poniedziałek, 27 czerwca, 2022

BYĆ KOLONIĄ

Trudno dziś ustalić, kiedy artykuły wędkarskie stały się w Polsce dostępne w handlu. Z nielicznych wzmianek sądzić można, że na przełomie XVIII i XIX wieku w Warszawie trudniono się sprzedażą haczyków, plecionek, zwanych kordonkami, a być może także innego sprzętu, przede wszystkim zaś sieci. Producenci sieci pracujący dla rybaków dość szybko dostrzegli rynek wędkarstwa amatorskiego.

Jednakże podstawowym artykułem był haczyk. Przez większą część XIX wieku produkcja haczyków nawet w wielkich i sławnych manufakturach angielskich opierała się o pracę ręczną. Setki chałupników zaopatrywanych przez nakładcę w prymitywne urządzenia wyginało w odpowiedni kształt miękki jeszcze drut z naciętym grotem i zadziorem. Właściciele manufaktur zachowywali w ścisłej tajemnicy wyłącznie technologię hartowania, najważniejszą fazę w wytwarzaniu haczyków.

Pierwsze „automaty” – maszyny do produkcji haczyków – skonstruował, na zamówienie Hansa Mustada, Mathias Topp. To właśnie dzięki zautomatyzowaniu produkcji Mustad wszedł skutecznie na rynki światowe, na których wcześniej w Europie dominowali Anglicy, a na Dalekim Wschodzie Japończycy.

Przez bardzo długi czas haczyk był jedynym elementem wędki trudnym do wykonania we własnym zakresie, ale już wiejscy kowale nie mieli z tym większych trudności. Wymagania jakościowe stawiane haczykom nie były zbyt wysokie. Poza łowieniem na sztuczne muchy, uprawianym w XIX wieku przez nielicznych, dominowały uproszczone sposoby łowienia. Narzędziem częstszym od wędki był sznur, a wędkowanie opierało się najczęściej o technikę połykówki. W połykówce sukces łowiącego możliwy jest wtedy, kiedy ryba połknie przynętę wraz z tkwiącym w niej hakiem. Zasadą tego sposobu łowienia było samozacięcie ryby, ale nie w obrębie jej pyska, lecz wewnątrz przewodu pokarmowego. Emocje takiego łowienia uboższe były o zacinanie i ograniczały się właściwie do holu.

Przy takim sposobie łowienia kołowrotek, który dziś jest składową prawie każdej wędki, nie był praktycznie potrzebny. Zastępowało go z powodzeniem motowidło, czyli dwa kołeczki umocowane w rękojeści wędziska, a do „spiningowania” opisana przeze mnie w „Wędkarzu Polskim” (10/99) wędka specjalna, czyli dziergawka.

Przez długi czas w Europie, a także w Stanach Zjednoczonych, był raczej wytworem drobnych firm, przeważnie zegarmistrzowskich. Jego europejski pierwowzór, kołowrotek nottingham, miał drewnianą szpulę i służył wyłącznie jako zasobnik sznura. Idea precyzyjnego kołowrotka, który mógł być wykorzystany do bezpośredniego rzutu, zrodziła się w Ameryce i wyszła właśnie od wędkarzy-zegarmistrzów. Pierwszym był podobno Onesimus Ostonson, który już w roku 1770 ogłaszał, że sprzedaje różnego rodzaju mosiężne zawijaki do sznurów.
Nieruchomą szpulę, z której spada żyłka, wymyślił Szkot P. D. Malloch (1880); prototyp kołowrotka spiningowego stworzył w roku 1905 tkacz Illingworth. Przemysłową produkcję tego kołowrotka podjęła w 1932 roku angielska firma Hardy. Pierwszy model nazywał się Altex. Rok później został on udoskonalony i wypuszczony na rynek pod nazwą Hardex. Kołowrotki te przyczyniły się do upowszechnienia spiningu.

