niedziela, 26 czerwca, 2022
Strona główna Grunt JEZIOROWE KLENIE

JEZIOROWE KLENIE

Z wysokiego brzegu zbiornika zaporowego można nieraz dostrzec stadka dużych ryb majestatycznie krążących pod powierzchnią. Czasem czerwienią błyśnie płetwa, czasem wielka ryba podnosi się do wierzchu i zbiera owady. To klenie, którym wypadło żyć w wodzie stojącej. Są masywne i grube, bo pokarmu mają pod dostatkiem i nie muszą zmagać się z prądem. Są bardzo ostrożne, więc żyją długo. Na wędkę trafiają przypadkiem. Dobrać się do nich można tylko wtedy, kiedy na tarło wchodzą do rzeki i zostają tam przez kilka lub kilkanaście tygodni.

Klenie łowię co roku w Rabie i Dunajcu na odcinku kilku kilometrów powyżej tamtejszych zbiorników zaporowych. Z Zalewu Czorsztyńskiego podchodzą w górę co najmniej do Ostrowska, a z Dobczyc aż pod jaz w Myślenicach.

Kiedy tylko pojawiają się pierwsze czereśnie, zwane majówkami, ruszam nad wodę z odległościówką i torbą owoców. W tym samym bowiem czasie – przeważnie w połowie maja, ale czasem już pod koniec kwietnia – klenie z wody stojącej ruszają do rzek. W okolicach Krakowa czereśnie zazwyczaj dojrzewają o dekadę wcześniej niż w Pieninach. Nieraz więc, gdy w Rabie łowiłem klenie już na dobre, w Dunajcu nie miałem nawet brania. Tam warto było zarzucić wędkę dopiero wtedy, gdy czereśnie dojrzały także w Nowym Targu.

Majówki otwierają pierwszy kleniowy sezon. Drugi zaczyna się wtedy, gdy dojrzewają wiśnie (uważam, że jako przynęta są lepsze od czereśni). Właśnie wtedy jeziorowe klenie, które są już w rzekach, przystępują do godów. Na ilość brań nie ma to wpływu. Albo więc podczas tarła żerują normalnie, albo też nie wszystkie wycierają się równocześnie. W każdym razie, jeżeli tylko woda nie jest bardzo zmącona lub nie ma załamania pogody, brania są pewne. W dobrym dniu trafia się wiele dużych ryb, przy słabych braniach łowię kilka trzydziestaków, ale nie przypominam sobie, żebym przy dobrym stanie rzeki
i pogody nie złowił nic.

Grube jeziorowe klenie zostają w rzece do pierwszego po tarle dużego przyboru. Wtedy te większe spływają do jeziora. Potem można jeszcze złowić komplet czterdziestaków, ale na rybę półmetrową szansa jest już niewielka. Z każdym przyborem kleni ubywa, ale jeżeli nie zdarzy się letnia powódź zwana świętojanką, to jeziorowe klenie łowię w rzekach do końca lata. Jednak im później, tym mniejsze.

Z kleniem na ty
Przybysze z jeziora zajmują te same miejsca co klenie rzeczne. Szukam ich w głębokiej spokojnej wodzie na poboczach prądu, w spowolnieniach nurtu przy opaskach, w dołach ze wstecznymi prądami i na głębokich płaniach. Niejednego godnego uwagi klenia wyjąłem też zza przeszkód w nurcie, zwłaszcza zza mostowych filarów. Nad długą dunajcową płanią spędzam czasem nawet cały dzień. W Rabie z jednego miejsca wyciągam co najwyżej dwie sztuki i idę dalej.
Brania są przez cały dzień, ale w Dunajcu najwięcej grubych kleni nałowiłem w południe i wieczorem. W Rabie kąpie się sporo ludzi, bo woda szybko się nagrzewa. Dlatego jeziorowe klenie biorą tam głównie przed południem i późnym wieczorem, w południe tylko drobnica.

Staram się nie rzucać rybom w oczy, bo to od razu procentuje wielkością łowionych sztuk. W Dunajcu, jeżeli to tylko możliwe, brodzę od strony płycizny, bo człowieka w wodzie ryby mniej się boją. Skoro już muszę łowić z wysokiego brzegu, to klękam, chowam się za krzakiem albo staję kilka metrów od wody. Unikam też jaskrawych ubrań. Ustawiam się co najmniej 20 m powyżej miejsc, w których mogą być ryby. Nie łowię tam, gdzie są lub niedawno byli inni wędkarze, bo w ciągu najbliższych dwóch godzin miałbym szanse co najwyżej na kilogramowe średniaki.

Czereśnia dalekiego zasięgu
Najczęściej używam 6-metrowej bolonki, bo długim kijem łatwiej mi kontrolować daleko spływający zestaw i utrzymywać żyłkę nad wodą. Kiedy jednak mocno wieje, sięgam po 4-metrową odległościówkę. Kołowrotek – jak najlżejszy. Przypon, zależnie od giętkości szczytówki, 0,10 – 0,12 mm, żyłka główna 0,14 – 0,16 mm. Czereśnia na cienkim przyponie spływa w sposób naturalny, a cienka żyłka główna jest mało wrażliwa na nurt i wiatr. Najlepiej łowi mi się żyłką pływającą.

Spławiki – od 1,5 do 3 g, niezbyt pękate, żeby przy zacięciu i ściąganiu zestawu nie stawiały dużego oporu. Uszko powinno być tuż przy nasadzie antenki. Korpusy maluję na czarno lub brązowo, antenki mają być długie, grube i jaskrawe, bo muszę je widzieć na fali z odległości co najmniej 50 m. Spławik obciążam luźną łezką lub oliwką założoną powyżej krętlika łączącego przypon z żyłką główną. Żeby obciążenie było wysoko i nie utykało między kamieniami, przypon jest długi na pół metra. Ponieważ zależy mi na utrzymaniu przynęty blisko dna, dociążam ją jedną małą śrucinką zaciśniętą 20 cm od haczyka. Węzeł nad krętlikiem zabezpieczam gumowym stoperem. Ponieważ pomiędzy przynętą a ciężarkiem jest półmetrowy odstęp, zestaw może spływać nawet przy dużych wahaniach głębokości. Jeżeli tylko ciężarek nie wklinuje się pomiędzy kamienie, to czereśnia raczej w nich nie uwięźnie. Kiedy mimo to mam dużo zaczepów, a nie chcę zmieniać gruntu, to podnoszę obciążenie o 10 – 20 cm. Dobrze dopracowany zestaw zapewnia mi komfort łowienia, bo mam mało fałszywych brań.

Na haczyk nr 4 – 6 z normalnym trzonkiem i okrągłym kolankiem zakładam całą czereśnię lub wiśnię, razem z pestką. Połówkę tylko wtedy, gdy brania są mało zdecydowane. Być może wyciekający sok powoduje, że kleń pewniej chwyta i połyka przynętę.

Grunt ustawiam tak, żeby przynęta była długo blisko dna. Po zarzuceniu spławiam zestaw przy otwartym kołowrotku przytrzymując żyłkę palcami lewej ręki. Staram się jak najdelikatniej hamować bieg spławika i utrzymywać żyłkę nad wodą. Kiedy w końcu żyłka przy spławiku położy się na wodzie i nurt zacznie ją wybrzuszać, rezygnuję z przytrzymywania zestawu, bo wtedy ściągałbym go w poprzek rzeki. Co kilkadziesiąt sekund podrywam żyłkę szczytówką i kasuję nadmierny luz. Staram się przy tym nie szarpać spławikiem, żeby nie spłoszyć ryb. Zestaw wypuszczam w dół rzeki tak daleko, jak tylko pozwala na to głębokość wody i widoczność spławika. Jeżeli łowisko jest dłuższe, to stopniowo schodzę w dół.

Gdy spławik tonie, zamykam kabłąk kołowrotka, żeby dać kleniowi dodatkową sekundę na połknięcie czereśni. Jeżeli w tym czasie spławik wypłynie, uznaję, że to nie było branie, lecz przynęta trąciła o dno, i łowię dalej. Gdy takich nieudanych zacięć mam kilka pod rząd, to zacięcie opóźniam nie o jedną, lecz o dwie – trzy sekundy. Zdarza się, że prowadzenie już się kończy, a brania nie było. Wtedy zestaw przytrzymuję i zacinam „w ciemno”. Zazwyczaj owoc przy tym spada i zanęca łowisko.

Brania drobnych kleni nie wyprowadzają mnie z równowagi. Jeżeli tylko łowisko nie jest przepłoszone, a przynęta (czereśnia lub wiśnia) spływa blisko dna, to prędzej czy później musi ją wziąć grube jeziorowe klenisko.

Karol Świebodzki
Myślenice

Poprzedni artykułWĘGORZE WIOSNĄ
Następny artykułOD NADARZYC DO ZABRODZIA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments