Wędkarz Polski

BYWAJ

I będę powtarzał do końca wędkarskiego świata: najważniejsza jest zanęta! To tyle – stary Zyga zakończył długi monolog i odstawił osuszony kufel. – Muszę się pokazać w domu. Zapamiętałeś mój przepis na jesienną zanętę? Bywaj!

Odstawił grube szkło i wytoczył się z baru „Złota Kaczka” nie zapłaciwszy za to, co wypił przez ostatnie cztery godziny. Pomyślałem jednak, że jeżeli mówił prawdę, to może wyjdę na swoje.

Zadzwoniłem do kumpla, który pracował w niewielkim browarze.

Wysłodziny woniały… no, wolę nie mówić jak. Bałem się, że samochód przesiąknie tym odorem do końca swoich dni. Na szczęście beka jakoś się zmieściła w garażu, choć gdyby nie brat, który akurat wpadł na chwilę, nie zdołałbym jej zestawić z przyczepki na betonową podłogę. Z drugiego garażu wyszedł sąsiad-policjant.

Brat roześmiał się tak radośnie, jakby ten dowcip dotyczył jego dyrektora, a nie rodzonego brata. Wkurzyłem się.

Wcześniej o tym nie pomyślałem. No, trudno. Jak się zepsuje, to wyrzucę. Jeszcze tego samego dnia pojechałem nad rzekę, żeby przetestować zalatującą bimbrem breję. Dodałem ją do zanęty zrobionej wedle przepisu starego Zygi. W miejscu, gdzie wpadło do rzeki kilka kul, woda już po paru minutach zaczęła się niemal gotować. Lekką wędką w krótkim czasie złowiłem na białego robaczka tuzin płotek i piękną krasnopiórę. Zmieniłem miejsce i nieco wyżej, na płyciźnie za zakrętem, znowu wrzuciłem do wody trzy kule. Spławik prawie od razu zanurkował. W kwadrans wyciągnąłem z wody osiem spasionych płoci i wymiarowego klenia. No, jeżeli tak, to znalazłem złotą żyłę. Trzeba przemyśleć, jak to opatentować. Oczywiście ze starym Zygą do spółki, skoro on to wymyślił. Rewelacja na skalę światową! A w browarach tyle się tego dobra marnuje! Złota żyła!

Moim autorskim wsadem w przyszły sukces miał być przepis na przynętowe ciasto. Wieczorem, w kuchni, zrobiłem trzy rodzaje klusek z dodatkiem wysłodzin. Ich zapach wzmagał się z godziny na godzinę, bo w beczce ustawionej w kącie garażu, najwyraźniej zaczęła się alkoholowa fermentacja. Żona trochę się denerwowała i kazała mi „skończyć z tym bimbrownictwem, zanim zlecą się tu menele z całego powiatu”. Odrzuciła moje zapewnienia, że to, co dziś tak drażni jej powonienie, jutro może nam przynieść fortunę.

Brat, choć niechętnie, zgodził się, żeby jego zamrażarkę potraktować jako magazyn eksperymentalnej przynęty. Obiecałem mu stosowne udziały w przyszłym biznesie i jedno ze stanowisk dyrektorskich. Późnym popołudniem znowu wybrałem się nad rzekę, żeby wypróbować kilka wersji ciasta. Wziąłem wiadro wysłodzin i stosowne dodatki. Wszystkie próby wykazały to samo: im więcej sfermentowanych wysłodzin w cieście, tym też więcej brań. Inne składniki pełniły jedynie funkcje wypełniacza i lepiszcza.

W dwie godziny potem wracałem do domu. W bagażniku leżał rower z bambetlami starego Zygi. On sam chrapał na tylnym siedzeniu, kompletnie pijany. Wyjadł wszystko, co zostało w wiadrze.

Na podwórku przed garażem kręcił się rozgadany tłumek, a moja żona tłumaczyła coś sąsiadowi-policjantowi. Dwóch ludzi z zakładu oczyszczania wylewało właśnie całą zawartość mojej beczki do kanalizacji. Kiedy wysiadłem z auta, na podwórku zrobiło się cicho. Żona spoglądała na mnie z wyrzutem w oczach. Policjant pokiwał groźnie palcem i chciał coś powiedzieć, ale przeszkodził mu stary Zyga, który wyturlał się z samochodu, wskazał na mnie i wybełkotał:

Roman Suwik

Exit mobile version