Wędkarz Polski

POŚRÓD RZEK I JEZIOR OJMIAKONU

Syberia to słowo, na którego dźwięk moje serce przyśpiesza. Wędkarstwo to zajęcie, które sprawia mi przyjemność. Jadąc więc na Syberię, zabrałem wędkę. I choć nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem, wynik – mimo głodu, komarów i trudów wędrówki – był pozytywny.

Nasz wyjazd miał charakter naukowy, toteż był w części finansowany przez naszą uczelnię – Uniwesytet Wrocławski. Trudy, ale i przyjemności wyjazdu były udziałem trzech osób – Grześka, Tomka i moim. Z wykształcenia, jak i zamiłowania, jesteśmy biologami. Cała wyprawa, łącznie z dojazdem na Wyżynę Ojmiakońską, trwała dwa miesiące.

Północny biegun zimna
Naszym celem było jezioro Łabynkyr w Jakucji, dokładniej – na Wyżynie Ojmiakońskiej (Syberia). Rejon ten słynie z tego, że zimy są tu bardzo mroźne, a lata gorące. Roczna rozpiętość temperatur może sięgać 100 st. C. Najniższą temperaturę zanotowano tu w 1938 r. Wynosiła minus 77,8 st.C.

Jezioro Łabynkyr ma 14 km długości, 4 km szerokości, 60 m głębokości. Zagłębienie to powstało w wyniku uderzenia meteoru w powierzchnię Ziemi. Jezioro leży w górach Suntar – Chajata, które są przedłużeniem pasma Gór Wierchojańskich.

Pardwy, niedźwiedź
z wilkiem i ryby
Drugiego dnia naszej wędrówki wzdłuż rzeki Kujdusun, wieczorem zetknęliśmy się z przejawami tutejszego życia. Spłoszyliśmy stado pardw objadających się jagodami. Nieco dalej spostrzegliśmy odciśnięte w błocie, tuż obok siebie, tropy wilka i niedźwiedzia. Miejsce było urzekające. Znajdowaliśmy się w lesie, co ciekawe – liściastym (w tym rejonie Jakucji rośnie głównie modrzew). Tam, gdzie las się kończył, z ziemi wyrastała nagle łysa góra o kształcie wulkanicznego stożka. U jej podnóża, jednocześnie skrajem lasu, leniwie płynęła niewielka rzeka. Na jej powierzchni dostrzegliśmy kilka kręgów, a potem w wodzie dość wyraźną sylwetkę ryby. Po zwalonym drzewie zszedłem na rzeczną łachę, założyłem małą wirówkę i rzuciłem ją w pobliże tego obiecującego miejsca. W chwilę później poczułem opór miotającej się ryby. Wkrótce zdobycz leżała już na brzegu. Był to harius, syberyjski lipień. Świetnie! W ciągu półgodziny złowiłem dwa następne, a następnego ranka jeszcze sześć pięknych okazów.

Opuszczając nazajutrz to pełne uroku miejsce sądziliśmy, że pomału wkraczamy w obszar nietkniętej, dzikiej, syberyjskiej przyrody. Są już ryby, zapewne będą grzyby, leśne owoce… Jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo mylne były te nasze wyobrażenia.

Głodówka
W ciągu następnych kilku dni nasze zapasy prowiantu się wyczerpały. Zostało tylko kilka tzw. gorących kubków. Atmosfera stała się napięta. To już nie przelewki. Mocno osłabieni doszliśmy do rzeki i rozbiliśmy tam obóz. Niestety, mimo usilnych starań nadzieje na rybną kolację spełzły na niczym. Musieliśmy się obejść zupką w proszku. Nastroje były nietęgie.

Następnego ranka zwinęliśmy namiot i po równie “treściwym” posiłku ruszyliśmy dalej. Zamierzaliśmy dotrzeć do grupy jezior zwanych Małymi Jeziorami Łabynkyru. Stamtąd do samego Łabynkyru był już tylko dzień drogi. Nastał wieczór, a plan nie został zrealizowany. Brudni, słabi, z niecałym litrem wody w butelce zaszyliśmy się w śpiworach. Rano o pustych żołądkach powlekliśmy się dalej. Po przejściu kilku kilometrów znaleźliśmy się na bagnach. Straciliśmy orientację, a z naszej mapy nic sensownego nie dawało się wyczytać. W pewnej chwili daleko na horyzoncie spostrzegliśmy odblask wody. Zmordowani poszliśmy w tamtym kierunku, brnąc przez podmokłą łąkę. Sił dodawała nam nadzieja, że będą tam ryby. Na szczęście okazało się, że to jedno z tej grupy jezior, do których zamerzaliśmy dotrzeć.
W rybnej oazie, czyli łapaj szczupaka!

Wreszcie stanęliśmy na brzegu. Rozłożyłem wędkę, założyłem niewielką blaszkę i rzuciłem w otchłań kryształowo czystej wody. Poderwałem przynętę z dna. Po chwili poczułem niewielki opór. Niewiarygodne, pierwszy rzut i już jest! Na brzegu ląduje niewielki okoń. A więc są ryby! Bardzo się cieszymy.

Kiedy tak wyciągałem kolejne okonie, jakiś metr ode mnie coś podpłynęło do brzegu. To coś było podłużne, duże, machało płetwami i wyglądało jak wielki szczupak.

Pomyślałem sobie, że to już po zawodach, ale na wszelki wypadek i bez większego przekonania jeszcze raz rzuciłem przynętę. Tym razem był to wobler. Pierwszy rzut – nic. Drugi… jest! Ponownie kocioł w wodzie i ryba umyka. Powiedziałem chłopakom, że jak się znów zaczepi i zdołam go przyciągnąć do brzegu, mają po niego wskoczyć do wody. O dziwo, szczupak po raz trzeci chwyta przynętę! Udaje mi się go podprowadzić, reszty dokonują moi kompani. Piękna sztuka! Bierzemy miarę – sto pięć centymetrów. Przy okazji odzyskuję utraconą chwilowo blaszkę (złota trójka), która jeszcze tkwi w pysku naszej zdobyczy.

Decydujemy, że dla zregenerowania sił pozostaniemy w tym uroczym miejscu przez następne dwa dni.

U celu, ale nie tak miało być
To był widok straszny, przygnębiający. Ze szczytu wysokiego wzgórza oglądamy tragiczne skutki żywiołu. Setki hektarów popalonych i uschniętych drzew. W połowie lat 90. doszło do wielkiego pożaru, który zmienił tutejszy krajobraz. Nie jest to świeże pogorzelisko, więc przyroda do pewnego stopnia odrodziła się. Niestety znaczne obszary pokryte martwymi, popalonymi drzewami – modrzewiami – przypominają o klęsce. Niektóre drzewa oparły się jednak żywiołowi i mimo widocznych śladów nadpalenia zielenią się, dając nadzieję na przyszłość.

W oddali ujrzeliśmy jasny obszar otoczony górami – oto przed nami rozpościerał się północny skrawek jeziora Łabynkyr. Już wiedzieliśmy, że nie znaleźliśmy tu tego, czegośmy oczekiwali. Wystarczyło się rozejrzeć. Wokół tylko suche, popalone kikuty drzew. Mimo wszystko przenikało mnie stłumione uczucie spełnienia. Przed oczami migotał mi ten mały niebieski punkt na mapie, w który wpatrywałem się przez dwa lata. Właśnie znajdowałem się ledwie kilometr od niego! Natarczywie powracała jednak myśl, że wyobraźnia podsuwała całkiem inny obraz.

Zeszliśmy w dolinę, żeby wzdłuż wypływającej z jeziora rzeki dotrzeć do jego brzegów. Rzeka robiła imponujące wrażenie. Szeroka na kilkadziesiąt metrów, z mnóstwem grzyw na powierzchni, rozbijała się w szaleńczym tempie o liczne głazy. Jezioro Łabynkyr stwarzało niezwykłą, mistyczną atmosferę. Kryształowo czysta woda i kamienisty brzeg, wokół posępne góry ze sterczącymi martwymi drzewami, a do tego odpowiednie tło dźwiękowe: ponure zawodzenie pływających gdzieś daleko nurów. A cały mój połów to jeden harius. Jutro stąd spadamy. Zmusza nas do tego perspektywa głodu. Postanawiamy wracać do naszej rybnej oazy, nad jeziora Małego Łabynkyru. W drodze powrotnej przez dwa dni żywimy się jagodami, gotowanymi strąkami wyki i kwiatami dzwonków…

Okoniowe eldorado
Dotarliśmy nad jezioro, ale przed decyzją, czy się nad jego brzegami zatrzymamy, chcemy sprawdzić jego możliwości. Chłopcy spoczęli nawet nie zdejmując plecaków, a ja w otchłań nieznanej wody rzuciłem blaszkę. W rezultacie kilkunastu rzutów wyłowiłem parę okonków i małego szczupaka. Nie był to wynik porażający, ale postanawiamy zaryzykować. Zostajemy.

W tafli jeziora przeglądały się drzewa i gołe szczyty gór Suntar – Chajata. Zależnie od pogody krajobraz się zmieniał. Raz był łagodny i zachęcał do spaceru po górskich szczytach, kiedy indziej srogi, niegościnny, z przewalającymi się po niebie ciemnymi, ciężkimi chmurami. Jezioro okazało się bardzo płodne, obfitowało w duże ilości okoni. W dobrym miejscu co drugi rzut kończył się wyłowieniem ryby, a 30 – centymetrowe garbusy nie były rzadkością. Pewnego dnia w ciągu dwóch godzin wyjąłem około stu sztuk. Zdarzyło się nawet tak, że za jednym rzutem i na jedną przynętę złowiłem okonia i szczupaka. Za każdym razem, gdy przy brzegu jeziora myłem dłonie, podpływało kilka zwabionych tą czynnością okonków.

Jak Jakut z niedźwiedziem, czyli jak Polak z Jakutem
To się zdarzyło już w dalszej powrotnej drodze. W miejscu, gdzie powinien rosnąć las, brniemy przez kępy syberyjskich traw. Plecaki ciążą, w żołądkach pustka, a przed nami jeszcze 50 kilometrów. Tragedia. Nagle…

Jakuci zgodzili się zawieźć nas do Tomtora, najbliższej wioseczki, zamieszkanej przez 800 osób. Pomogliśmy im w sianokosach, oni nas nakarmili, a potem przenocowali w jednej z kilku chat, w których mieszkali latem. Z rana poszedłem na ryby. Jakutom obiecałem, że tym, co złowię, z nimi się podzielę. Przyjęli to z chęcią, ale i powątpiewaniem. Wprawdzie w rzece są hariusy, powiedzieli, ale “będzie dobrze, jeżeli coś złapiecie”.

Była to niewielka odnoga Kujdusunu, która odchodziła od głównego koryta, by niebawem znów się z nim połączyć.

Gde ty lowil?
Woda w rzece była kryształowo przeźroczysta. Ryby mogły się kryć tylko w dołach. Rzuciłem małą obrotówkę w dość wolno płynący nurt – tak, aby blacha spenetrowała głęboczek. Jeszcze nie zdążyła dopłynąć do jego krawędzi, kiedy z przeciwnego brzegu uderzył w nią harius. Kolejny rzut. Tym razem blacha przeszła nad dołem. Za nią popłynął piękny duży harius, ale na atak się niestety nie zdecydował. Następne próby też skończyły się niczym. Trudno, idę kilka metrów dalej. Woda bardzo płytka. Widzę małą ławicę hariusów. Wyciągam dwa. Przechodzę przez nadrzeczne zarośla kilkadziesiąt metrów z prądem rzeki. Tutaj połów jest obfitszy, a atmosfera wspaniała. Jest bardzo ciepło, świeci słońce, rzeka szumi, na drzewie przysiadła zawsze ciekawska sójka syberyjska. Sielankę psuje jedynie myśl, że w każdej chwili z krzaków może wyleźć mały miś w towarzystwie wielkiej niedźwiedzicy. W końcu wczoraj widzieliśmy je zaledwie parę kilometrów stąd…

W drodze powrotnej postanowiłem jeszcze raz odwiedzić jamę, w której skrył się duży harjus. Tym razem nie oparł się mojej blaszce. Kilkanaście ryb, które przyniosłem do obozowiska, zrobiło na moich towarzyszach i gospodarzach odpowiednie wrażenie.

Wyjazd ten zmienił moje wyobrażenie o wędkowaniu na Syberii. Sądziłem – naiwnie, jak się okazało – że tam w każdej rzece i w każdym jeziorze od ryb aż się kotłuje. Praktyka dowiodła, że i takie wody tam istnieją, lecz nie są regułą. Rosja to kraj obfitujący w wielkie przestrzenie nietkniętej przyrody, niekiedy jednak można trafić niezbyt szczęśliwie…

Karol Kustusch

Exit mobile version