niedziela, 4 grudnia, 2022
Strona główna Bez kategorii LESZCZE SPOD LODU

LESZCZE SPOD LODU

Na lód czekałem jak na zmiłowanie. Obiecałem sobie, że tego roku powędkuję do syta. Łowisko, zimowisko barek, miałem blisko domu.
To ogromny akwen stale połączony z głównym korytem rzeki Odry.

Zimą jest tu sporo ryb. Kiedy dotarłem na łowisko, zastałem tam już spory tłumek. Najgrubszy lód był blisko brzegu. Zająłem miejsce niedaleko wędkarzy, którzy przywiązali do drzewa linę asekuracyjną.

Przy nich czułem się bezpieczniej. Wywierciłem przerębel i przygotowałem co trzeba do wędkowania. Podpórka, precyzyjne ustawienie gruntu, ochotka na haczyk i – na dno. Za pomocą koszyczka umieściłem w łowisku leszczową zanętę wymieszaną z dżokersem. Nie chciałem używać kul, bo w czasie opadania mogłyby się rozpaść i odciągnąć ryby z przerębla. Tutaj bowiem woda zawsze jest w ruchu.

Mijały minuty, kwadranse, godziny, a ja bez brania. U innych widać gdzieniegdzie drobną płoteczkę, okonka lub jazgarza, ale takich szczęśliwców można policzyć na palcach jednej ręki. Mimo to wytrzymałem do zmierzchu i nieźle już zmarznięty wróciłem do domu.
Niepowodzenie nie dawało mi spokoju. Szukałem jego przyczyn. Pierwsze, o czym pomyślałem, to hałas na lodzie. Na niewielkiej przestrzeni (większość z nas łowiła blisko brzegu) nieustannie ktoś wiercił, chodził i tupał. Myślałem też o ogromnej ilości rozmaitych zanęt wrzucanych do przerębli. Naturalny pokarm ryb jest o tej porze znacznie uboższy. Żerować wprawdzie muszą, bo inaczej nie przeżyłyby zimy, ale przemiana materii jest powolna. Brałem też pod uwagę rolę, jaką mogły odgrywać zmiany ciśnienia oraz temperatury (wody i powietrza). Uznałem, że jeśliby te zmiany następowały raptownie, to reakcja ryb powinna być natychmiastowa i bardzo widoczna, co by się objawiło zanikiem żerowania i brań. Jakże się myliłem w swoich domysłach i opiniach!

Po kilku dniach znowu jestem na łowisku. Lód jest grubszy, bezpieczniejszy. Najwięcej wędkarzy jest przy brzegu. Oddalam się od nich i idę na środek akwenu. Łowisko jest tu o metr głębsze. Mróz niewielki, dzień zapowiada się znośnie, ale pierwsze godziny wędkowania nie wróżą dobrze. Zanęcam samym dżokersem. Około południa spławik się nieznacznie podnosi. Zacinam, ale żadnego oporu nie czuję. W końcu pojawia się jazgarz, z którego dumni byliby akwaryści. Przesuwam śrucinę sygnalizacyjną dwa centymetry do haczyka. Pomaga, bo następne brania są bardziej widoczne. Spławik podnosi się już zdecydowanie. Wyjmuję kilka małych płotek. Okazy to żadne, ale radość duża.

Nazajutrz mój przerębel jest wolny. Wybieram z niego nocny lód, nęcę tylko dżokersem, ale w przeręblu studnia. Cały dzień schodzi mi na kombinowaniu. Zmieniam grubość i długość przyponów, wielkość haczyków, głębokość łowienia. Ponoszę klęskę, choć z lodu schodzę jako jeden z ostatnich.

