Wędkarz Polski

ZANĘCONE OKONIE

W styczniowym “WP” napisałem, że dziadek Szuryn jest tak samo nieprzewidywalny jak nasze jeziora. Bo kto to widział, żeby nęcić okonie?! A dziadek nęcił. Tak mi przynajmniej mówił. Zapowiedziałem, że to sprawdzę, ale nie musiałem. Dziadek sam, z własnej woli i inicjatywy, zaprosił mnie na to niezwykłe wędkarskie widowisko.

Namówić mnie zimą na łowienie okoni spod lodu?
To się mogło udać tylko jednemu wędkarzowi: dziadkowi Szurynowi, którego wszyscy moi czytelnicy już dobrze znają. Z początku stawiałem opór.

W takich głębokich miejscach okonie zawsze stoją kilka metrów nad dnem, a te największe nawet przy samym dnie. Złowić je bardzo trudno. Na byle blaszkę nie dadzą się skusić, już prędzej na dużą mormyszkę. Niektórzy tu czasami po kilka tym sposobem wyciągali, ale dopiero wtedy, gdy zmienili żyłki. Dopóki stosowali te swoje pajęczyny (dziesiątki, 0,10 mm – przyp. BB), to mało kiedy z takiej głębiny doholowali okonia do przerębla. Zrywali je już po kilku metrach.

Natomiast żywca garbusy szybko wykrywają. Chyba wzrokiem, bo gdy świeci słońce, już po chwili są u góry i uderzają w samym przeręblu.
Czasami na dwóch – trzech się kończy, bo szybko się płoszą i już nie wracają. Dziś mieliśmy farta bardzo dużego, bo dawno nie złowiłem tylu naraz. Na kolację to nam chyba wystarczy (owszem, wystarczyło aż nadto, bo razem ważyły 5,5 kg – przyp. BB).

Bardzo rzadko tak łowię, bo złośliwym nie przetłumaczysz, że wszystko jest w porządku, przecież na wędce mam blaszkę, a nie żywca! Dlatego nie kazałem ci brać aparatu. Tacy zawsze widzą to, co chcą zobaczyć, a nie to, co powinni. Najgorsi są strażnicy. Dla nich wędkarz to łatwy łup, bo nie ucieka. Za płotkę mniejszą o milimetr portki by z niego ściągnęli. A jak się cieszą, kiedy mogą zabrać sprzęt i postraszyć kolegium! Tymczasem za ich plecami kłusole tłuką szczupaki aż dzwoni, ale oni nie będą ich przecież gonić po lasach. Już nie wspomnę o pseudorybakach, bo ich to chyba nic nie obowiązuje, żadne limity, okresy ani wymiary.

Tu dziadkowi przyznaję rację, bo prawie codziennie jestem na jeziorze i widzę, jak tak zwane brygady rybackie tłuką rybę aż dudni. Siatki stoją dzień i noc i tylko wędkarze klną, gdy o nie zahaczają. Czy gospodarstw rybackich żadne przepisy nie dotyczą? Czy Państwowa Straż Rybacka nie powinna się nazywać Straż Wędkarska? Bo przecież nie kontroluje rybaków, tylko na wędkarzach się wyżywa.

Bogdan Barton

Exit mobile version