Wędkarz Polski

ŚWIĘTOJAŃSKIE SPININGOWANIA

Dla spiningistów jednym z najlepszych miesięcy jest maj.

Szczęście nie trwa jednak długo i już na początku czerwca brania stają się coraz rzadsze, a wraz ze wzrostem temperatury i pierwszymi letnimi upałami drapieżniki jakby się zapadły pod ziemię. Wielu spiningistów sądzi, że czerwiec i lipiec to czas dla grunciarzy i spławikowców, którzy okupują najlepsze główki, a nam pozostaje czekać do jesieni. Ja też długo tak uważałem. Na zmianę tego poglądu wpłynął – jak to w życiu bywa – przypadek.

Pięć lat temu na początku czerwca słońce przypiekało niemiłosiernie. Stan wody był bardzo niski.

Przybrzeżne kryjówki się odsłoniły i ryby musiały wpłynąć w dołki albo w nurt. Wydawało się, że namierzyć je łatwo. Nad wodę wyprawiałem się prawie każdego popołudnia, ale ciągle spotykało mnie niepowodzenie. Tak było też tamtego pamiętnego dnia. Aż do wieczora ani puknięcia. Nie widziałem też, żeby ryby się spławiały lub atakowały drobnicę. Po prostu martwa woda. Zaczynało się zmierzchać. Spławikowcy już dawno zwinęli manatki. Z pustymi siatkami pojechali do domów narzekając na ciśnienie. Nad wodą zostałem sam.

Jeszcze kilka rzutów, dla świętego spokoju – powiedziałem sam do siebie. Ale i one były puste. Zerwałem z żyłki woblera i poszedłem do samochodu. Przekręcam kluczyk w stacyjce i… cisza. Jeszcze kilka razy próbuję go odpalić, ale bez skutku. Dobrze, że mam komórkę. Dzwonię do przyjaciela. Przyjedzie za godzinę. Siadam na skarpie. Jest prawie ciemno. Nawet komary stały się mniej nachalne.

Naraz na szczycie główki słyszę potężne chlupnięcie. Po chwili drugie. Ryba ponownie zaatakowała. Ręce mi drżą, kiedy z bagażnika wyciągam spining. Z trudem zawiązuję agrafkę i na chybił trafił wyciągam z pudełka jakiegoś woblera. Z mocno bijącym sercem wychodzę, a w zasadzie się skradam, na szczyt główki. Potykam się przy tym, mało nie rozbijając nosa, bo kamienie są rozmyte, a pomiędzy nimi wyrosła trawa zakrywając dziury. Rzucam woblerem. Celuję w środek nurtu, na przedłużenie główki. Wobler upada w szypoty. Od razu zaczynam skręcać, starając się sprowadzić przynętę pod warkocz. W napięciu oczekuję uderzenia ryby, ale wobler mija warkocz i spływa na spokojną wodę. Jest już jakieś pół metra ode mnie, kiedy na szczytówce czuję potężne szarpnięcie. Tak mocne, że gdyby nie dobrze wyregulowany hamulec, byłoby po wszystkim.

Niebawem 3-kilowy boleń ląduje na brzegu. Na sąsiednim przelewie następny głośno zaatakował drobnicę, ale nie mam ochoty iść do niego. Wiem, że skoro bije, to złowię go na swojej główce, więc rzucam drugi raz na przelew. Gdy tylko wobler spada na wodę, następuje atak. Ten boleń jest mniejszy – pięćdziesiątak. Dopiero teraz decyduję się przejść na drugą główkę. W pierwszym rzucie mam dwójkę. Stoję oniemiały na brzegu. Patrzę na zegarek. W ciągu zaledwie dwudziestu minut złowiłem komplet boleni, choć wcześniej przez cały tydzień nie miałem brania. Zastanawiam się: czy to przypadek?

Z daleka widzę światła. To kolega. Mina szybko mu zrzedła, gdy zobaczył moje bolenie.