W domu pilnie śledzę prognozę pogody. W czasie jazdy zadaję Stanisławowi wiele pytań, na które on udziela mi bardzo sensownych odpowiedzi. To łowisko, mówi, ma taki urok, że im niższe ciśnienie i nienormalna pogoda, tym większa płoć tu bierze. On sam ucieka tam, gdzie wędkarzy niewielu, bo na lodzie trzeba zachować spokój i mieć pojęcie o nęceniu. Jeżeli zanęta odróżnia się barwą od dna, to o dużych płociach można zapomnieć. Natomiast leszcz jest jak odkurzacz, pochłonie wszystko, co będzie leżało na dnie i nadawało się do zjedzenia. Stanisław mówi mi też, że jak ognia unika wędkarzy, którzy sypią zanętę w takich ilościach jak latem lub nęcą tartą bułką albo rozmoczonym chlebem. Takie miejsca ryby omijają wielkim łukiem. On sam jako zanęty używa tylko ziemi z kretowiska z dodatkiem dżokersa.
Ze Stanisławem umawiamy się na jutro.

Od rana okrutnie wieje. Mam coś do załatwienia w pracy, więc na łowisku jestem dopiero około południa. Stanisława spotykam na jego stałym miejscu. Na pytanie, jak idzie, podnosi z wiadra pokrywkę. Widok jest imponujący, a płociska ogromne.

Wiatr jest w porywach tak silny, że zwiewa mi siedzisko, które jedzie jak bobslej. Lód jest jak szklanka, bo wczorajsza deszczówka zamarzła. Wędkarzy szybko ubywa. Stanisław zaprasza mnie do swojego przerębla. Wracam do wczorajszej rozmowy, ale on zaczyna mówić o byczkach (sumiki karłowate – przyp. red.), które zamierza w tym roku łowić, bo jest ich dużo i dobrze smakują. Tę opinię przyjmuję z przymrużeniem oka. Siedzimy obok siebie niezbyt długo. Stanisław z kolegą jadą do domu, ja zostaję.

Zanętę przygotowałem zgodnie z jego wskazówkami: ziemia i dżokers. Zanęcam jednym koszyczkiem i czekam. Pierwsze branie jest piękne, spławik wynurza się do połowy. Zacinam, czuję żywy opór. Pierwsze zrywy mojej zdobyczy amortyzuje sprzęgło kołowrotka. Staram się rybę podnieść nad dno, żeby ją jak najszybciej wyprowadzić ze strefy nęconej. Walka się przeciąga. Zapominam o kąśliwym wietrze. Ryba robi parę zrywów, odchodzi na boki, w pewnej chwili pod półprzejrzystym lodem widzę żółtą łatę. Schylam się po osękę, leszcz gwałtownie odbija w dno. Odbiera parę metrów żyłki, ale po chwili znowu jest w przeręblu. Delikatnie podhaczam go pod pokrywę skrzelową i wyciągam na lód. Jego ciemnozłota łuska pięknie kontrastuje z jasnym tłem. Ma około 1,5 kg. Na drugie branie nie czekam długo. Spławik się unosi, zacinam, ale opór jest zdecydowanie mniejszy. Po chwili kolejny leszcz leży na lodzie.

Brania ustają. Przypomniałem sobie niedawno udzieloną mi radę: “Jeżeli leszcz przestaje brać, trzeba mu zamulić oczy”. Sypię zanętę lekko ugniecioną, żeby podczas opadania rozpadła się i utworzyła chmurę. Mimo tego zabiegu na następne branie czekam przeszło godzinę. Spławik unosi się zaledwie parę milimetrów. Zacinam, leszcz bez oporu pozostaje w przeręblu. Taki sam jak poprzedni. Wyciągam go ręką.
Wiatr ucichł, woda w przeręblu przestaje wirować, skończył się ciągły taniec spławika. Następne branie jest takie samo jak poprzednie. Minimalne uniesienie, zacięcie i jest kolejny leszcz. Rozglądam się, na lodzie już prawie pusto. Sam też zmykam, bo robi się ciemno. Jestem szczęśliwy z udanego połowu.

