Wędkarz Polski

Mariusz z Andrzejem w pośpiechu ładowali wędkarski chłam do przepastnego bagażnika. Plecak, torba, wodery, potem znowu plecak, prostownik, akumulator, silniczek, liny kotwiczne…

Jak każdej jesieni, wybierali się na parę dni na Paklicko, malownicze jezioro niedaleko Świebodzina, położone pośród sosnowych lasów. Paklicko ma charakterystyczny kształt nerki, wyspę, kilka górek i blaty podwodnych łąk. Lubią tam wędkować amatorzy okoni, szczupaków i w ogóle spiningu.

Rybołap stał obok auta, przyglądał się
kolegom i czekał na swoją kolej.

Andrzej zmarszczył brwi, przeniósł wzrok z Mariusza na Rybołapa, zamierzał odpowiednio zareagować na żart, gdy spostrzegł naszykowaną wodę kolońską i kleszcze.

Andrzej tłumaczył powód wizyty bardzo powoli, zwracając uwagę na dobór słów i sformułowania. Mówił głośniej niż zwykle, wyraźnie, nie połykał końcówek. Lekarz słuchał czas jakiś w milczeniu, potem gestem ręki uciął tę rozwlekłą relację, przeniósł wzrok z błystki na Andrzeja i powiedział do niego:

Do Nowego Dworku dotarli pod wieczór. Najpierw pobiegli przywitać jezioro i odetchnąć rześkim wilgotnym powietrzem. Potem szybko rozlokowali się w wynajętym domku. Mariusz z Rybołapem zajęli się kolacją, reszta uzbrajała wędki. Andrzej wręczył każdemu mocno zziębniętego i zapuszkowanego żubra, a sam rozluźniał się koktajlem, który składał się głównie z nieodłącznego i z takim poświęceniem ochranianego spirytusu. Po rannych przejściach najbardziej ze wszystkich potrzebował odprężenia i relaksu. Siedział przy stoliku i sącząc swój trunek zachwalał jego zalety. Fachowo tłumaczył jak raczyć się kulturalnie i bezpiecznie, by się zanadto nie sponiewierać.
Widać miał doświadczenie w tych sprawach, bo wkrótce humor wrócił mu całkowicie. W przypływie coraz cieplejszych uczuć podszedł do Rybołapa i zagadał do niego mową rymowaną: Kac ci niegroźny chłopczyku słodziutki, gdy umiar do wódki zachowasz malutki.

Potem na moment spoważniał i podziękował koledze za pomoc. – Dzięki stary, dobry z ciebie kumpel. Zachowaj na pamiątkę tego francowatego mepsa. Przyda ci się do twojej kolekcji. – Koledzy wiedzieli, że obdarowany bardzo sobie te przynęty cenił.
Rybołap wyjął z kieszeni pokaźną obrotówkę, obejrzał uszkodzoną kotwiczkę i zabrał się do jej wymiany, sącząc przy tym podsuwany przez Andrzeja “bezpieczny” napój. Dobrał nową kotwiczkę, zespolił ją z błystką kółeczkiem łącznikowym. Z widocznym zadowoleniem oglądał naprawione cacko.

Raduś był w tej paczce najmłodszy. Zawsze tryskał humorem, na każdą okazję miał gotowych kilka dowcipów. Jego tajną wędkarską bronią były gumki. Miał ich całe pudła. Różne – oryginalne, poprzerabiane, ubarwione naturalnie i fantazyjnie. Jako fanatyk gum z niechęcią odnosił się do blach, które uważał za przynęty toporne i prymitywne. Podszedł do wędki Rybołapa, wziął mepsa do ręki i skrzywił się z niesmakiem. – Jak na taką choinkową ozdobę można złapać rybę? – postawił sam sobie pytanie i zaraz na nie odpowiedział. – Tylko niedoświadczone, chore, ślepe albo zmęczone życiem osobniki mogą się na to nabrać – drwił w najlepsze.

Gdyby ktoś teraz na niego spojrzał, z łatwością dostrzegłby nagły błysk w jego oczach i szelmowski uśmiech na twarzy. Raduś wyjął z pudełka czarny wodoodporny mazak i zaczął wprawnie błystkę zaczerniać. Najpierw skrzydełko, dokładnie z jednej i drugiej strony, potem korpus, aż wszystko zmieniło kolor z błyszczącego srebra na matową czerń. Widać było mu mało, bo odszukał plecak Rybołapa i wyjął pudełka z blachami. Usiadł i systematycznie, błystka po błystce, przemalował je na czarny mat. Zadowolony z dowcipu, pochwalił się kolegom.

Przywitała ich rześka bryza, która niosła przyjemny, wilgotny zapach wody. Zapowiadał się ciepły, słoneczny, jesienny dzień. Błękit nieba tylko gdzieniegdzie znaczyły pierzaste obłoczki. Po tafli jeziora ślizgały się resztki rzednącej mgły.

W drodze do ujścia Paklicy zatrzymali się na “ziółkach”. Tak miejscowi wędkarze ochrzcili podwodną górkę po drugiej stronie jeziora, naprzeciwko ośrodka wypoczynkowego. Było to rozległe śródjeziorne wypłycenie, blat o głębokości półtora metra, porośnięty rdestnicami i osoką aloesową, zwaną szczupaczym zielskiem. Blat rozciągał się na przestrzeni około dwustu metrów od bagnistego brzegu jeziora i blisko stu metrów od trzcinowej wyspy. Wyrośnięte rdestnice układające się wstęgami na powierzchni jeziora powodowały, że woda nad górką, inaczej zmarszczona przez wiatr, wyraźnie odcinała się od pobliskiej głębiny.

Wiatr osłabł. Wędkarze postawili łódki w dryf i sięgnęli po spiningi. Raduś celowo wybrał inną niż Rybołap łódkę i teraz obserwował go z bezpiecznej odległości.

Rybołap odpiął przynętę z zaczepu, ze zdziwieniem zatrzymał wzrok na błystce, przetarł oczy, potem błystkę. Przyjrzał się uważniej, podniósł sczerniałego mepsa do światła, zmrużył oczy, zastanawiając się nad zagadką. Trwało to wyjątkowo długo, aż wreszcie zaskoczył.

Obławiali ziółka dobrą godzinę. Oprócz rozpromienionego Radusia nikt z paczki nie mógł się pochwalić rybą. Dyżurny żartowniś wydłubał parę ładnych okoni i nie ukrywał, że ma apetyt na puchar. Szczupaki i okonie nie żerowały zbyt intensywnie, ale wszyscy mieli nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Łódki, popychane podmuchami wiatru, spłynęły na skraj płytkiej i głębokiej wody. Załoga jednej z nich rzucała przynęty w stronę głębi, druga ekipa ściągała je z płycizny w dół po stoku.
Rybołap, nieco zniechęcony brakiem powodzenia, prowadził darowanego rubleksa zmieniając jego tempo i tor, gdy poczuł wyraźne trącenie. Natychmiast się ożywił. Teraz staranniej kontrolował pracę przynęty. Urozmaicał jej ruch. Nie czekał długo. Szczupak zaatakował i niemal wyrwał mu kij z ręki. Wygięta w kabłąk szczytówka z pluskiem pacnęła o wodę. Jazgot kołowrotka informował, że plecionka umyka ze szpuli w sprinterskim tempie. Ryba nie żartowała, w pierwszym etapie ucieczki była nie do zatrzymania.

Po kilkunastu metrach drapieżnik w panice dopadł dna. Potężnymi machnięciami ogona wbił się w zielsko, podrywając obłok mulistej zawiesiny. Uwolnione bąble dennych gazów obficie wyskoczyły na powierzchnię, zdradzając miejsce jego schronienia.

Rybołap sapnął w napięciu i rozpoczął zabiegi, by skłonić rybę do opuszczenia kryjówki. Lekko dokręcił hamulec i zaczął pstrykać palcem w naprężoną plecionkę. Skutek był natychmiastowy, jednak nie taki, jakiego się wędkarz spodziewał. Ryba, w reakcji na drażniące sygnały, jeszcze głębiej wwierciła się w pokrywający dno roślinny dywan. Kolejna porcja bąbli wydostała się na powierzchnię.

Andrzej ze Zbyszkiem przyglądali się temu z zaciekawieniem. Raduś z Mariuszem podpłynęli swoją łódką bliżej i także kibicowali w napięciu. Niezrażony chwilowym niepowodzeniem Rybołap zmienił taktykę. Wyciągnął z kieszeni kawałek twardego styropianu i zaczął jeździć nim po plecionce. Kocia muzyka i drgania przesyłane do szczupaka tym razem pomogły. Drapieżnik wystrzelił do przodu, zrobił kilkunastometrowy odjazd i ponownie przymurował przy dnie. Rybołap podniósł kij i spróbował go oderwać. Szczupak powoli ustępował. Z początku nieznacznie, lecz z każdą chwilą wyraźniej, dawał podciągać się do powierzchni. Kiedy już się wydawało, że walkę przegrywa, zaskoczył wszystkich. Zrobił świecę, wyskakując wysoko nad wodę.

Zaprezentował się w całej okazałości. Mierzył chyba metr ze sporym okładem. Był pięknie wybarwiony. Miał ciemnooliwkowy, prawie czarny grzbiet, zielonkawe boki nakrapiane jaśniejszymi plamkami, srebrzystobiały brzuch, czerwonawe płetwy, teraz naprężone. Wygięty w łuk, efektownie stojąc na ogonie, trzepał rozwartą paszczęką bryzgając dookoła wodą. Usiłował wypluć trzymające go żelazo. Trwało to może sekundę, po czym zwalił się do wody z potężnym pluskiem, wzniecając fontannę rozbryzgów. Jego widok i demonstracja siły zrobiła wrażenie.
Kolejny odjazd, który potem nastąpił, uzmysłowił łowcy, że zapięta ryba nie będzie łatwą zdobyczą. Pozostali patrzyli jak urzeczeni. Raduś obserwował z zazdrością emocjonujące zmagania. Tak bardzo chciał dokopać Rybołapowi i zdobyć puchar, a tu jak na złość wygrana wymykała mu się z rąk.

Szczupak znów zatrzymał się przy dnie. Rybołap cały czas miał napiętą linkę i kontrolował sytuację. Zaczął od nowa podciągać szczupaka do powierzchni. Pompując mozolnie, odzyskiwał plecionkę. Nagle opór puścił! Zaskoczony wędkarz zachwiał się i omal nie wypadł z łodzi, tracąc równowagę. Linka zwiotczała, smętnie zwisając ze szczytówki spiningu.

O wpół do jedenastej skierowali łódki do następnego obiecującego miejsca. Był nim spad przy Plaży Wrocławiaków. W kwadrans dopłynęli na miejsce. Las w tym miejscu odsunął się od jeziora, tworząc pokaźną trawiastą polanę z sympatycznym, piaszczystym zejściem do wody. Doskonałe miejsce na biwak, od lat w wakacje zajmowane przez turystów z Wrocławia. Na polanie, przy leśnym dukcie prowadzącym tuż nad wodę, stał niebieski busik na wrocławskich numerach, ale w pobliżu nikogo nie było widać. Graniczący z trzcinami pomost także był pusty. Nie obawiając się, że komuś przeszkodzą, zabrali się więc do wędkowania.

Zakotwiczyli łodzie blisko siebie jakieś dwadzieścia pięć metrów od brzegu. Za pasem trzcin dno raptownie opadało na sześć, może osiem metrów. Gdzieniegdzie leżały na nim głazy, tworząc doskonałą kryjówkę dla nielicznych tu, ale dobrze wyrośniętych drapieżników. W porach żerowania szczupaki wypadały z niej jak torpedy w kierunku wypłycenia, siejąc popłoch i spustoszenie wśród gromadzącej się tam drobnicy.
Rybołap wyraźnie odpuścił. Łowił teraz jakby od niechcenia, niedbale rzucał przynętę to tu, to tam, bez żadnego pomysłu. Skupiony był całkowicie na obserwowaniu poczynań Radusia. Nagle powszechną uwagę zwróciło potężne chlupnięcie. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w tamtym kierunku. Dwadzieścia metrów od nich skotłowaną wodę znaczył potężny wir.

Raduś zamknął kabłąk i też czekał, aż przynęta opadnie na dno. Nie zdążyła! Poteżne targnięcie, wygięta wędka i przeciągły wizg kołowrotka dobitnie dały znać, że Raduś rzeczywiście miał dziś w życiu farta, a na kiju kawał ryby. Szczęśliwiec fachowo zabrał się do rzeczy. – Kotwica w górę, bo może się zaplątać – zarządził. Dokręcił hamulec. Jazgot kołowrotka nieco przycichł i zmienił ton, ale ryba nadal bez trudu wybierała linkę i zdecydowanie ciągnęła ku głębinie.

Pozostali wędkarze pozwijali swoje wędki, by koledze nie przeszkodzić. Mariusz sięgnął po aparat. Kibicowali w milczeniu
Raduś z niepokojem patrzył na szpulę, bo plecionki szybko ubywało. Jeszcze raz dociągnął hamulec, ryba stanęła.

To, co nastąpiło potem, było zupełnym zaskoczeniem. Ryba jakby złapała drugi oddech. Targnęła w jedną i drugą stronę, na powierzchnię wyskoczyły wielkie banie powietrza, potem jak lokomotywa popędziła do brzegu. Raduś w ostatniej chwili poluzował hamulec. Solidna plecionka pewnie by wytrzymała, ale wędkarz jak nic wypadłby za burtę albo musiałby puścić wędkę. Nie pojmował, co się dzieje. Wodny potwór wybrał kilkadziesiąt metrów linki i ani myślał się zatrzymać. Już blisko brzegu chlapnął raz i drugi na powierzchni, pokazując smoliste cielsko. – Zaraz ugrzęźnie na mieliźnie. Co on robi??? – zdumiewał się zupełnie skołowany Raduś. Po skroniach ciekły mu strużki potu, ręce nerwowo drżały, a na policzkach miał wypieki.

Tymczasem “sum”, chlapiąc na powierzchni, zaczął się niespiesznie gramolić z wody. Plecionka wraz z ripperem oplątywała przegub jego prawej ręki. Na pożegnanie nurek przyjaźnie Radusiowi pomachał, wyszedł na brzeg, zdjął ociekający wodą czarny skafander, wsiadł do niebieskiego busika i powoli ruszył ku ścianie lasu. Chwilę później nad polną drogą unosił się już tylko obłoczek kurzu. Kołowrotek dawno przestał pojękiwać, uwolniony koniec plecionki wypadł ze szczytowej przelotki i sunął po wodzie do brzegu.
Raduś zaniemówił. Dobrą chwilę patrzył to w stronę lasu, to na wędkę, to na kolegów. Wewnątrz kipiał. Zdumienie, wściekłość i bezsilność wobec absurdu, którego doświadczył, przekroczyły granicę jego wytrzymałości.

Andrzej Kaczkowski

Exit mobile version