Wędkarz Polski

KASKADER

Moczyliśmy nogi siedząc na kładce i oglądaliśmy regaty na jeziorze, a tę opowieść snuł mój imiennik.

Było ciepłe popołudnie. Siedzieliśmy przy stoliku na drewnianym tarasie kawiarni z widokiem na malownicze jezioro, wysoko nad opadającą ku brzegowi jeziora łąką. Popijaliśmy schłodzone piwo i leniwie gapiliśmy się na jezioro.

Nie zdążył dokończyć. Usłyszeliśmy głośny plusk i zaraz potem rozległ się histeryczny krzyk kobiety. W tej samej chwili Stefan znalazł się na łące, wykonał kilka przewrotów, podniósł się i w pełnym biegu wskoczył do wody. Stałem jak słup soli, przerażony dramatem i zaskoczony sprawnością Stefana. Fantastycznie wyszkolony – przeleciało mi przez głowę. – Takich umiejętności nie nabywa się na lekcjach wuefu! To był popis kaskaderski – wymamrotałem sam do siebie.

Kobieta na rowerze histerycznie krzyczała, mężczyzna stał pochylony trzymając się siedziska i starał się zajrzeć pod powierzchnię wody. To był żenujący widok. Nie wytrzymałem i zacząłem krzyczeć: “Skacz, tchórzu!”. On jednak zastygł w bezruchu.

Tymczasem Stefan dopłynął do miejsca tragedii i zaczął nurkować. Na miejscu było już kilka kajaków i rowerów wodnych z kibicami, zjawił się także bosman ośrodka na motorówce, ale nikt nie podążał mu z pomocą. Upłynęło wiele minut i już było wiadomo, że dziecko nie mogło przeżyć. Stefan, bardzo zmęczony, wyjął je wreszcie i podał bosmanowi, po czym z wysiłkiem wczołgał się do łodzi. Przy poręczy tarasu stali ludzie obserwujący to zdarzenie. Mężczyźni milczeli, jakaś kobieta szlochała. Sięgnąłem popapierosy i zapalniczkę Stefana i powlokłem się do bosmanówki.

Tego wieczoru kładliśmy się spać bardzo zmęczeni. Obudziło nas walenie w drzwi. W myślach szybko odtwarzałem sobie wczorajszy dzień, ale nie przypomniałem sobie, żebyśmy byli z kimś umówieni
– Co się dzieje – zapytał zaspany Stefan – kogo niesie?!

Właśnie mieliśmy zacząć uroczyste śniadanie, wszak przybył nowy zawodnik, kiedy do drzwi zapukał posłaniec od kierownika z wiadomością, że przyjechali panowie policjanci i bardzo proszą Stefana do siebie. Ten pewnie w duchu zaklął siarczyście, ale bez słowa poszedł spełnić swój obywatelski obowiązek złożenia, a raczej uzupełnienia zeznań, ja zaś opowiedziałem o jego wczorajszej popisowej akcji.

Gdy Stefan wrócił, zasiedliśmy do stołu, a po biesiadzie już nam się nie chciało wypływać na połów. Postanowiliśmy “odpocząć”, a potem zaczaić się na węgorza. Było ciemno. Z daleka dochodziły głosy rybaków i skrzypienie kołowrotu. Dwie latarnie na łodziach migotały jak robaczki świętojańskie. Od czasu do czasu ktoś niecierpliwy świecił latarką po szczytówkach, wtedy błyskały także nasze dzwoneczki. Ale milczały jak zaklęte.

Na chwilę zamilkł. – Ty chyba lepiej znasz Stefana. Mówią, że kiedyś graliście w tej samej drużynie. Kim on jest naprawdę? – zapytał.

Andrzej Remlain

Exit mobile version