Następnego dnia znów spotykam się ze Stanisławem. Jest jak zawsze pogodny i uśmiechnięty. Trochę mu zazdroszczę tego życiowego optymizmu. Siadam przy wczorajszym przeręblu. Do południa nic się nie dzieje, tylko Stanisław daje koncert. Ma fart do dużych płoci. Zanęciłem tak jak on. Ziemią się ryby nie najedzą, a dżokers, położony w znacznej ilości punktowo na dnie, ściąga i przytrzymuje stado.
Około czternastej mam branie. Spławik nieznacznie się wynurza, zacinam, ale opór jest tak duży, że nie mogę ryby ruszyć z miejsca. Boję się o przypon, lecz w końcu podnoszę ją jakieś 30 – 40 cm nad dno. Ona jednak odzyskuje żyłkę, ciągnie jak lokomotywa. Kij pięknie ten odjazd amortyzuje, ale w końcu czuję luz. Wyciągam zestaw i, o dziwo, ochotka jest nienaruszona!

Nie zauważyłem, kiedy podszedł Stanisław. Pokiwał głową i powiedział z uśmiechem: – Miałeś ubota (po niemiecku U-boot to łódź podwodna – przyp.red.). Obserwowałem cię, nie popełniłeś błędu, to po prostu była duża i mądra ryba.
Sam o sobie mam inne zdanie. Po tylu godzinach czekania zlekceważyłem to branie. Nie byłem przygotowany do walki, skończyłem niefrasobliwie. Głowa gorąca, zniknęło gdzieś uczucie zimna, zostało rozgoryczenie i żal.

Godzinę później cały spławik wykłada się w przeręblu. Zacinam, tym razem już z wyczuciem. Opór podobny jak poprzednio. Jestem skoncentrowany i czujny. Ryba majestatycznie odchodzi w bok, wyciąga około 15 metrów żyłki. Sprzęgło pracuje nienagannie. Pompuję, ale co trochę żyłki nawinę, to ryba odwinie podwójnie. W końcu pod lodem dostrzegam jej potężny cień. Popuszczam sprzęgło na ful. To ratuje mi rybę, która z wielką siłą odbija w kierunku dna. Nie mam odwagi dokręcić sprzęgła i cała zabawa zaczyna się od nowa. Odjazdy ryby są coraz krótsze, wreszcie w przeręblu pokazuje się cień. Stanisław podbiera leszcza osęką i wyciąga go na lód. Jest olbrzymi. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to moja zdobycz. Stanisław gratuluje sukcesu, ja jemu dziękuję za pomoc. Obu nas dziwi, że na głowie i bokach leszcz ma wysypkę tarłową. Wygląda jakby go ktoś posypał kaszą manną. Oceniamy go na blisko trzy kilogramy. To mój największy leszcz złowiony spod lodu.

Długo nic się nie dzieje, dopiero pod wieczór spławik przepływa przez cały przerębel i niknie pod lodem. Zacinam, ale czuję dziwny opór, ryba rzuca się na wszystkie strony. Przeżywam tego dnia drugie miłe zaskoczenie: to byczek! Nie bardzo wierzyłem, gdy Stanisław mnie zapewniał, że byczki można łowić spod lodu. Teraz widzę, że miał stuprocentową rację.

Następne dni są fatalne. Nasze miejsca zajęli inni wędkarze, wokół przybyło wiele nowych przerębli, ryby zostały rozpędzone i przestały brać. Wynosimy się ze Stanisławem jeszcze dalej, szukając ciszy i spokoju. Tam Stanisław znowu pokazuje swoją klasę, ja też nie próżnuję, a przy okazji otrzymuję od niego kolejną radę. Stanisław mnie przekonuje, żeby złowionych ryb nie zostawiać na widoku.
Chętnych do wędkowania tanim kosztem nie brakuje – mówi – a i lód nie będzie rozwiercony jak szwajcarski ser.
Niezwykłe wydarzenie – na łowisku pokazała się czapla siwa. Nasuwało to myśl o wiośnie, a przecież mieliśmy dopiero początek zimy. Czapla spacerowała dostojnie od przerębla do przerębla wyjadając wyrzucone na lód jazgarze. Wyglądała przepięknie na tle białego lodu.

Roman Olczak
Wrocław

Poprzedni artykułDUŻO DUŻYCH LESZCZY
Następny artykułMAŁE DŻIGI

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments