Wędkarz Polski

PODSTĘP

Oprócz mnie i Zenona wszystkie szczegóły tej historii znał jedynie mój brat, pracownik zakładu mięsnego w sąsiednim miasteczku

Idę o zakład, że z tej samej wody, o tej samej porze roku, w tych samych godzinach wyciągniemy dwa razy tyle co wy. Pod warunkiem, że wydłubiecie choć jedną sztukę. Bo zero razy dwa to też zero – gruby Franc zarżał tak donośnie, jakby mu się przypomniało jedno z jego nielicznych świadectw szkolnych. A mnie coś podrzuciło: – Taaak?! No to zakład stoi. Mój amerykański multiplikator z 400-metrowym zapasem żyłki zero cztery przeciwko twojej… twojemu… Co ty właściwie możesz postawić?

Usiadłem. W pubie „Złota Kaczka” zapadła ciężka cisza. Franc i Zbylut byli kompletnie zaskoczeni.

W pięć sekund później w „Złotej Kaczce” zapanował normalny zgiełk głośnych rozmów, ale mnie już tam nie było. Wracając do domu myślałem o tym, co mi tak przyćmiło rozum. Franc był wędkarzem wyśmienitym, jednym z najlepszych, jakich znałem. No, ale klamka zapadła…
Jeszcze w przedpokoju wystukałem numer Zenona. Tego wieczora dzwoniliśmy do siebie jeszcze ze cztery razy. Zenon najpierw mnie obsobaczył, a potem uznał, że jest szansa na wygraną. Jeżeli dyskretnie włączy się w to mój brat.

Następnego dnia punktualnie o piątej podjechaliśmy pod sklep przylepiony do szczytu starego młyna. Trochę obity zielony wartburg kombi z uniesioną tylną klapą stał już nad rzeką, a oni dwaj siedzieli na zwalonym pieńku.

Zenek rzucił złotówkę. Orzełek. Franc na wszelki wypadek podniósł monetę i obejrzał ją z obu stron. Odetchnąłem. Franc rzucił mi krzywe spojrzenie i mruknął: – Coś mi tu śmierdzi, Zbylut. Dobrze, żeś wziął ten szperacz. Prąd pociągniemy z młyna, dogadałem się.
Zenon zbladł, ja też się zdenerwowałem, co czujny Franc zauważył: – Powiadam ci, Zbylut, oni coś tu kombinują. Ale się przejadą. Zbiórka w sklepie rano, równo o siódmej. Ważymy, zabieramy kołowrotek i do widzenia. Zbylut, idziemy!

Przejechaliśmy most, aby zaparkować auto na drugim brzegu, nieco wyższym i zakrzaczonym olszynami. Trzysta metrów poniżej naszych stanowisk, niemal pod samym mostem, siedział samotny wędkarz w ciemnozielonym sztormiaku z kapturem na głowie. Szybko rozłożyliśmy sprzęt
i zajęliśmy stanowiska blisko siebie. Pochwyciliśmy siedmiometrowe tyczki uzbrojone w zestawy na leszcza. W środek nurtu wpadły dwa ciężkie zestawy gruntowe, z rosówkami na kutych haczykach. Nasi przeciwnicy rozłożyli się na drugim brzegu nieco niżej. Oddzielało nas jakieś osiemdziesiąt, może sto metrów. Na komendę Franca Zbylut zarzucił cztery gruntówki tak, że przykryły prawie całą szerokość rzeki. Ledwie zszarzało, na drugim brzegu błysnął silny reflektor, który już po sekundzie skierował się w naszą stronę.

Z porwanymi wędkami uporali się nadspodziewanie szybko. Po półgodzinie z drugiego brzegu do wody poleciał pierwszy nowy zestaw, a po kwadransie drugi i ostatni. – Oho – szepnąłem do Zenona – Franc poluje na suma. Tak jak przewidziałeś.

Światło szperacza znowu przecięło rzekę, tym razem bardzo blisko naszych stanowisk. Byłem pewien, że Zbylut zajął się wyłącznie obserwacją naszego brzegu. Gdzieś tak koło trzeciej światło reflektora zadrgało, a z drugiego brzegu doleciał nas podniecony głos Franca: – W cholerę ze szperaczem! Zwiń drugi zestaw i bierz osękę. Musi mieć ze trzy dychy…

Słuchaliśmy z uwagą odgłosów walki. Franc kilkakrotnie wchodził do wody, a potem wychodził usiłując osłabić potwora, który prawie cały czas wybierał mu żyłkę z kołowrotka i buszował gdzieś w pobliżu mostu. Po godzinie tych zmagań Franc zakomenderował: – Ustaw szperacz. Tu go wyciągniemy.
Zbylut posłusznie przestawił reflektor i oświetlił sylwetkę Franca.

Minęły kolejne dwa kwadranse. Było już całkiem jasno, więc wszystko widzieliśmy bardzo dokładnie. Wreszcie przyciągnęli bestię do brzegu.

Za kwadrans siódma zwinęliśmy nasz majdan. W siatkach podskakiwało sześć leszczy i jedenaście płoci. Razem ważyły, co pokazała potem waga w sklepie, osiem kilogramów i siedemdziesiąt sześć deko. Franc i Zbylut oddalili się zielonym wartburgiem, zanim dotarliśmy do młyna. Zdziwiona sklepowa wskazała nam ustawioną pod stolikiem starą spawarkę.

Cała ta sprawa była tematem wielu komentarzy wygłaszanych w „Złotej Kaczce” przez następne tygodnie. Franc omijał pub z daleka. Zenon i ja nie wypowiadaliśmy się na ten temat, nawet gdy nas o to natrętnie nagabywano, a najbardziej ciekawskich odsyłaliśmy do grubego sumiarza.
Oprócz mnie i Zenona wszystkie szczegóły tej historii znał jedynie mój brat, pracownik zakładu mięsnego w sąsiednim miasteczku. Bez trudu zdobył padłego świniaka średniej wielkości. Często razem wędkowaliśmy. Miał dobry ponton z elektrycznym, bezszmerowym silnikiem.

Roman Suwik

Exit mobile version