Wędkarz Polski

JAŚ I MAŁGOSIA

Dniami i nocami, z północy na południe ciągnęły klucze rozgęganych dzikich gęsi. Zdarzało się, że w nocy któryś klucz obniżał pułap nieco nad wierzchołki drzew i z przeraźliwym wrzaskiem okrążał jezioro aż do świtu. Stale miałem w uszach to głośne gęganie i często się zastanawiałem, o co się te gęsi tak zawzięcie kłócą lub o czym tak hałaśliwie rozprawiają.

Kilka lat wcześniej w tym samym domku i w takiej samej scenerii mieszkałem z moim nieodżałowanym kolegą, którego szczątki niedawno żegnałem po tragicznym pożarze na statku. Tego popołudnia nie zamierzałem wędkować. Usadowiłem się w sfatygowanym fotelu z zamiarem, by dokończyć lekturę powieści mojego ulubionego autora, ale czytanie wyraźnie mi nie szło. Odsunąłem firankę i przez wychodzące na jezioro okno patrzyłem na ciągnące na południe gęsi. Zatraciłem się we wspomnieniach i wydało mi się, że on znów siedzi wraz ze mną i w milczeniu razem oglądamy to fascynujące zjawisko na nieboskłonie.

Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. To przyszedł Jaś, od niedawna członek naszego koła, zapalony spiningista. Nieco odstawał od towarzystwa i właściwie nikt specjalnie za nim nie przepadał. W firmie powoził bryką jednego z mniej ważnych “wice” i również dlatego nie znalazł pewnego miejsca w drużynie.

Wykonaliśmy pętlę i zbliżaliśmy się do przystani. Jaś już był zmęczony, a ja, zdegustowany wyjątkowym bezrybiem, machałem wędką bezmyślnie nie wierząc w sukces. Patrzyłem na przelatujące klucze dzikich gęsi. Nagle od jednego z nich oderwała się gęś, zawróciła i gwałtownie obniżając lot siadła na tafli jeziora, wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. Natychmiast od klucza oderwała się druga i wykonując taki sam manewr siadła na wodzie obok niej. Teraz darły się obie. Po chwili zgodnie i już w milczeniu poderwały się do lotu i wyprzedzając inne klucze doganiały swój, który był już daleko. To wydarzenie nas ożywiło. Zaczęliśmy dyskutować o gęsiej małżeńskiej wierności i Jasiowi wyraźnie wróciła chęć do wędkowania.

Uderzenie było siarczyste! Widziałem, jak szczupak krótkim skokiem spod przewróconego drzewa dopadł Jasiowego woblera i zapiął się na amen.
Kiedy dobijaliśmy do pomostu, Jaś złożył mi propozycję nie do odrzucenia.

Nie przeżyliśmy razem żadnej przygody godnej odnotowania. Nie było ryzykownych wypraw ani rekordowych ryb. Była jedynie serdeczna znajomość. Okazją do wspomnień o Jasiu były jego pozdrowienia oraz zdarzenie z pewnych uroczych wakacji.

Spędzałem urlop u mojego serdecznego kolegi Marka. Mieszkałem w starym, ciągle czynnym młynie, który mimo prób podejmowanych przez zwolenników społecznej własności i ukołchozowienia zawsze był własnością jego rodziny. Młyn stał nad piękną i rybną rzeką, Marek miał śliczną młodszą siostrę Małgosię, pogoda była wymarzona, zdrowie jako tako dopisywało… Same plusy.

Tego dnia nie wędkowałem. Obaj z Markiem czekaliśmy na wspólnego kolegę Piotra, który obiecał do nas dołączyć. Przyjechał po południu i ledwo zdążył się przywitać, powiedział do mnie:

Oglądaliśmy zdjęcia z wyprawy do Finlandii, a Piotr opowiadał o Jasiu-szoferze, teraz jednym z dyrektorów dużej zagranicznej firmy. – Patrzcie, jak układają się ludzkie losy – mówił. – Człowiek skazany przez lumpów na niebyt zdobywa należną mu pozycję społeczną i szacunek ludzi, podczas gdy lumpy włóczą się po sądach i komisjach śledczych, dając żałosne popisy arogancji, chamstwa i tchórzostwa.

Andrzej Remlein

Exit mobile version