Łowienie ryb wędką dla przyjemności było zajęciem ludzi o pewnym poziomie zamożności, najczęściej posiadających własne wody. Prawo łowienia ryb nie było bowiem przywilejem powszechnym i nie zawsze należało do państwa, lecz najczęściej związane było z własnością ziemi, przez którą przepływała rzeka lub na której znajdowało się jezioro. Na terenie Polski prawo wodne zostało ujednolicone najwcześniej w zaborze austriackim (1882).

Choć więc liczba wędkujących, zwłaszcza takich, którzy skłonni byli zaopatrzyć się w odpowiedni sprzęt, była niewielka, mądrzy ówcześni przedsiębiorcy starali się zaspokoić i te potrzeby, realizując w ten sposób dewizę zapewne nieznanego im wówczas Hansa Mustada: amator nie zważa na cenę, lecz na jakość. Krakowskich wędkarzy już od końca XIX wieku zaopatrywała firma Drobner. Pamiętam ten sklep mieszczący się na placu Szczepańskim w sąsiedztwie obecnego Teatru Starego, czynny jeszcze po wojnie. Drobner przysłużył się polskiemu wędkarstwu wydając własnym sumptem książkę Józefa Rozwadowskiego, która wcześniej ukazywała się jako cykl artykułów w „Przeglądzie Rybackim”.

W Warszawie sprzętem wędkarskim zajmowała się firma Bracia Szenberg, działająca przy ul. Miodowej 5 od roku 1886. Bracia Szenberg nie tylko produkowali (głównie wędziska i linki), ale także handlowali wyrobami zagranicznymi. Między innymi sprzętem słynnej angielskiej firmy Hardy, której byli oficjalnymi przedstawicielami w Polsce. To właśnie u Szenbergów Feliks Choynowski zamówił wielofunkcyjne wędzisko własnego pomysłu, które miało być produkowane seryjnie. Niestety wojna przekreśliła te plany, warsztaty Szenbergów spłonęły, nie zachowała się ani dokumentacja, ani żaden egzemplarz tego wędziska.

Łaskawiej obszedł się los z dużo młodszym konkurentem Szenbergów, firmą Meynas i Radwański działającą pod nazwą „Sum”. Bronisław Radwański był wędkarzem z pasją, członkiem i aktywnym uczestnikiem prac Warszawskiego Towarzystwa Wędkarskiego. Nawet podczas okupacji sobie tylko wiadomymi drogami uzyskał od władz niemieckich zezwolenie na łowienie ryb.

Import sprzętu niezbędny do zaspokojenia potrzeb wędkujących nie przysłaniał możliwości podejmowania produkcji w kraju. Nie tylko Bracia Szenberg i Meynas & Radwański zasilali rynek wędkarski własnymi wyrobami. W Warszawie linki wędkarskie wytwarzała firma Leonarda Cybe, w Nowym Sączu produkcją wędzisk, także klejonych, zajmowała się firma Henryka Walla, a Jan Harbar, aptekarz z Sanoka, wykonywał na zamówienie wodery. To tylko przykłady najbardziej znanych producentów.

Już przed wojną Meynas i Radwański rozpoczęli pracę nad polskim modelem kołowrotka o stałej szpuli. Zostały one pomyślnie ukończone już podczas wojny, w roku 1943, ale do produkcji nie doszło. Zdjęcie jedynego zachowanego przez spadkobierców Radwańskiego niekompletnego kołowrotka o nazwie „Sumex” zamieściłem w „WW” (1977, nr 4). Kołowrotek zaopatrzony był w przekładnię talerzową i szpulę z duraluminium mieszczącą 50 metrów żyłki 0,20. Konstruktorzy nie wbudowali hamulca wychodząc z założenia, że stosowne operowanie korbką zupełnie wystarcza. Firma przetrwała wojnę i ciężki okres powojenny tępienia tak zwanej inicjatywy prywatnej. W projektach był też kołowrotek ze szpulą ruchomą. Jego dokumentacja techniczna się przechowała, lecz produkcja nigdy nie została wdrożona. Tę zasłużoną dla warszawskiego wędkarstwa firmę, znaną ze znakomitych błystek obrotowych „Super-wir” i wahadłówek trociowych, skutecznie doprowadzili do upadku zarządcy Domu Wędkarza.

