Wędkarz Polski

LESZCZ

Rybołap, stary wędkarski wyga, natychmiast dostrzegł, jak fatalnie wędka jest uzbrojona. Na eleganckim korkowym dolniku zamocowany był zbyt wielki, morski kołowrotek. Spławik, mający niewiele wspólnego z waglerem, podobny raczej do buraka…

Spławik podskoczył parę razy i nieznacznie przesunął się w stronę pobliskiej kępy nenufarów. Rybołap z zadowoleniem mruczał pod nosem:

Nie lubił takich sytuacji, gdy schowany w zaroślach przed wścibskimi oczami i do cna pochłonięty tańczącym na wodzie spławikiem, nagabywany był przez obcych. Do tego znienacka! Opanował zakłopotanie, szybko zlustrował przybysza.
Po wesołej, ogorzałej twarzy można było sądzić, że ma koło trzydziestki, może trochę mniej. Był wysoki, dobrze zbudowany. Na głowę miał naciśniętą czapkę z pokaźnym daszkiem i rzucającym się w oczy napisem “Champion”. Prezentował się jak żywa reklama z najnowszego katalogu odzieżowego dla myśliwych i wędkarzy. Ubrany był w zgrabny uniform, skrojony jak się patrzy, o sportowo– wojskowych akcentach. Maskujące ciapki, cętki, plamy i kolor materiału doskonale zlewały się z otoczeniem. Mnóstwo sprytnych kieszeni i troczków dodawało całości wyszukanego smaku. Po prostu cudo! Przez ramię przewiesił wędkarską torbę, na piersiach zwisała mu ogromna lornetka. Na nogach miał wysokie, zapewne nieprzemakalne buty z goreteksu. W jednej ręce trzymał luksusowy model odległościówki renomowanej firmy, w drugiej poręczny, teleskopowy podbierak.

Rybołap, stary wędkarski wyga, natychmiast dostrzegł, jak fatalnie wędka jest uzbrojona. Na eleganckim korkowym dolniku zamocowany był zbyt wielki, morski kołowrotek. Spławik, mający niewiele wspólnego z waglerem, podobny raczej do buraka, kłuł w oczy wściekle jaskrawą, pomarańczową barwą. Biaława gruba żyłka prędzej nadawałaby się do wieszania bielizny niż finezyjnego łowienia.

Posmutniał i zamilkł. Chwilę potem przystąpił do działania. Zdjął torbę z ramienia, pogrzebał w środku i wyjął jakiś notesik. Kartkował go i bacznie studiował, strona po stronie.
Rybołap spojrzał zaintrygowany, wysilił wzrok i przeczytał napis na okładce: “Regulamin amatorskiego połowu ryb PZW”. Z zaciekawieniem czekał, co będzie dalej. Ciekawość szybko zmieniła się w osłupienie, a zaraz potem w irytację. Wędkarski adept precyzyjnie odmierzył od stanowiska Rybołapa 10 kroków i z energią zaczął przygotowywać własne stanowisko. Wielkim nożem wycinał trzciny tarasujące dostęp do wody. Co chwilę podbierakiem wyciągał z hałasem ucięte łodygi. Stąpał ciężko, niezdarnie, aż trząsł się cały brzeg. Robił tyle rumoru, że Rybołapa mało szlag nie trafił. Na szczęście w końcu ucichł. Zabrał się do wędki. Nadział na haczyk kukurydzę i niezdarnym zamachem chlapnął o wodę, tuż przy brzegu. – Zapomniał otworzyć kabłąk– domyślił się coraz bardziej wkurzony Rybołap.

Na twarz nieznajomego powrócił uśmiech, a Rybołap wyrecytował, wyjątkowo złośliwym tonem, zasłyszaną kiedyś fraszkę:
Co na koniec dać wędki,
pytał młodzik starego,
aby sukces mieć prędki,
powiedz dobry kolego?!
Stary odparł z powagą:
Sukces prędzej się zdarza,
gdy na koniec, ten grubszy,
dać dobrego wędkarza!

Rybołap mimochodem przysłuchiwał się rozmowie. Słyszał co prawda tylko wędkarza, lecz nietrudno było się zorientować, że jego sytuacja jest niewesoła. Zabrnął biedak w ślepy zaułek. Rybołap zmiękł całkowicie. Już nie było w nim złości, poczuł nawet odrobinę sympatii do niezdarnego żółtodzioba. Poszperał w plecaku, wyciągnął wysmukły, zgrabny spławik, przypon z “czternastki”, dobrał obciążenie z małych śrucinek, do woreczka odsypał trochę sprawdzonej zanęty. Wstał, podszedł do nieznajomego i zaproponował:

Milczenie przerwał Mariusz, mocno już zrezygnowany.

Lin nie miał większych szans. Chlapiąc ogonem o powierzchnię wody, po raz drugi nieuchronnie zmierzał do nastawionego przez Rybołapa podbieraka. Po chwili leżał już na trawie. Śliczny, złotawo-zielony, piękny okaz. Uradowany młodzieniec z radości rybę ucałował i trajkotał jak katarynka:

W najbliższym czasie będę odwiedzał inne łowiska i próbował swych sił. Dzięki panu jestem pewien, że potrafię już złapać takiego leszcza jak pan. Mariusz

Wojciech Kaczkowski

Exit mobile version