Wędkarz Polski

STARY CZŁOWIEK I RZEKA

Schodziłem wolno, rozglądając się po okolicy. Moja wściekłość powoli mijała, chociaż tak trudno pogodzić się z własną głupotą. Rzeka płynęła w tym miejscu szerokim zakolem, wcinając się łukiem w stromy brzeg. Spieniona, pełna zawirowań, uderzała swym rozpędzonym nurtem, podmywając skarpę. Po kilkunastu metrach, pod kępą olch, uciszała się i zwalniała. Woda wyglądała jak czarna smoła i pomyślałem, że musi być tam bardzo głęboko. I właśnie przy olchach go zauważyłem.

Siedział przykucnięty pod drzewem. Miał na sobie czarną marynarkę, która kolorem zlewała się z pniem olchy. Podchodziłem ześlizgując się po trawie, jak umiałem najciszej, lecz staruszek dość wcześnie odwrócił głowę i mnie zobaczył. Podszedłem bliżej i usiadłem.
Był siwy jak gołąbek, a jego twarz pokrywała siateczka drobnych zmarszczek. Przez kilka minut nie odzywaliśmy się do siebie. On spoglądał tylko co jakiś czas na mnie swymi błękitnymi oczami. Był to dziwny błękit: bardzo blady, przechodzący w siwiznę. Taką samą jak kolor jego włosów.

Po chwili staruszek się poruszył i mocniej ścisnął wędkę zrobioną z leszczynowej gałęzi. Spławik skoczył i szybko zniknął pod wodą. Wędkarz zaciął energicznie i mały okonek stroszący grzebień znalazł się na trawie.

Minęła chwila zanim staruszek odpowiedział.

Słońce już przeszło nad rzeką. Jego żółtoczerwone promienie dotykały wierzchołków sosen po drugiej stronie. Było bardzo cicho. Żaden dźwięk nie przerwał późnosierpniowego uspokojenia. Tylko rzeka szemrała swoją odwieczną mowę, płynąc w nieznane.

Poczekał, aż spławik znajdzie się pod wodą i energicznie zaciął.
Wędka wygięła się dość mocno, lecz staruszek pochylił się umiejętnie w bok, w kierunku wody. Ryba zakosami zmierzała ku kępie trzcin. Gdy już miała ją osiągnąć, uniósł wędkę i duża srebrzysta płoć wylądowała na trawie. Była gruba, tłusta i głęboko wdychała powietrze, które nie było już dla niej powietrzem.

Stary człowiek przymknął oczy, wsłuchując się w śpiew ptaka.

Nie odezwałem się, obserwując czarną wodę opływającą spławik. Po raz pierwszy zrobiło mi się głupio, że oszukałem staruszka, nie mówiąc, że jestem wędkarzem. Udając laika, wciąż ciągnąłem go za język, a on się zwierzał myśląc, że nic o rybach nie wiem. Chciałem mu nawet powiedzieć, że mój samochód stoi na drodze dwieście metrów stąd, że przyjechałem pospiningować, ale zapomniałem błystek, że od pierwszej chwili zachwycił mnie swoją osobą i gdybym się przyznał, że łowię ryby, nasza rozmowa nie potoczyłaby się tak, jak się potoczyła. Uznałem jednak, że nie zasłużył na to, aby znów go oszukiwać.

Gdzieś tam, za zakrętem, odezwały się dzikie kaczki, we wsi zaszczekały psy. Wolno zapadał zmierzch. Wzdrygnąłem się.

Wiesław Stułka

Exit mobile version