Wędkarz Polski

CO TO BYŁO?

Sprzedawca widać coś dostrzegł, bo postanowił mi pomóc.

Moje wędkowanie zaczęło się przypadkiem na Mazurach. Dziadek postanowił odwiedzić swojego brata, którego nie widział od zakończenia wojny. Brat ów mieszkał w Wilkowie, niewielkiej wsi koło Węgorzewa. Dla niemłodego już człowieka podróż z Warszawy pod granicę to była cała wyprawa. Bał się jechać sam, więc mnie uprosił, żebym mu towarzyszył.

Były wakacje i w domu nie bardzo miałem co robić, toteż taka oferta bardzo mi odpowiadała. Po długiej i męczącej podróży dotarliśmy do Węgorzewa, gdzie z dwukonnym wozem czekał na dziadka, uprzedzony telegramem o naszym przyjeździe, jego brat razem z liczną rodziną. W Wilkowie powitalne przyjęcie było już przygotowane. Z racji młodego wieku w jego części alkoholowej nie brałem udziału, co wpędziło mnie w totalną nudę, bo powitanie przeciągnęło się do kilku dni. Dziadek, widząc mój zły humor, pogadał z bratem i obaj wymyślili dla mnie program turystyczny. Najpierw zwiedziłem kwaterę Hitlera w pobliskiej Gierłoży, później kuzyn wywiózł mnie nad Święcajty, w których od razu się zakochałem. W latach pięćdziesiątych Mazury nie były jeszcze „odkryte” i zaśmiecone. Byłem nimi zauroczony i stan ten trwał przez kilkanaście następnych lat, zanim zapachniało mi morze.
Po kilku dniach kuzyn zaproponował mi wyprawę na ryby. Czemu nie! Tego jeszcze w życiu nie robiłem. Zawsze to coś nowego.

Następnego dnia poszedłem na zakupy. Nie było wtedy takiego sprzętu jak dzisiaj ani takiego wyboru. Kije tylko bambusowe, składane, ale od różnorodności żyłek, spławików i haczyków zakręciło mi się w głowie. Jak się w tym wszystkim połapać? Co wybrać? Co też mnie podkusiło, żeby demonstrować taką samodzielność!
Sprzedawca widać coś dostrzegł, bo postanowił mi pomóc.

Podejrzliwie patrzyłem na jego poczynania. Na wędkarstwie się co prawda niewiele znałem, widziałem jednak parę razy, jak wędkowali kumple. Tymczasem to wędzisko, które wybrał mi sprzedawca, było jakieś krótkie, klejone z cienkich listewek bambusa, kołowrotek dziwny, nie dostrzegłem haczyków ani spławików, tylko jakieś blaszki. Jak tym cholerstwem łowić?

Kuzyn na widok moich zakupów tylko gwizdnął przez zęby.

Poskładał i po chwili wiosłowaliśmy do upatrzonego przez kuzyna miejsca. Kotwica poszła w dno. Kuzyn biczował wodę aż miło, więc spróbowałem i ja. Do dzisiaj nie rozumiem, w jaki sposób zdołałem się dokładnie owinąć żyłką i na dodatek wbić sobie kotwiczkę w plecy. Ze śmiechu kochany kuzynek dostał konwulsji i o mało nie wywrócił łódki. W końcu uspokoił się i spytał:

Za którymś tam razem złapałem zaczep. W żaden sposób nie mogłem go odhaczyć. Pozostało tylko odciąć żyłkę. Żeby stracić jej jak najmniej, postanowiłem ustawić się pionowo nad zaczepem i dopiero wtedy odcinać. Podnieśliśmy kotwicę i ku naszemu zdumieniu łódka powoli, ale zdecydowanie ruszyła do przodu, jakby miała silnik.

Jędrzej Łukasiewicz
Warszawa

Exit mobile version