Wędzisko powinno być dość mocne, ale bez przesady. Kij o ciężarze wyrzutowym od 5 do 30 g i długości 2,20 – 2,50 m zupełnie wystarczy. Zacięcia będą trochę spóźnione, dlatego dolnik powinien być sztywny. Do tego dobry kołowrotek z pełną szpulą żyłki 0,20-0,25. Nieodzowne są wodery, ale spodniobuty odradzam, bo są za ciężkie i korcą do wchodzenia w głębsze miejsca. To nie jest potrzebne, a w nocy bardzo niebezpieczne.

Najważniejszą przynętą są woblery o długości 5 – 12 cm, płytko chodzące, w kolorach flagowych, całe białe, uklejopodobne ze srebrnymi bokami i jasne łamańce. W nocy na przelewach potrzebne są też woblery schodzące głębiej, o mocnej akcji. Najwyżej cenię sobie balskory Sendala i jugolki. W swoim arsenale mam również imitacje owadów. W jasne księżycowe noce bardzo skuteczne są chrabąszcze i żółtobrzeżki Dariusza Mleczki, niezastąpione przy obławianiu tzw. klatek, czyli tych miejsc pomiędzy główkami, gdzie woda stoi lub wolno płynie.

Moją drugą przynętą są obrotówki, longi i aglie w rozmiarach od 2 do 4, prawie wszystkie w kolorze matowego srebra. Nocne obrotówki muszą mieć lekkie korpusy, żeby się dawały łatwo prowadzić blisko powierzchni. Lubię również lusoksy Meppsa
i karbowańce Knapa.

Ryby w nocy są tak samo płochliwe jak w dzień, dlatego na stanowisku zachowuję spokój. Staram się mało chodzić i oszczędnie wymachiwać wędziskiem. Nie wykonuję długich rzutów, bo drapieżniki żerują blisko, często na płyciznach tuż pod nogami. Najlepszy jest taki rzut, po którym na wodzie zobaczymy ślad opadającej przynęty. Im jest ciemniej, tym rzut powinien być krótszy.

Przynętę prowadzę blisko pod powierzchnią, bo ma ona udawać drobnicę, która przecież w nocy podpływa pod sam wierzch. Kleń i jaź dają się sprowokować do ataku, kiedy przynęta jest prowadzona tak blisko powierzchni, że zostawia za sobą bruzdę. Tym sposobem łowię przy warkoczach i na spokojnej wodzie obok miejsc, gdzie drobnica się pluska i wyskakuje nad wodę. Ale na tak prowadzoną przynętę drapieżniki nie zawsze reagują. Dlatego czasem warto sprowadzić woblera głębiej, zwłaszcza na przelewach i wtedy, kiedy wcześniej było widać atak, a przynęty prowadzonej pod powierzchnią ryby nie biorą.

Brania bywają bardzo różne, ale na pewno nie będą to typowe uderzenia w przynętę, które mocno poczujemy na wędce. Najczęściej są to delikatne przytrzymania, które musimy natychmiast zacinać. Właśnie do tego potrzebny jest mocny dolnik.
Łowienie na spining nocą nie jest dla nowicjuszy. Nawet ci, którzy mają już spore doświadczenie, mogą się okazać bezradni. Jeżeli to się komuś przydarzy, radzę spokojnie usiąść i obserwować wodę. Letnie noce są krótkie i jasne, więc zobaczyć można dużo. Szczególnie miejsca, w których następują ataki. Mam nadzieję, że podczas pierwszych nocnych łowów pomocne będą moje mapki. Przedstawiają one łowiska typowe, jakich w Odrze wiele. Pokazuję na nich miejsca, w których ryby przebywają cały dzień i z których zapewne wyruszają na nocne łowy. Sądzę tak, bo w dzień przy najgłębszych miejscach drobnicy jest mało. Dużo jest jej trochę dalej, gdzie za dnia drapieżniki zaglądają rzadko. Dopiero w nocy drobiazg ten wyskakuje ze strachu w powietrze.

Zachęcam do nocnego spiningowania, bo nocą wszystko wygląda inaczej. Nawet ryby są większe.

FM

Exit mobile version