Sklepik po „Sumie” oddany został we władanie bankowi.
Ta smutna refleksja nie jest przypadkowa. Wynika ona z całkowitego lekceważenia przez obecne władze PZW zapisu statutu stwierdzającego m.in., że związek realizuje swoje cele przez inicjowanie i rozwijanie współpracy z zakładami produkującymi sprzęt wędkarski i przedsiębiorstwami prowadzącymi sprzedaż tego sprzętu. Pomysł zaangażowania organizacji wędkarskiej w produkcję krajowego, a więc tańszego i przez to szerzej dostępnego sprzętu, nie jako bezpośredniego wytwórcy, lecz inicjatora lub mecenasa stosownych przedsięwzięć, zrodził się już w Związku Sportowych Towarzystw Wędkarskich. Z tej inicjatywy powstała spółdzielnia Sprzęt Wędkarski, a potem związkowe przedsiębiorstwo Polsping, istniejące do dzisiaj, ale nie jako własność związku.

Skutki obojętności władz wędkarskich mogą być jedną z przyczyn widocznego już dziś załamania rynku wędkarskiego w Polsce. W okresie gwałtownego rozwoju po roku 1989 jego „koryfeusze” obrali błędny kierunek lokowania wątłych zresztą kapitałów w handlu, nie zaś w produkcji. Świetna z pozorów koniunktura, zwłaszcza na rynku rosyjskim, skończyła się tak gwałtownie, jak przyszła. Ci, którzy zachłysnęli się błyskawicznym sukcesem, czasem popadając w gigantomanię, objawiającą się między innymi próbami wydawania własnych czasopism wędkarskich, nie obronili krótkotrwałego sukcesu.

Dziś rzeczywisty, choć nie spektakularny sukces bez załamań odnoszą tylko producenci, by wymienić Tyszkiewicza, Piskorskiego, Łopatkę, Gutkiewicza i kilku innych; małe lub co najwyżej średnie firmy.
Stosunek PZW do problemów rynku mimo przytoczonego zapisu statutowego, jest co najwyżej obojętny, trudno bowiem pogrzebanie „Suma” traktować jako współpracę z rynkiem wędkarskim. Przecież z kwot, złożonych przez koła i okręgi na rachunkach oszczędnościowych, można by bez trudu i z pożytkiem dla ogółu utworzyć fundusz promocji krajowego sprzętu. Próba dialogu między ZG PZW a wędkarskim biznesem, podjęta w roku 1997, okazała się tylko manewrem przedzjazdowym.

Dziś wędkarz ma do wyboru albo tani sprzęt niskiej klasy, albo wysokiej jakości, ale drogi, często droższy niż za granicą. Drenują nas obcy producenci i krajowi pośrednicy. Pomysł zrzeszenia importerów okazał się myszowatą córką nawet nie góry, lecz zwykłego pagórka. Reprezentacja wielusettysięcznej organizacji wędkarskiej nawet palcem w bucie nie kiwnie, by wyjednać u władz obniżenie do rozsądnego poziomu nadmiernie wysokiego cła na sprzęt wędkarski. Nie dlatego, że nie może, bo żaden rząd nie zlekceważy potrzeb tak licznej grupy własnych obywateli, tylko dlatego, że – jak mawiał Stanisław Wyspiański – im się nie chce chcieć.

Jerzy Komar

Poprzedni artykułWSZĘDZIE POZA ANTARKTYDĄ
Następny artykułLESZCZOWY ZEGAR

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisment -

Most Popular

Recent Comments