg na godzinę 11. Jeżeli to jest wobler, to odczekuję krótką chwilę, zamykam kabłąk i zaczynam powoli skręcać żyłkę. Czasami tylko zamykam kabłąk, wtedy prąd napiera na żyłkę, a wobler spływa po torze wachlarza i przy tym delikatnie pracuje. W pierwszym wariancie tonący wobler schodzi głęboko, w drugim wobler pływający trzyma się bliżej powierzchni.

Z gum stosuję wyłącznie twistery w jaskrawym seledynowym kolorze. Próbowałem łowić na rippery, ale wtedy było gorzej. Gumy zakładam na główki ważące od 10 do 18 gramów, zależnie od głębokości łowiska. Ciężar dżiga musi być tak dobrany, żeby w czasie, gdy przynęta spływa wachlarzem, główka co jakiś czas dotykała dna.

Często łowię wahadłówką. Nie zamykam kabłąka zaraz po rzucie, gdy tylko wahadłówka dotknie wody, lecz pozwalam jej tonąć na luźnej żyłce. Wiąże się z tym pewne ryzyko, gdyby bowiem w tym momencie troć uderzyła, to mógłbym jej nie zaciąć. Pocieszam się jednak, że jeżeli już uderzy, to połknie przynętę głęboko. Opadająca wahadłówka to łakomy kąsek, bo migotaniem przypomina drapieżnikowi chorą i tonącą rybkę. Bierze więc łapczywie. Dopiero kiedy wahadłówka sporo się zanurzy, zapinam kabłąk i zaczynam powoli skręcać.

Wiosną prowadzę przynęty bardzo powoli i najwyżej pół metra nad dnem. O tej porze łowi się kelty, a one są zbyt niemrawe, żeby za pokarmem uganiać się w pół wody. Choć zdarzają się wyjątki.

Moją wędkarską pasją są okonie. Wiele złowiłem ich na spining, ale największy wziął na powoli opadający makaron podczas łowienia leszczy! Miał 46 centymetrów i ważył 1,6 kilograma. Okonie w ogóle lubią brać z opadu.

Łowię je dwoma metodami: na główkę i na boczny trok. Do metody główkowej stosuję dżigi ważące od 1,5 do 2,5 g, zakładam na nie twisterki – paprochy. Jeżeli okonie uderzają w większe przynęty, to łowię na średniej wielkości gumki typu banjo. Jak zapewne każdy spiningista, mam stertę gum w różnych kolorach. Kiedy przystępuję do łowienia, zaczynam od gum herbacianych, a gdy nad wodą jestem sam lub prawie sam, to od motor-oila.

Największe okonie łowi się w jeziorach i zbiornikach zaporowych. Trzeba jednak znać ich zwyczaje, wiedzieć, jakie lubią zajmować stanowiska i jak reagują na przynęty. Najdogodniej jest łowić je w miejscach o twardym dnie. Kładę przynętę na dnie, chwilę odczekuję, potem podrywam ją na jakieś trzydzieści centymetrów, ale nie ruchem płynnym, tylko bardzo drobnymi szarpnięciami. Jest to możliwe, bo łowię kijem z miękką wklejaną szczytówką. Jest to kij Tango, 2,4 m, szybki, dobrze się nim zacina i jest na tyle lekki, że można nim łatwo operować przynętą.

Kiedy drgająca przynęta znajdzie się już 30 cm nad dnem, opuszczam ją na napiętej żyłce. Okonie uderzają tylko w opadającą przynętę. Trzy – cztery takie poderwania, po nich zostawiam przynętę na chwilę w bezruchu, a następnie na dystansie kilkunastu centymetrów ciągnę ją po dnie. Znowu chwilę w bezruchu, znowu podrywam na 30 cm i tak dalej.

Okonie bardzo lubią stać nad podwodnymi łąkami, ale tam łowię je inaczej. Ściągam przynętę jednostajnie i od czasu do czasu przestaję żyłkę zwijać. Wtedy przynęta opada. Okonie biorą i w opadzie, i podczas jednostajnego ściągania.

Ulubionym miejscem okoni są też przestrzenie między podwodną roślinnością. Można tam rzucać na ślepo i okoń jest pewny, ale pod warunkiem, że się go wcześniej nie spłoszy. Dlatego gdy łowię z łódki, zachowuję się bardzo cicho, bo jedno puknięcie w dno i może być po okoniach. Łowiąc okonie nad podwodnymi łąkami lub w prześwitach między roślinami, zawsze w jedno miejsce rzucam kilka, czasami kilkanaście razy, co jakiś czas zmieniam ciężar główki, przynętę prowadzę z jednakową prędkością. Tym sposobem obławiam różne warstwy wody.

Kiedy okonie żerują bardzo słabo, niezastąpiony jest boczny trok. Może to i łatwa metoda, ale trzeba trochę zachodu, żeby ją dobrze opanować. W zależności od panującego na dworze ciśnienia okonie stoją na różnej wysokości nad dnem. Przy skokach ciśnienia wybierają taki poziom, żeby wypchany gazem pęcherz pławny zbytnio im nie dokuczał. Jeżeli skoki ciśnienia były raptowne, to okonie wiszą głowami do dna. Złowić je wtedy trudno, ale nie jest to niemożliwe.

Im okonie słabiej biorą, tym dłuższy musi być trok z haczykiem. Dłuższy trok to znaczy przynęta wyżej nad dnem. Jeżeli podczas normalnego żerowania wystarcza długość 25 – 30 cm, to podczas bardzo słabego żerowania zwiększam ją nawet do 60 cm.
W metodzie bocznego troku stosuję dwie innowacje. Pierwsza służy wygodzie i polega na tym, że zestawów nie wiążę nad wodą, lecz w domu. Wykonuję je z żyłki i dopinam do agrafki uwiązanej do linki głównej (jest nią cienka plecionka). Druga innowacja jest taka, że na haczyk zakładam czerwony koralik. To dla okonia doskonała tarcza celownicza.

Jerzy Dąbek
Lublin

Poprzedni artykułODRA W REJONIE PORZECZA
Następny artykułDRAPIEŻNIK NA SZCZYCIE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments