Wędkarz Polski

OTROPIONY

List był lakoniczny: „Przyjeżdżaj, wytropiłem wielkiego pstrąga. Ma przynajmniej dwa kilo. Jest twój, jeżeli przyjedziesz szybko, bo długo nie wytrzymam. Leszek”.

Takiej propozycji odrzucić nie sposób. Co więcej, trzeba się spieszyć. Nie tylko wspaniałomyślność ma granice przy tak wielkiej pokusie. Inni zresztą też wędrują brzegami rzek, więc może się zdarzyć, że ktoś przypadkiem trafi na tego pstrąga i go wyciągnie.

W dwa dni uporałem się z najważniejszymi sprawami, resztę odkładając na później, trzeciego siedziałem już w nocnym pociągu. Leszek czekał na mnie na peronie. Myślałem, że od razu pojedziemy nad wodę, ale on nie podzielał mojej niecierpliwości.

Wiedziałem, że żadne argumenty nie zdołają go przekonać. Był uparty, a do tego jeszcze kochał się w dobrym jedzeniu.

Tylko pod przeciwnym brzegiem jest wolny przesmyk szerokości półtora, może dwóch metrów. Przy pniu, od naszego brzegu, prześwituje dnem płycizna, ale już trochę dalej woda staje się coraz bardziej ciemnozielona, a przed wąskim ujściem jest ciemny dół, nie wiadomo jak głęboki.

Cofam się za nadbrzeżne krzewy i idę opodal brzegu wznoszącego się znacznie ponad wodę. Wchodzę ostrożnie w przerwę między dwoma sosnami. Do lustra wody jest ostry spad na długość kija, ale miejsca na rzut wystarcza. Wypuszczam małą srebrną obrotówkę krótko, najwyżej dwadzieścia centymetrów od szczytowej przelotki, i rzucam spod siebie. Spada dobrze, pół metra od nurtu, pół od pnia. Szybko znika w ciemnej głębi. Zamykam kabłąk trochę za wcześnie i wolno prowadzę blachę czując, że idzie niedostatecznie głęboko. Rzut jest pusty. To obawa przed zaczepem. Boję się nie o blachę, lecz by szarpaniną nie spalić łowiska.

Drugi rzut w to samo miejsce, ale już wytrzymany, więc blaszka schodzi przynajmniej na trzy metry. Prowadzę bardzo wolno, bo czuję jej wirowanie. Stoję na górce i błystka idzie po skosie w stronę powierzchni. Kiedy jest na głębokości półtora metra, tuż za nią pojawia się torpedowaty kształt. Idzie za blachą, jest od niej o kilkanaście centymetrów. Nie mogę zwolnić, bo obrotówka przerwie pracę i opadnie na dno. Mam tylko jedno wyjście – lekko przyśpieszam. Wtedy właśnie uderza. Zacinam. Ryba nie robi żadnego zwrotu, nie przewija się, tylko gwałtownie ciągnie w tył, szarpie na boki. Widzę, że całą kotwiczkę ma w pysku i jestem spokojny. Odpuszczam mu lekko i wielkie półmetrowe cielsko znów mętnieje w zielonej głębi.

Choć wiem już, że dostanę tego pstrąga, pojawia się niepokój. Jak na tę wielkość jest niezwykle uległy. Dąży do dna, rad by wrócić do swej kryjówki, lecz wszystko to dzieje się jak na zwolnionym filmie. Leszek tymczasem nie wiadomo skąd zjawił się tuż przy mnie, wyjął mój podbierak, zszedł nad samą wodę i woła do mnie już nie ściszając głosu:

Z tego zbyt głośnego wołania, bo stoimy od siebie o kilka metrów, odczytuję podniecenie, które i jemu się udzieliło. Pstrąga mam w odległości dziesięciu – dwunastu metrów od brzegu. Podbierak jest już w wodzie. Kręcę więc energicznie, a on idzie prawie bez oporu, potulny, jakby zmęczony, choć jeszcze nie pokazał co potrafi. I dopiero na płytkiej wodzie wszystko nagle staje się jasne: on ma czerwone płetwy!
Ten kleń miał pięćdziesiąt siedem centymetrów i był niewątpliwie rybą medalową. A jednak go nie zgłosiłem. To była nasza zemsta nad nim za to, że udawał pstrąga. Niech idzie w zapomnienie.

Piotr Calisty

Exit mobile version